Gustaw Holoubek nie żyje

W nocy z 5 na 6 marca zmarł Gustaw Holoubek.
Publikujemy sylwetkę artysty.
Aktorstwo, czyli optymizm

Kiedyś Gustaw Holoubek w rozmowie z Andrzejem Hausbrandtem powiedział: Jestem aktorem – a więc samo to skazuje mnie na optymizm: wiarę w niewyczerpane siły teatru. Umacnia go obserwacja życia – także po tylu eksperymentach i wiwisekcjach przeprowadzonych na żywym organizmie poezji i sceny – jedna i druga żyją jeszcze.

Mija właśnie 50 lat od chwili, kiedy artysta z dyplomem w kieszeni zaczął stąpać po polskiej scenie. Bo związki z teatrem ma jeszcze wcześniejsze. W okupowanym Krakowie brał udział w nielegalnym teatrzyku amatorskim w przygotowaniu Dziadów – rzecz ciekawa, że ten właśnie tekst miał się okazać w jego życiowej drodze tak ważny. Już po wojnie wstąpił do Studia Teatralnego, a po raz pierwszy na zawodowej scenie pojawił się jako statysta w montażu wojennym Wandy Karczewskiej. Potem miał nagłe zastępstwo w Weselu, a na afiszu po raz pierwszy jego nazwisku znalazło się 1 marca 1946 w sztuce Stefana Flukowskiego Odys u Feaków. Ktoś tedy metodyczny miałby trudności z ustaleniem, od kiedy liczyć karierę sceniczną Holoubka. Rozstrzyga o tym sam jubilat, który premierą Garderobianego w "Ateneum" uświetnia swoje aktorskie półwiecze.

<Przede wszystkim aktor>

Zawsze uważał, że najważniejszym twórcą w teatrze jest aktor. Nie jest to może myśl oryginalna, ale w czasach, kiedy coraz częściej mawiało się o kreacji zbiorowej, dominującej pozycji reżysera, wielu warstwach przedstawienia itd., itp., takie stanowisko mogło uchodzić za konserwatywne. Holoubek mówił bowiem, że aktor w teatrze nie jest primus inter pares, lecz od samego początku tej dziwnej instytucji po prostu: primus. Mimo tej dla niektórych ryzykownej tezy nie mówiło się, że reprezentuje myślenie przestarzałe i typ aktorstwa zeszłowiecznego. przeciwnie, uznawano aktorstwa za nader nowoczesne. Ukute zostały nawet specjalne terminy: "aktor intelektualista", "analityk asceta", a nawet techniczne określenia dla sposobu jego gry, np. "patrzeć Holoubkiem". Artysta zaproponował bowiem typ aktorstwa, będący połączeniem między starymi i nowymi laty. Grał zawsze tak, jak narzucała to logika tekstu, analiza postaci, ale zarazem trochę z zewnątrz. Przy czym nie był to Brechtowski efekt obcości, ale swoiste, wyczuwalne napięcie między postacią i osobowością aktora. Dla jednych bywała to wada, określana "grą z dystansem", dla innych odkrycie nowych możliwości w roli.

Szlify aktorskie zdobywał artysta w Krakowie, a potem w Katowicach, ale przełomowe w jego karierze miały się okazać pierwsze sezony warszawskie. Zagrał wówczas sędziego w "Trądzie w pałacu sprawiedliwości" (1958) Bettiego wprawiając krytyków w osłupienie. Nikt tak wtedy nie grał. Tak sugestywnie i jednocześnie tak refleksyjnie. Potem, nawykli do tej metody recenzenci zwrócili mniej baczną uwagę na Hamleta intelektualistę i Przełęckiego z Uciekła mi przepióreczka Żeromskiego. Dopiero rolą Gustawa-Konrada w Dziadach Dejmka (1968) poraził widownię. A że przedstawienie odegrało rolę zgoła historyczną, od tej pory Holoubek stał już się legendą. Gdyby nic więcej nie zagrał było to dość na niejeden życiorys. Tymczasem przybyło jeszcze wiele ważnych ról, w tym także telewizyjnych.

