Bułgar (znowu) chodzi do teatru

Wydawało się, że po ustrojowej przemianie teatr bułgarski znajdzie się w próżni. Nowe czasy, nowe wyzwania, inny rytm  życia, postawiły całą przeszłość realistycznego teatru bułgarskiego teatru pod znakiem zapytania.

Image

Wykluczeni Iwana Wazowa w Teatrze Narodowym w Sofii

Odgradzany od świata przez cenzurę, teraz rzucił się nadrabiać zaległości, głównie w stronę zachodniej dramaturgii. Zanim widz powrócił na widownię, musiało upłynąć sporo czasu i nie obyło się bez kosztów. Wedle wyników badań uczestnictwa w kulturze nie więcej niż 20 procent Bułgarów miewa kontakt z teatrem. Jedno dla artystów stało się jasne: dawne hasło teatru dla mas zastąpili hasłem teatru dla elity. Może to jest jakiś pomysł. Kto chce być masą? Bo elitą – każdy.
Aby to osiągnąć, czyli przyciągnąć publiczność do teatru, artyści prowadzą swoje strategiczne gry o widza, których terytorium jest historia, klasyka, świat emocji podstawowych i czystej gry. Można się było o tym przekonać podczas przeglądu wybranych spektakli w Sofii, tzw. Witryny albo z angielska Showcase, który pokazano krytykom z całego świata w drugiej połowie kwietnia podczas ich Kongresu.

Gry z historią: Wykluczeni

Dramat Iwana Wazowa „Wykluczeni” (właściwie adaptacja jego powieści „Wygnańcy”) otworzył dzieje bułgarskiego teatru narodowego (dzisiaj nie przypadkiem imienia Iwana Wazowa właśnie) w roku 1904. Toteż wznowienie tego dzieła ponad 100 lat od prapremiery na scenie Teatru Narodowego  zelektryzowało tutejszą publiczność. Inscenizacja Aleksandra Morfova okazała się bowiem do pewnego stopnia prowokacją. Zamiast patriotycznej celebry, nieznośnego patosu w opowieści o wybijaniu się narodu na niepodległość Morfov skonstruował spektakl jaskrawo eklektyczny, w duchu postmodernistycznym, w którym mieszają się elementy powagi, żywiołowego humoru, folkloru, kpiny, absurdu, liryki i wzniosłości. Dzięki tej materii pomieszaniu stary, zmumifikowany utwór Wazowa ożył i stał się na powrót ekscytujący, a jego aktorzy, okrzyknięci „bandą” (po bułgarsku hysz) otaczani są swoistym kultem. Zresztą sami aktorzy podsycają tę sławę niepokornych, niezależnych i rogatych, włócząc się wspólnie po Sofii, nawiedzając teatry i puby, ciągnąc za sobą specyficzny czar bohemy.
Image

Gry z klasyką: Taniec śmierci

Genialne dzieło Strindberga („Taniec śmierci”) wzięło na warsztat Laboratorium Spumato, nastawione na twórcze poszukiwanie nowych form ekspresji, opisujące sytuację człowieka w zderzeniu z cywilizacją. Jego współtwórczyni Margarita Mładenova, reżyserka spektaklu, nieco natchniona i patetyczna, potrafi godzinami rozprawiać o zagrożeniach cywilizacyjnych – teatr jest dla niej jedną ostatnich flank obrony. „Taniec śmierci” przeczytała przez teatr absurdu – sama wskazuje na inspirację „Końcówką” Becketta. Wbrew tradycji teatru psychologicznego jej spektakl jest demonstracją narastającej grozy, komedią samozniszczenia, której bohaterowie jak marionetki odgrywają swoje role destruktorów własnego życia. Stąd ich „nad” ruchy (Edgar dosłownie wlecze swoje ciało albo odbywa szaleńcze wirujące pokazy zdeformowanej wojskowej musztry), „nad” interpretacje, ogólny nadmiar i crescendo. Z trójki bohaterów jedynie Kurt wydaje się zaplątany w układ samozniszczenia, przez to mniej wyrazisty i być może z jakąś szansą – on przecież z wyspy Edgara uchodzi z życiem. Na polu bitwy pozostają małżonkowie, których końcowy chichot (dwuznaczny i tragiczny) wprowadza dystans, z jeszcze większą siłą oświetlający absurd egzystencji. Sfumato dał się poznać także polskiej publiczności – gościł przed kilku laty na scenie warszawskiego Teatru Studio ze spektaklem „Czarne runo”.

