Sufler został żywy

O „Balladynie” w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie.

„Balladyna” nie jest dramatem o niszczącej sile ambicji, która pozbawiona moralnych hamulców wypacza się i potwornieje w kolejne zbrodnie. Nie powinniśmy na nią patrzeć jak na urokliwy stary obrazek, akwarelę subtelną i ulotną niczym zapach malin rosnących w „czasach bajecznych”, czy też, przeciwnie, ponurą makabreskę, gdzie trup ściele się gęściej niż w kasowych thrillerach. Sztuka ta, to nie pełna błyskotliwej złośliwości polemika z literackimi antagonistami Słowackiego, albo szkolna lektura, która „ex definitione” zachwyca zmuszając do przybrania postawy pełnej czci i nabożnego lęku. A przecież wszystkie te interpretacje są możliwe, prawdziwe i poniekąd kanonicznie uświęcone. Dlaczego więc odrzucić trakt udeptany oraz wygodny skoro prowadzi do celu? Kluczowe jest tu słowo – nie tylko. Może „Balladyna” mówić o tym wszystkim, ale także o kimś (nie czymś!) więcej. Mianowicie o człowieku, a nawet – kobiecie. Zwykłej dziewczynie pragnącej więcej, niż może jej dać los niewiasty cnotliwej i ubogiej, chcącej siłą wydrzeć wszystko, czego nie może dostać w inny sposób.
    Dobrze rozumie to Bogdan Ciosek. Jego „Balladyna” jest aż do bólu aktualna. Nie dzieje się tak dlatego, że stroje z epoki zastąpiono współczesnymi ubraniami, a jako scenografię zastosowano skład krzeseł. Znacznie ważniejsza od tych zabiegów jest postać tytułowej bohaterki. Ambitna panna, pochodząca ze skromnego, ale pełnego ciepła domu, pracuje z siostrą, romansuje z Grabcem i marzy o lepszej przyszłości. Kiedy w jej życiu pojawia się Kirkor, nieważne, że w wyniku działań sił nadnaturalnych, to dla niej szansa. I wtedy wypadki zaczynają się toczyć lawinowo, wraz z nimi zaś zmienia się sama Balladyna. Świetnie tę postać komponuje Hanka Brulińska, młoda aktorka grająca w Osterwy swój pierwszy sezon. Z precyzją chirurga wypreparowuje ona: nadzieję, pragnienie sukcesu, zazdrość, a później przerażenie i samotność, gdy popełnione zbrodnie zaczynają żyć własnym życiem żądając więcej i więcej ofiar. To bezsprzecznie rzetelna i prawdziwa psychologicznie kreacja. Dobrą dla niej przeciwwagę stanowią: dziewczęca, słodka Alina (Kinga Waligóra), posągowa w swej szlachetnej prostocie matka (Nina Skołuba Uryga), czy pewny siebie wyrachowany Kostryn (Łukasz Król)
    W „Balladynie” istnieje także drugi, nadprzyrodzony plan zdarzeń, który zapewnia harmonię i wielowymiarowość sztuki. Należące do niego postacie bajeczne: Goplana (Karolina Stefańska), Skierka (Jerzy Rogalski) i Chochlik (Tomasz Bielawiec) urzekają lekkością, która na tle pełnokrwistego człowieczeństwa Balladyny wydaje się jakby wyjęta z królestwa elfów w „Śnie nocy letniej”. To w ich osobach ogniskuje się strona komiczna sztuki. Uroczy, nieco zgryźliwy Skierka i leniwy Chochlik przerzucają się celnymi uwagami  na temat świata ludzi oraz wygórowanych żądań Goplany.  Wybitnie  zabawna jest także konfrontacja romantycznego uczucia Goplany ze zdrowym chłopskim rozsądkiem grubianina Grabca. Mimo iż, sam sposób ukazania tej, jak zwykliśmy sobie wyobrażać, pełnej czarodziejskiego uroku wróżki, jest nieco kontrowersyjny, to nie sposób odmówić mu interesującego nowatorstwa. Goplana wdzięczy się, uwodzi, niekiedy nawet szokuje swobodą obyczajów oraz figlarnością kusych haleczek, ale też potrafi okazać się prawdziwą zazdrośnicą, gdy odkrywa skłonność ukochanego do Balladyny. Nieco kłopotliwe byłoby odpowiedzieć na pytanie, czy w tym przypadku dowcip odreżyserski Cioska nie niweczy dowcipu odautorskiego Słowackiego. Cała smakowitość tej „wisienki na torcie” polega przecież na zderzeniu idealistycznych rojeń Goplany z grubokościstą przyziemnością Grabca. Cóż, ale to już kwestia gustu, a raczej smaku.
    „Balladyna” Cioska potrafi niewątpliwie zaskakiwać, na przykład przeniesieniem sceny końcowej na początek spektaklu, czy sądem, który nieco przypomina obrady samorządowe w jakiejś niewielkiej miejscowości. Najważniejsze są jednak jej bezpretensjonalność i świeżość. One właśnie sprawiają, iż najbardziej nawet złośliwi widzowie nie mogą za główną zaletę sztuki uznać tego, że „sufler został żywy”.

Dodaj komentarz