TEATR TO SŁOWO  ONO PROWADZI AKTORA

Rozmowa z Sylwestrem Biragą, założycielem, dyrektorem i głównym reżyserem Teatru Druga Strefa w Warszawie.

Druga Strefa liczy sobie już kilkanaście lat…

Zaczęło się od zabawy, skończyło poważnie. Rok 1989. Na zasadzie zrywu: robimy spektakl, szukamy sali. Nie było komputerów, drukarek, więc wszystkie plakaty, ogłoszenia robiło się ręcznie, rozwoziliśmy to po szkołach. Aby powiesić takie ogłoszenie trzeba było uzyskać zgodę dyrektora szkoły… To było jakieś szaleństwo, ale miało swój urok. Udało nam się w ten sposób skrzyknąć bandę trzydziestu kilku licealistów, którym spodobał się pomysł. Udało nam się, nie wiem jakim cudem, w dawnym kinie Grunwald otrzymać salę na próby i na premierę. Przez 4 miesiące bawiliśmy się tam w teatr przygotowując pierwszy spektakl.

Co to było?

To był mój autorski spektakl plastyczno – ruchowy o historii ludzkości. Pełen pesymizmu.

No tak, to jest ten wiek: albo super wygłup albo cierpienie za cały świat…

Jasne. W ówczesnym „Ekspresie Wieczornym” ukazała się „recenzja” z przedstawienia pt. „Nastolatki przeciwko zagrożeniom cywilizacji”. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że ta zabawa kiedyś zamieni się w mój prywatny teatr nigdy bym nie uwierzył!

Grupa zaczęła się rozpadać, a teatr przetrwał?

Kończyliśmy liceum, każdy szedł w swoją drogę. Ten pierwszy spektakl zagraliśmy raz, potem udało nam się go wznowić. Następny miał być spektakl dla dzieci w warszawskich Łazienkach.

No, no, no! Głębokie wody?

Złapaliśmy Pana Boga za nogi. Dyrektor Kwiatkowski wskazał nam estradę pod lipą. Były pewne problemy, bo bajkę chcieliśmy grać wieczorem, a o zmroku to do Łazienek już się nie wchodziło, ale gdy mu powiedziałem, że będą świeczki, ludzie będą szli oświetloną nimi aleją do estrady pod lipą… Zgodził się. Ale nas to przerosło. To były bajki Oscara Wilde`a, smutne bajki. Potem dla grupy, która z nami została, prowadziliśmy zajęcia warsztatowe i pojawił się w tym wszystkim wątek edukacyjny.
Zacząłem studia w PWST w Warszawie, część kolegów także. Mogliśmy nadal robić spektakle z młodzieżą licealną, ale pomyśleliśmy, że można by ich też uczyć teatru. W tym celu musieliśmy się go sami nauczyć. Czy chcieliśmy być aktorami? Nie wiem. Wtedy chciałem przede wszystkim poznać tajniki tego zawodu, dotrzeć do jakiegoś jądra teatru, dotknąć tego wszystkiego, być w środku. Studiowałem, pracowałem z licealistami, którzy mieli hopla na punkcie teatru, wyjeżdżałem za granicę i tam poznawałem różne formy i bogactwo teatru. Coraz częściej myślałem o tym, że aktorstwo jakby mi nie wystarcza.
Przy Teatrze „Komedia” w Warszawie udało nam się założyć studio teatralne. Pracowaliśmy w nim z młodzieżą ponad 3 sezony. Przygarnął nas tam dyrektor Dondajewski.

Jak to się stało?

