Polski Don Juan

U Gioacchino Albertiniego jest inaczej niż w Don Giovannim Mozarta. Zaczyna się burzą na morzu, podczas której tonie Don Juan (Sylwester Smulczyński*) i jego sługa Ombrino (Andrzej Klimczak). Ale oczywiście, zostają wyratowani przez parę wieśniaków (towarzyszą im rybacy) – Lizettę (Justyna Stępień) i Tiburzio (Robert Szpręgiel). Dalej jest już podobnie: Don Juan zaleca się do Lizetty, potem uwodzi (zakochaną w nim) Donnę Annę (Marta Wyłomańska), zabija niechcący tatusia Donny Anny i zaprasza Komandora (Wojciech Parchem) na kolację. Prosty wątek skromnie wzbogaca Don Alfonso (Artur Ruciński) i Donna Izabella (Justyna Reczeniedi) – odpowiednicy Don Ottavio i Elwiry.

Oglądając Don Juana Gioacchino Albertiniego w Warszawskiej Operze Kameralnej nie sposób uniknąć porównań z dobrze znaną operą Mozarta i – jak było do przewidzenia – efekt tej konfrontacji nie jest dla dzieła Albertiniego zwycięski. Dla WOK – bardziej, gdyż zacna ta instytucja przywróciła po raz kolejny do życia zapomnianą i nie wystawianą od ponad 200 lat jedną z ok. 50 oper, jakie powstały w Polsce w okresie Oświecenia.

Jak i dlaczego młody włoski kompozytor i muzyk – Gioacchino Albertini znalazł się w Polsce w 1772 roku – nie wiadomo. Znane są dopiero jego późniejsze dzieje, od 1780 roku, kiedy otrzymał posadę kapelmistrza księcia Karola Radziwiłła w Nieświeżu. Po dwóch latach został kapelmistrzem królewskiej kapeli, ale już w dwa i pół roku później, w 1785, wstąpił na służbę do bratanka króla, Stanisława Poniatowskiego i mając zapewniony spokojny byt materialny – czas muzyka i kompozytora dzielił miedzy Polskę (gdzie mieszkał na stałe) i Włochy. Operę wykorzystującą najbardziej nośny temat okresu Oświecenia skomponował w 1782 r. a wystawił – z librettem Wojciecha Bogusławskiego – 23 lutego 1783 r. w Teatrze Narodowym. Było to cztery i pół roku przed premierą Don Juana Mozarta. Kompozytor przerabiał ją trzykrotnie w trakcie ponad trzydziestoletniej historii scenicznej tego dzieła. Operę poznała także publiczność Wilna, Kalisza i Poznania, co najlepiej świadczy o popularności polskiego Don Juana. Zapomniano ją dopiero po śmierci kompozytora (1812), po ostatnim wystawieniu w Teatrze Narodowym w latach 1814 – 1817.

Wznowienie zatem nie było łatwą sprawą, gdyż nie zachowała się partytura opery Albertiniego. Ta, na podstawie której dokonano rekonstrukcji utworu, pochodzi prawdopodobnie z 1792 r. (jest przechowywana w bibliotece Konserwatorium Luigiego Cherubiniego we Florencji) i być może znacząco różni się od wersji pierwotnej. Choć ocalał starodruk libretta Wojciecha Bogusławskiego, to jednak nie w całości, stąd konieczne były uzupełnienia, których podjęła się Joanna Kulmowa. I tak udało się – po zaprezentowaniu dzieła bodajże dwa lata temu w wersji estradowej – odtworzyć je na scenie (kierownictwo muzyczne – Tadeusz Karolak), pokazując widzom, jakimi to operami cieszyli oko i ucho nasi przodkowie.

Mimo ciekawej muzyki (acz nie na miarę mistrzów gatunku), opera Albertiniego na pewno arcydziełem nie jest. Przede wszystkim nie ma w niej większych napięć dramaturgicznych. Postać Don Juana jest nieprzekonująca, mdła, jego rozterki niewiarygodne, a ostatnie sceny w akcie drugim – zupełnie nieprawdziwe psychologicznie. Do tego śpiewak w tej roli jest bardziej cherubinem niż uwodzicielem. Kładzie to nie tylko całą postać, ale i dzieło, którego istotą jest właśnie postać Don Juana – libertyna, dojrzałego mężczyzny, świadomego swoich czynów i nie obawiającego się ich skutków – jakiekolwiek by one nie były.

Nie lepiej jest z rolą Komandora (tenor!), w dodatku wprowadzonego na scenę na gipsowym koniu, co daje efekt komiczny. Efekt komiczny – niezamierzony, ale jednak – wprowadza też libretto pisane archaicznym dziś językiem. Trudno się nie śmiać, kiedy Donna Anna wyśpiewuje: ojcze miły – brak mi siły, albo zastanawia się nad jego mogiłą: jeśli ojciec nie chce profanacji swojego grobu – zabijać czy nie? Może to miała być w zamierzeniu kwestia Hamletowska, ale trudno w tej operze tak to odebrać.

Z ukaraniem libertyna – jak mówi podtytuł opery – też nie jest wyraźnie. Temu nieporadnemu rozwiązaniu w libretcie towarzyszy, niestety, brak pomysłu inscenizatorskiego. Przykrycie czarną płachtą grupy bohaterów oznaczające bardziej zapomnienie o sprawie, przykrycie problemu, nie jest ani przekonujące, ani efektowne. Wygląda na to, że reżyserowi (Jitka Stokalska), przecież znakomitemu, zabrakło pomysłu na rozwiązanie tej sceny.

Do tego i scenografia (Marlena Skoneczko) nie jest zbyt bogata i wyrafinowana – raczej skromna, złożona z kilku przesuwanych ścian udekorowanych we wzorki materiałów tapicerskich tamtych czasów. Oszczędnościowa.

Jedynym silnym akcentem jest tu wykonawstwo, choć nierówne. Z pewnością najbardziej charakterystyczną – pod każdym względem – postać stworzył Andrzej Klimczak w roli Ombrina. To nie tylko Ombrino, ale i Leporello, i Papkin, i Falstaff w jednej osobie. Świetnie zagrana i śpiewana partia. Niewiele ustępuje mu Robert Szpręgiel w roli Tiburzia. Obaj śpiewacy – aktorzy widać, że autentycznie bawią się swoimi rolami i tworzą znakomity duet. Do tej pary dołącza Justyna Stępień, także dobrze odnajdująca i oddająca smak swojej roli. Piękny głos Artura Rucińskiego nie jest, niestety, zrównoważony znaczeniem Don Alfonsa w tym dziele, podobnie jak i postać Komandora, z którą Wojciech Parchem niewiele mógł zrobić, aby podkreślić znaczenie wartości moralnych i etycznych. Już sam pomysł, aby Komandor był tenorem umniejsza wyrazistość i powagę tej roli. Równie epizodyczną rolę ma u Albertiniego Donna Izabella, toteż Justyna Reczeniedi nie ma prawie okazji do pokazania swojego spojrzenia na tę postać. Marta Wyłomańska jako Donna Anna wychodzi zatem na najmocniejszą charakterologicznie (i głosowo) postać opery, czemu jednak przeczy tekst, jakim wyśpiewuje swoje rozterki. Brakuje zatem harmonii miedzy wszystkimi elementami dzieła scenicznego, czego praprzyczyną jest jednak jego słabość dramaturgiczna. Ale na to już nic można poradzić. Jaki materiał, taki efekt.

Anna Leszkowska

*obsada z 14.03.08.

Dodaj komentarz