W Teatrze TVP od początku ukazał swoje ogromne możliwości. Jego rola pisarza w Jesiennym wieczorze Dürrenmatta u boku Jacka Woszczerowicza zapisała się na trwale w historii teatru małego ekranu. Ten skromny dwuosobowy spektakl ujawnił, że w nowym medium aktor zyskał nowe możliwości – dzięki zbliżeniu, możliwości błądzenia po twarzy, zaglądaniu w oczy – widz odnalazł się w tym teatrze. Utraciwszy kontakt bezpośredni, zyskał zaskakujący ekwiwalent spotkania z aktorem. Holoubek dobrze to zapamiętał jako reżyser telewizyjny.

<Niedzielny reżyser>

Nie reżyserował wiele, ale zawsze z pasją. Ma swoich ulubionych autorów, swoje ukochane teksty. Należy do nich bez wątpienia Mazepa Słowackiego. wcale nie najważniejszy i wcale nie najlepszy jego dramat poety. Ale widocznie dla Holoubka szczególnie pociągającym, skoro reżyserował go w telewizji, w teatrze, napisał wreszcie scenariusz i sfilmował. Najwyżej cenię realizację telewizyjną z Aleksandrą Śląską i Janem Świderskim. Technicznie dzisiaj cokolwiek nieporadną, ale niezwykle czystą aktorsko. Reżyser dowiódł zresztą, ze równie biegle, jak niegdyś w warunkach skromnych, tak dzisiaj w warunkach nowoczesnej techniki, potrafi okiełznać telewizyjnego demona, którego wielu reżyserów teatralnych się boi, popadając w zazdrosny i beznadziejny wyścig z filmem. Telewizyjna inscenizacja Na dnie Maksyma Gorkiego przed kilku laty potwierdziła niezwykłe u Holoubka wyczucie kamery. To jedno z najlepszych przedstawień telewizyjnych ostatniego dziesięciolecia. Może więc niedzielny reżyser to złe określenie. Rzeczywiście, niedzielny, bo zbyt rzadko po tę rolę sięgał. Ale zazwyczaj ze świetnym rezultatem.

<Dyrektor>

Spełniał wiele innych ról, zwłaszcza jako kierownik artystyczny scen. Lubiany i podziwiany. Jego umiejętnościom towarzyskim, poczuciu humoru teatry zawdzięczały szczególną atmosferę. Dotyczy to zwłaszcza najdłuższej dyrekcji w Dramatycznej, która obrosła legendą. Sam Holoubek zawsze skromnie podkreślał, że tak się po prostu złożyło, ze akurat w tym teatrze spotkało się wówczas tylu utalentowanych ludzi…

Bywał też politykiem. Kontrowersyjnym. Atakowanym i atakującym. Z pożytkiem dla sztuki nie porzucił jednak teatru dla sceny politycznej, na której chyba zawsze czuł się jak na gościnnych występach w nieogrzewanej sali.

O tym, jak ciężki bywa zawód artysty pisał bez upiększeń: Aktor wraca po przedstawieniu pusty zmęczeniem fizycznym, które w tym wypadku wynika przede wszystkim z wysiłku systemu nerwowego. Wraca, aby ponownie, jak każdy człowiek, oddać się życiu, codzienności, a więc i przeżyciom, które kształtować będą jego osobowość. Im normalniej do życia powróci, tym większa będzie gwarancja zdobycia kapitału na to, aby był artystą… Widocznie nie raz było dane Holoubkowi tak właśnie powracać, skoro obdarował nas tyloma wspaniałymi kreacjami.

Tomasz Miłkowski

TEKST PUBLIKOWANY PRZED 10 LATY W "TRYBUNIE" Z OKAZJI 50-LECIA PRACY SCENICZNEJ GUSTAWA HOLOUBKA

Dodaj komentarz