Próby odbywały się w budynku na Bemowie, przed którym stała tablica z napisem: „Taxi Druga Strefa”. My byliśmy już za znakiem, więc właśnie w tej drugiej strefie. Tak powstała nazwa naszego teatru: Teatr Druga Strefa. Czysto geograficznie, a nie ideologicznie, co podkreślam, bo wszyscy w tej nazwie doszukują się jakiegoś drugiego czy dziesiątego dna.
Myśleliśmy, że tu zrobimy teatr. Była tam duża scena, duża widownia. Jednak im bliżej było do premiery okazywało się, że w tej dużej sali, na tej dużej scenie brakuje oświetlenia, w ogóle wyposażenia teatralnego. Za pieniądze od sponsorów wynajęliśmy więc na cztery dni Teatr Komedia oraz profesjonalną firmę nagłaśniającą. Zagraliśmy te cztery spektakle, zarobiliśmy na biletach i wtedy okazało się, że pieniędzy starczyło na wszystko poza zapłaceniem Teatrowi Komedia za salę. Klops. Dyrektor Dondajewski zaprosił mnie na rozmowę i powiedział: no cóż, podoba mi się to, co robicie, więc mam dla was propozycję, bo nie wiem, jak wy to spłacicie. To było 20 milionów złotych! Rok 1991. Zaproponował nam byśmy prowadzili w tym teatrze studio teatralne i spłacili tym dług. A jak spłacimy, to Pan nas wyrzuci? – powiedziałem. Nie, możecie być tu dalej – odpowiedział. To była piękna propozycja! Dług spłaciliśmy z opłat za zajęcia w ciągu 8 miesięcy.
Potem na chwilę przytuliliśmy się do liceum społecznego, w którym pracowałem. Nasze zajęcia odbywały się również w trzypokojowym prywatnym mieszkaniu – takie „tajne” komplety teatralne. Śmieszne to było, ale miało swoisty klimat. Gdy przychodziłem na te swoje zajęcia w przedpokoju stała jakaś ogromna ilość par butów. W 1997 roku skończyłem studia. W 1997 założyliśmy Stowarzyszenie Druga Strefa i rozszerzyliśmy statutową działalność na obszar całej kultury, nie tylko teatr, żeby mieć furtki do różnych projektów. Trafiliśmy do Centrum „Łowicka”. Tam rozpoczęliśmy projekt edukacji teatralnej z prawdziwego zdarzenia – wpisaliśmy się w program działalności Centrum. Miałem dwie grupy wiekowe: dzieci i licealistów. Rozkręcaliśmy edukację, było miło, pięknie. Po 2 latach okazało się, że naszą działalnością interesują się studenci, więc utworzyliśmy Studium Animatorów Kultury. Kształciliśmy instruktorów teatralnych. Z pierwszego rocznika zostały w naszym teatrze dwie osoby, potem kolejne i tak powoli powstawał zespół. Ale – było to amatorstwo. Z czasem zaczęliśmy wymagać od naszych aktorów, żeby jednak kończyli wyższe szkoły teatralne. Teatr zaczął się przekształcać w teatr – nie znoszę tej nazwy – offowy.

Gołe pupy i wulgaryzmy też?

Nie. Nigdy nie interesowało mnie w teatrze szokowanie golizną czy przenoszenie języka spod budki z piwem na scenę. Zresztą kogo to szokuje?! Przecież to już dawno było. Jeżeli reżyser rozbiera aktora na scenie, to znaczy, że nie ma już nic do powiedzenia – powiedział kiedyś Ochman. Ja się pod tym podpisuję. Dla mnie teatr to słowo. I od słowa wszystko powinno wyjść, słowo prowadzi aktora.
W 2003 roku dołączył do nas aktor z Anglii, który zamieszkał w Polsce. David Foulkes poprowadził jedne zajęcia, drugie zajęcia i nagle doznaliśmy olśnienia: pokazał nam rzeczy niby oczywiste, ale my ich nie znaliśmy. Po prostu inne sposoby dojścia do pewnych technik. David wyreżyserował nasz hit komercyjny – piąty rok w repertuarze, stale przy pełnej widowni: „Kwintesencja” Radosława Dobrowolskiego. Mieliśmy potem przygodę z jego kolejnym tekstem… Byliśmy tekstem zauroczeni, ale gdy dostaliśmy jego dziewiątą wersję, zorientowaliśmy się, że chyba robimy spektakl o niczym. Nie mieliśmy wtedy żadnej dotacji, była to pierwsza produkcja ze scenografią z prawdziwego zdarzenia: bilbordy, ławka, śmietnik betonowy, który ważył chyba ze sto kilo i z którym  mieliśmy problem, żeby go na tę scenę wtoczyć, potem wytoczyć i odwieźć na miejsce, słowem masakra. Po sześciu spektaklach przedstawienie zdjęliśmy z repertuaru. A „Kwintesencja” się trzyma. To zasługa Davida. Kiedyś Halina Machulska powiedziała mi, żebym został reżyserem i nie wchodził na scenę, bo to szkoda czasu. Wziąłem to sobie do serca. David jednak, któremu dałem tekst namówił mnie, żebym w tym przedstawieniu zagrał. No to gram już piąty rok. Reżyserii nie chciałem się podjąć. Poszedłem do Davida i powiedziałem, żeby on reżyserował – spektakl o stosunkach damsko-męskich…

No, jak stosunki damsko-męskie. Zawsze takie same, tylko inaczej rozpisane i napisane…

No właśnie. David wymyślił sposób na ten tekst. A ja mam frajdę, że w tym gram. Koleżanka, która gra ze mną, na początku nienawidziła tego tekstu. Po roku grania stwierdziła, że jednak coś w nim jest. Widzowie na ten spektakl przychodzą, mamy komplety, więc musi „coś” w tym być. Gramy więc i będziemy grać tak długo aż się przedstawienie zgra.