Image

Taniec śmeirci w Teatrze Spumato

Gry z klasyką: Makbet

Spektakl prowincjonalnego Teatru Dramatycznego Rodopów ze Smoliana młodej reżyserki z ambicjami, Diany Dobrevej (to zaledwie jej druga reżyseria zawodowa) to pokaz bezradności. Reżyserka chce dać wielką rozprawę o walce dobra ze złem, a w rezultacie wychodzi niewydarzony komiks fantasy dla dzieci, podlany sosem scenek samurajskich, operowych, slapstickowych i diabli wiedzą jakiego pochodzenia. Nawet jeśli zdarzają się tu sceny wielkiej plastycznej urody, to nie pasują do siebie nawzajem (wyjątkiem fenomenalne ogranie lin, które bywają puszczą, kratami, linami dzwonów kościelnych albo udrapowaniem królewskiej komnaty). Aktorzy nie wykazują się właściwie żadnymi umiejętnościami, a największe monologi Makbeta grzęzną na mieliźnie, zagłuszane efekciarstwem. Reszta jak z playbacku, dużo efektów akustycznych, czerwone światło w senach śmierci itp. itd. Makbet – wykonawca – nijaki, Zresztą nic ta historia szkocka nas nie obchodzi, a więc totalna klapa. Prasa bułgarska przyjęła rzecz dość życzliwie, ale chyba ponad stan posiadania.

Gry z emocjami: Tata ma zawsze rację

Piękny spektakl, osnuty na baśniach Andersenach, odznaczający się prostotą formy i wdziękiem. To dzieło utalentowanej pary aktorów, Niny Dmitrowej i Wasyla Wasijeva-Zueka, którzy od lat tworzą swoje dwuosobowe spektakle (w repertuarze mają m.in. przejmujący „Płaszcz” Gogola, owacyjnie przyjęty również w Polsce – w 1998 roku nagrodzony na festiwalu Kontakt w Toruniu). Razem też założyli prywatny teatr Credo, który od 15 lat odnosi zasłużenie sukcesy. Ta opowieść o dwojgu staruszków, których łączy uczucie ponad wszystko, zdolnych sobie wybaczać największe głupstwa, pełna humoru i brawurowych rozwiązań scenicznych, bawi nie tylko dzieci. Wszystko na scenie tonie w skandynawskiej bieli, aktorzy rozwijają bele białego (jak śnieg, oczywiście!) materiału, sami okutani po zęby w białe, bez mała eskimoskie odzienia. I ten spektakl można było dwa lata temu zobaczyć w Polsce, na XXII Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Lalkarskiej.

Gry z przemijaniem: Trzęsienie ziemi

Spektakl jednoosobowy Mariusza Kurkinskiego, który otwierał przegląd, łączy wspólna tonacja z twórcami teatru  Credo: to pełna humanizmu opowieść o cichym człowieku z zapomnianej wioski, który właśnie odchodzi. Rzecz oparta na opowiadaniach Nikołaja Hajtova to przede wszystkim brawurowy popis aktora, podporządkowany jednak wyraźnie przesłaniu: oto samotny człowiek w poszukiwaniu ocalenia. Czy ma szansę ogarnąć swoje doświadczenie i zachować o sobie pamięć?

Czysta gra: Rythm and blues

na zakończenie –  typowa składanka, zręcznie złożona z evergreenów od Bacha przez Beatelsów, ABBA po Manhatann Transfer. Motywy muzyczne, potraktowane z humorem, wdziękiem i poczuciem smaku. Rzecz pod dyrekcją znanego kompozytora Rumena Tsnoneva w Teatrze Za Kanałem oferuje dwie godziny bezpretensjonanej rozrywki.

Teatr bułgarski w nowych okolicznościach historycznych szuka swojej tożsamości. Jak mówią sami Bułgarzy, zrywa pośpiesznie z tradycją aktorstwa a la Stanisławski, nadrabia zaległości w kontaktach z zachodnią dramaturgią. Ale przychodzi pora na przefiltrowanie nowych już doświadczeń i próbę określenia własnej drogi. To właśnie się dzieje, choć za wcześnie wyrokować, w jaki sposób Bułgarzy połączą tradycję swego solidnego realistycznego teatru z erupcją, czasem w niewielkim tylko stopniu kontrolowanych, eksperymentów. Publiczność te poszukiwania kwituje życzliwie, wszystkie spektakle kończą owacje na stojąco, a sale teatralne wypełnia po brzegi młodzież. Czasem to owacje na kredyt, ale taka aura teatrowi służy.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz