Teatr nie jest do rozumienia

Relacja z festiwalu XXXIII Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka Polska 2008”

Teatr nie jest do rozumienia
XXXIII Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka Polska 2008”

Opolskie Konfrontacje Teatralne to jeden z najważniejszych festiwali teatralnych w kraju. Tegoroczne spotkania z najlepszymi inscenizacjami rodzimej klasyki przebiegały pod hasłem: Po co nam ta klasyka? Pytanie skierowane do uczestników Festiwalu przez Dyrektora XXXIII OKT Tomasza Koninę stało się punktem wyjścia rozmów z twórcami i widzami. Czy teksty uznawane za klasyczne jeszcze do nas przemawiają? Czy utwory Gombrowicza, Wyspiańskiego, Witkiewicza mogą powiedzieć nam coś nowego na temat współczesności?
    Uroczysta i niezwykle spektakularna inauguracja Festiwalu miała miejsce 13 kwietnia, jednak już wcześniej w ramach imprez towarzyszących mieliśmy okazję obejrzeć dwa spektakle – Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki (Teatr im. Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha) oraz Biegun Vladimira Nabokova w reżyserii Ewy Piotrkowskiej (Białostocki Teatr Lalek). Festiwal zamykał Tymon Ateńczyk Szekspira w reżyserii Macieja Prusa (Teatr Polski im. Hieronima Konieczki z Bydgoszczy), również prezentowany w ramach Kontekstów.
Festiwal od lat posiada stałą formułę, w ramach której oglądamy spektakle konkursowe oraz imprezy towarzyszące, prezentowane właśnie jako Konteksty. Po każdym spektaklu odbywają się spotkania z twórcami, dzięki którym Festiwal jest nie tylko przeglądem najważniejszych ubiegłorocznych inscenizacji polskiej klasyki, ale także – a może przede wszystkim – miejscem dialogu, wymiany myśli. Nikt nie cenzuruje naszych wypowiedzi, pytań, spostrzeżeń. Nikt nam nawet nie każe rozumieć tego, co widzimy, nie musimy racjonalizować oglądanych wyładowań wyobraźni. Możemy zdać się na naszą intuicję, zanurzyć w emocjach, oddać nastrojowi płynących ze sceny wrażeń, zamienić swoje ciała w instrumenty przeżywania. Bowiem – jak stwierdziła reżyserka Anna Augustynowicz – teatr nie jest do rozumienia.

Spektakl a widowisko

Niezwykła, plenerowa inscenizacja Klątwy w reżyserii Janusza Opryńskiego (Fundacja Kresy 2000) pozostaje w pamięci. Powodów jest kilka – biłgorajska chata, grochówka podawana w plastikowych talerzach, spektakularny pożar kończący przedstawienie oraz pokaz sztucznych ogni. Jak widać zalet spektakli plenerowych jest wiele. Błonia Politechniki Opolskiej na kilka godzin zamieniły się w miejsce najróżniejszych zdarzeń, niekoniecznie związanych z działaniami teatralnymi. Biorąc pod uwagę fakt, że scena pożaru była zaplanowana w najmniejszym szczególe (spektakl kończył się pożarem scenografii – chaty oraz usytuowanego nieco dalej stosu ofiarnego), uciekający ludzie, strzepujący iskry z ubrań i włosów, stanowili interesujące widowisko.
    Jako, że Klątwa powstała z fascynacji Wyspiańskiego tragedią grecką, można powiedzieć, że pojawienie się spektaklu w konkursie na najlepszą inscenizację klasyki jest uzasadnione, choć nie jest to nawiązanie do klasyki rodzimej. Spektakl przenosi nas bowiem w czasy starożytne, pozwalając zidentyfikować się z jednym z najbardziej znanych i najbardziej wrażliwych antycznych twórców. Słowo jest środkiem zbyt ubogim w znaczenie, trudno bowiem opisać, co czuł Neron, gdy płonął Rzym. Teatr wychodzi jednak naprzeciw oczekiwaniom widza, dostarczając naprawdę silnych przeżyć. Większość osób, którym udało się uciec z pożaru, poczuła olbrzymią ulgę. Katharsis na miarę współczesności.

Polaka portret własny

Scenografia spektaklu Moniki Strzępki to ławka rezerwowych usytuowana na boisku piłkarskim, które zamiast trawy pokryte jest błotem. Trudno o lepsze podsumowanie polskiej mentalności – wszak wzajemne obrzucanie się błotem to Polaków znak rozpoznawczy. Dresiarz (Piotr Wawer), Biskup (Piotr Kondrat), Generał (Jerzy Gronowski), Staruszka (Sabina Tumidalska) – każdy ma coś na sumieniu. Aktorzy przekrzykują się między sobą, pytając co jakiś czas: A ty co masz na obronę swojej postaci?, jakby sami nie wierzyli, że można do końca identyfikować się z tym, kogo grają. Z przedstawicielem polskiego społeczeństwa: z duchownym-pedofilem, damskim bokserem, morderczynią, materialistką. O kraju, który przez 123 lata dzielnie walczył o niepodległość można by pomyśleć, że jego naród składa się z bohaterów, dzielnych młodzieńców, moralnych dziewcząt. Jakże mógł wydać na świat tak nikczemne kreatury? A jednak.
    Publicystyka w teatrze to zawsze dla reżysera duże ryzyko. Zwolennicy podejmowania przez sztukę tematów uniwersalnych czują się zbulwersowani upadkiem teatru, który przecież nie powinien nurzać się w polityczno-społecznych aktualnościach. Jakie to płytkie, prymitywne. Najlepiej więc powiedzieć twórcom, co się o tym wszystkim myśli, obrzucić błotem. A potem obrócić się na pięcie i wychodząc krzyknąć: Co złego, to nie my. W końcu pochodzimy od piastowskich wojowników, nie od osiedlowych dresiarzy. Wolno nam.

Świat w czarno-białych barwach

Biegun Vladimira Nabokova to spektakl kameralny, monochromatyczny, skonstruowany za pomocą oszczędnych środków, których siła oddziaływania jest ogromna. Śmierć kolejnych członków wyprawy Roberta Scotta z 1912 roku to dramat ludzi, którym przyszło kończyć życie wielkim rozczarowaniem. Wiedzą, że się spóźnili, że biegun zdobyto przed nimi, nie ma już dla nich ratunku. Jedyne, co pozostało, to przyjaźń. Niezbywalna, wieczna, ponadczasowa. Uderza biel śniegu i czerń pochłaniającej otchłani nieistnienia, oczekiwanie na to, co nieuchronne, skończoność ludzkich możliwości. Światło i mrok to dwa stany ludzkiej duszy, pomiędzy którymi rozpościera się niezwykłość człowieczego losu. Umieramy jednak zawsze samotnie, w pojedynkę. Nie ma od tego ucieczki.
    Podobny minimalizm formalny zastosowała Anna Augustynowicz w swoim Weselu (Teatr Współczesny ze Szczecina). Spektakl nagrodzony za ruch sceniczny, który zbudowany został w oparciu o naturalny rytm ludzkiej mowy, pokazuje zbiorowe podrygi, kołysania, pląsy, przypominające, że przecież wesele jest rytuałem, powtarzanym w każdym kolejnym pokoleniu. Lecz mimo pozornej wspólnoty ruchy wykonywane są automatycznie, nikt nie stara się zrobić czegoś inaczej. W ten sposób przestajemy myśleć, a nasza indywidualność zatraca się wobec siły zbiorowości. Czy jesteśmy jeszcze w stanie podejmować decyzje wyłącznie w oparciu o nasze przekonania? Gdy zdolność do czynu rozpływa się w bezsile tłumu trudno być naprawdę sobą. Ta smutna diagnoza odnosi się do naszych czasów w sposób tyleż bezpośredni, co boleśnie prawdziwy.

Gdy Bóg przestaje słuchać

Dwa utwory Wyspiańskiego – Klątwa w reżyserii Barbary Wysokiej (Narodowy Stary Teatr z Krakowa) i Sędziowie w reżyserii Krzysztofa Rekowskiego (Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu), prezentowane jeden po drugim pokazały, jak różne rozwiązania inscenizacyjne uwypuklają problem oceny ludzkich zachowań wobec istnienia wyższej instancji. Spektakl Wysockiej przedstawia świat głęboko zakorzeniony we współczesnych realiach – podtarnowski Gręboszów prezentowany za pomocą slajdów niewiele się jednak zmienił od czasów Wyspiańskiego. Sznury pełne prania, ławeczki, które czekają na wiecznie obserwujące świat wiejskie kobiety, słup ogłoszeniowy, z którego miejscowa społeczność czerpie wiedzę o świecie to elementy, których jeszcze 100 lat temu tutaj nie było. Sposób myślenia, osądzania ludzi, którzy złamali boskie prawa, pozostał jednak taki sam.
Świat Sędziów to bezczasowa przestrzeń, zbudowana za pomocą symbolicznej scenografii. Wanna, w której odbywa się kąpiel Joasa (Maciej Namysło) usytuowana została w centralnej części scenicznej rzeczywistości. Bohaterowie przychodzą znikąd i odchodzą donikąd poruszając się po wąskich przejściach podobnych do długich desek. W głębi sceny rozpościera się usytuowana naprzeciw widowni ściana z kilkoma prostokątnymi otworami. To w nich zasiadają sędziowie, by z góry osądzać tych, którzy ulegli przyziemności, temu co niskie i co… ludzkie. W oczekiwaniu na werdykt Boga ludzie zdążą wydać swój własny. Czy sprawiedliwy?