Projekty edukacyjne. Było ich kilka?

Tak. Braliśmy udział w różnych festiwalach, także międzynarodowych. Największą imprezą była Letnia Akcja Teatralna. Zaczęło się od warsztatów. Był rok 2000. Dzieci podczas wakacji nie mają co robić w Warszawie, więc zrobiliśmy dla nich bezpłatne warsztaty. To chwyciło i w następnym roku na 60 miejsc mieliśmy 120 zgłoszeń. Nie robiliśmy oczywiście żadnych castingów. O przyjęciu na warsztaty decydował wiek: liceum. Dla dzieci z podstawówki i gimnazjum organizowaliśmy akcje zimowe. Zapraszaliśmy do prowadzenia tych warsztatów także ludzi z zewnątrz, m.in. z teatrów alternatywnych. Projekt się rozkręcił i otrzymaliśmy propozycję z Brukseli, aby włączyć się w europejski projekt unijny: teatry z przedmieść. Nasz teatr nie działa właściwie na przedmieściu, ale… W opisie projektu, do którego się zakwalifikowaliśmy chodziło nie tyle o przedmieścia, co o zagrożone grupy społeczne. Napisaliśmy więc swoją wersję projektu i dostaliśmy dotację z UE na jego realizację. Cały sezon 2004/2005 realizowaliśmy ten projekt. Był tam wymóg, by brali w nim udział amatorzy, najlepiej ludzie dorośli. W Polsce akurat nie jest to łatwe do zrealizowania. Jak się już trafi dorosły amator, to z reguły ma aspiracje i „robi za aktora”. Jakoś się jednak nam udało skomponować odpowiednią grupę, nawet znalazły się w niej trzy osoby po trzydziestce, więc grupa była wiekowo zróżnicowana. To stanowiło dodatkowy atut. No, na tle belgijskiej grupy wypadliśmy pod tym względem blado: tam było 60 osób w wieku od 3 do 80 lat. Oni działają w atelier przy teatrze. Dla wygody nazewnictwa i żeby bardziej się wtopić w projekt unijny przy Teatrze Druga Strefa stworzyliśmy Atelier.

Wasz teatr obecnie mieści się w dawnym warsztacie samochodowym…

Tak. Ale na początku wszedłem tu i nagle stwierdziłem, że w ogóle nie wiem, gdzie jestem, ale to na pewno jest to miejsce. I zaczęliśmy walkę o ten lokal. Gdy już ją wygraliśmy okazało się, że te budynki są do wyburzenia. Mają tu powstać domy komunalne.
Umowę najmu mamy do lutego 2009.
Tu był żółty sufit, ściany wyłożone błękitno-niebieskimi kaflami. Wszystko pomalowaliśmy na czarno. Dostaliśmy w prezencie obrazy, meble, dywany i wspaniałą, ogromną kurtynę Jerzego Dudy – Gracza od Emilii Krakowskiej. Kiedyś zadzwoniła do mnie i powiedziała: mam taką ogromną kurtynę z rysunkami Dudy Gracza i chciałabym, żebyście mi go na mojej wsi między drzewami rozwiesili. No nie! – krzyknąłem. – Może zawiesimy go u nas w teatrze? – No to jedź, przywieź go i rozwieś na ścianie – powiedziała. W prezencie dostaliśmy dywany, stoły, fotele, kanapy – ktoś przemeblowywał restaurację i nam te meble sprezentował. Ta zbieranina rzeczy różnych a przydatnych robi klimat.
 
Pamięta Pan pierwszy spektakl tutaj?

Oczywiście! Gdy się wchodziło na widownię świeciły jarzeniówki. Widzowie zajmowali miejsca, ktoś biegł wyłączyć te jarzeniówki i spektakl mógł się zacząć. Nie było podestu dla widowni, każde krzesło było z innej parafii – teraz te krzesła stoją w naszym foyer.

Klimat, magia, sztuka. A z czego żyjecie?

Aktorzy, którzy współpracują ze mną grają też w innych teatrach, filmach, robią reklamy i uczą teatru w szkołach, domach kultury. Na szczęście dzięki dotacjom z Urzędu m. st. Warszawy mamy swój budżet, z którego aktorzy otrzymują wynagrodzenia za przygotowanie roli i za granie spektakli…

Jaka jest właściwie formuła tego teatru?

Nie wiem, jak to nazwać. Ale na pewno nie jesteśmy teatrem „offowym”.  Mówi się, że jesteśmy teatrem impresaryjnym, ale w tej impresaryjności tworzymy jednak zespół. Teatr prywatny – tak. Nie różnimy się niczym, jeśli chodzi o formę prawną, od teatru Krystyny Jandy, czy będącego w budowie Teatru „Kamienica” Emiliana Kamińskiego. Jedziemy na tym samym wózku.