Wzruszenie i rozczarowanie
Ślub Gombrowicza zawsze jest dla reżysera wyzwaniem. Waldemar Zawodziński (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) podjął się zadania niełatwego, nie uległ jednak pokusie rozmachu towarzyszącego większości inscenizacji Ślubu. Najważniejszym wyróżnikiem tego spektaklu jest przestrzeń. Brak tu monumentalnych dekoracji, spektakularnych rozwiązań wizualnych. Ucieczka od realizmu, zastosowanie pleksiglasowej scenografii osaczającej bohaterów oraz niewielka przestrzeń, w jakiej rozgrywa się dramat człowieka, któremu zrujnowano świat, to czynniki pozwalające skupić się na słowie, myśli, wyładowaniu wyobraźni. Jesteśmy tak blisko Henryka (Marek Kałużyński), że opisywany przez Gombrowicza rozdźwięk pomiędzy człowiekiem a formą, dotyka nas wręcz namacalnie. To do nas mówią postaci, nam zabraniają się gapić. Nie ma barier, które utrudniałyby widzowi wejście w świat szarpiących Henrykiem emocji. To teatr, który nie każe nam rozumieć, który pozwala odczuwać gombrowiczowskie wyładowania duszy.
W przeciwieństwie do udanej inscenizacji Ślubu żaden ze stołecznych spektakli nie zachwycił. Bitwa pod Grunwaldem wg Tadeusza Borowskiego w reżyserii Marka Fiedora (Teatr Studio z Warszawy) czy Szewcy u bram wg Witkacego w reżyserii Jana Klaty (TR z Warszawy) poprzez zastosowanie uwspółcześnionej scenografii nie zyskały uniwersalności przekazu. Nie pomogły tu nachalne nawiązania do aktualnej sytuacji politycznej, którymi Klata bombardował widza. ABW, komisje śledcze, inwigilacja i dręczenie przeciwników politycznych – czy nie dość tego w naszym codziennym życiu?
Śluby panieńskie Fredry w reżyserii Jana Englerta (Teatr Narodowy z Warszawy) to spektakl, w którym reżyser nawet nie próbował udawać, że reinterpretuje klasykę. Mieliśmy okazję obejrzeć grzeczne, szkolne przedstawienie, które pozwalało „zachwycić się pięknym językiem Fredry” oraz pobyć chwilę w świecie czystych uczuć i nieskalanych grzechem dziewcząt. Reżyser pokazał nam świat, którego już nie ma. Wszak – jak sam stwierdził – jest przeciwnikiem rewolucji. Szkoda, ponieważ rewolucja wyjątkowo przypadła do gustu widzom XXXIII Opolskich Konfrontacji Teatralnych.

Francuska masakra polską piłą mechaniczną

Za najlepszy spektakl XXXIII OKT Jury w składzie: Zofia de Ines, Dorota Jovanka Ćirlić, Paweł Demirski oraz Paweł Sztarbowski uznało Sprawę Dantona Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty (Teatr Polski z Wrocławia) – pierwszy raz od wielu lat na Opolskich Konfrontacjach Teatralnych przyznano Grand Prix. Werdykt był zbieżny z odczuciami widowni, która nagrodziła decyzję Jury brawami. Pierwszy raz od dawna werdykt (z którym w szczegółach można się zapoznać na stronie www.teatrkochanowskiego.art.pl) nie był zaskoczeniem, nie był podyktowany jakimiś zakulisowymi decyzjami. Zwyciężyła prawdziwa sztuka i poczucie dobrego smaku.
    Rewolucja niezmiennie była krwawa, jednak tym razem w swych rękach rewolucjoniści trzymali piły mechaniczne. Przy dźwiękach Revolution 9 Beatlesów, Talkin' bout a Revolution Tracy Chapman czy Children Of The Revolution T-Rex prawda o wielkich historycznych przewrotach wydaje się jeszcze bardziej dotkliwa. W otoczeniu budynków z dykty i kartonów łatwiej uwierzyć, że gwałtowne przemiany niszczą świat nie dając niczego w zamian. Drewniane wióry, pokrywające całą scenę, to odpowiedni komentarz to startych na wiór ideałów. Cyniczny, przewidujący Danton (Wiesław Cichy) oraz przeintelektualizowany Robespierre (Marcin Czarnik) muszą zapłacić wysoką cenę za obraną przez siebie drogę. Choć wybrali odmienne metody, rewolucja nie oszczędziła nikogo. Takie są odwieczne prawa historii.
     
Starsza widownia, oklaskująca na stojąco spektakl Jana Englerta oraz młodzi widzowie zachwyceni rewolucją w wydaniu Jana Klaty to najlepszy przykład, że taki Festiwal jest potrzebny. Można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że w Opolu po raz kolejny doszło do Konfrontacji.

Olga Ptak

Tekst nadesłany 30 kwietnia – debiut w Loży
Publikowany również w e-teatr

Dodaj komentarz