Druga Strefa jest teatrem repertuarowym…

Tak. Teatr od zawsze miał wpisane jako podstawę słowo. Nie wykluczam, że za miesiąc przyjdzie mi np. ochotą na zrobienie jakiegoś teatralnego humbugu, ale to nie jest nurt ani kierunek w tym teatrze. Korzystamy z literatury, zależy nam na dobrych tekstach, sięgamy też po klasykę, np. do Fredry.

Głównym rysem jest jednak chyba wystawianie dramaturgii młodej?

Kilka lat temu przyjąłem takie założenie. Odeszliśmy na jakiś czas od pierwotnego modelu: trzy premiery współczesne, jedna klasyczna w sezonie. Od 2008 roku wracamy do tej formuły. Mamy za sobą „Moralność Pani Dulskiej” i „Męża i żonę”, o „Ślubach panieńskich” nie wspominam, bo to był humbug – świetna zabawa na dwa spektakle dla znajomych. „Dulska” sprawdziła nam się w szkołach, które się same do nas zgłaszały i zamawiały przedstawienie. Ku mojemu zaskoczeniu szkoły kupiły też „Jubileusz”. Nie wierzyłem, że  tematyka okupacyjna zainteresuje młodzież, myślałem, że to dla nich będzie męka. Męka była przez 30 sekund. Potem była pełna napięcia zasłuchana cisza. Tu jest ta bliskość, ten kontakt niemal intymny, widzowie siedzą wokół aktorów i to stale się sprawdza.

Sięga Pan po komedie, ale patrząc ogólnie na repertuar to dominuje tu pewna ponurość, ponura opowiadanie o ponurych i strasznych sprawach…

Chyba to jest w genach Polaka. Sam ostatnio się zorientowałem, że coś tu zgrzyta. Na ponad 40 spektakli, które zrobiłem, zwłaszcza w ostatnim okresie, to niemal we wszystkich na końcu ktoś umiera. Z drugiej strony ten klimat naszą widownię wciąga, odpowiada jej, bo na te przedstawienia przychodzą. Poza tym spływa na moje biurko, mówiąc umownie, bardzo dużo tekstów. Dramaty piszą ludzie młodzi wiekiem i młodzi pisarskim stażem. Oni szukają dla siebie miejsca w teatralnym repertuarze. Staram się każdy dramat, który dostaję, przeczytać. Większość tych tekstów nie ma żadnej tezy, żadnej głębi, jest to bardzo często tylko zlepek płytkich, zasłyszanych dialogów. I, proszę mi wierzyć, dominuje smutek, ponurość.

Spektakl w Drugiej Strefie to proces…

Premiera nie jest u nas końcem, ale początkiem danego spektaklu. Na przykład „Ciocia” – stale się zmienia, dojrzewa, dopracowuje w zderzeniu z widzem. Ja się tego trzymam. Ale może i to jest powodem, dla którego dostaję tak dużo sztuk ograniczających się tylko do jakichś banalnych wypowiedzi? Autorom się zdaje, że wystarczy jakiś dialog, a oni to potem sobie dopracują, dosmaczą. A to przecież nie jest tak! Tworzywem ma być dobra literatura, a praca nad przedstawieniem to zupełnie inna sprawa. Dla mnie teatr to proces. Jak życie. „Jubileusz” też jest spektaklem, który cały czas ewoluuje. Sam jestem ciekaw, jak daleko to zajdzie.

W repertuarze dominuje literatura polska?

To prawda, chociaż wystawiamy też sztuki dramaturgów obcych, np. ostatnio właśnie „Jubileusz” Taboriego. Wcześniej były sztuki Akopdżaniana „Gdy w dzień przeleci nocny ptak” i „Ja, córka Rasputina” – obydwie w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej.

Jest Pan zakochany we Francji…

Tak, jestem frankofilem. Jeżdżę tam na każde wakacje, jest tam coś, co mnie przyciąga. Kocham Prowansję – mógłbym tam mieszkać. I ten teatr tak ze mną do tej Francji jeździ. W 2007 roku byliśmy na Festiwalu w Avignonie z JUBILEUSZEM, a teraz szykujemy się do premiery mojego autorskiego spektaklu, która odbędzie się 15 lipca 2008 roku właśnie na Festiwalu w Avignonie.
Marzę o tym, żeby pojechać z Drugą Strefą do Rosji, ale to bardzo trudne. Może nie trafiliśmy tam jeszcze na odpowiedniego partnera?

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz