Walczę o współczesną komedię polską

Rozmowa z Anną Gornostaj.

Tworzy Pani nowy prywatny teatr w Warszawie w dawnym kinie „Capitol”. Lada moment otwarcie?

Termin się stale przesuwa, gdyż trwa remont. Ale już niebawem, na początku kwietnia, nadejdzie piękny dzień otwarcia naszej sceny.

Towarzystwo Teatrum i scena w forcie Sokolnickiego to też Pani dzieło. Co się z nim stanie?

Zostanie, będę go prowadzić nadal. To nasze ukochane miejsce. Jest to zupełnie innego rodzaju teatr niż „Scena Capitol”, którą właśnie tworzymy. Teatr w forcie jest teatrem artystycznym. „Capitol” będzie teatrem komercyjnym. Teatr w forcie jest malutki – do stu widzów. To jest miejsce, w którym można nie myśleć o komercji i to jest fantastyczne. Można tam sobie pozwolić na rzeczy, które kochamy. Robimy np. spektakl dla osób niepełnosprawnych i mogę umówić się z aktorami, że zagrają za darmo albo za symboliczne wynagrodzenie. Wtedy stać mnie na bezpłatne zaproszenie ludzi niepełnosprawnych na spektakl. To są fantastyczne działania, przynoszące dużo radości i dające ogromną satysfakcję. Robimy np. trzy spektakle i czwarty oddajemy dla widzów z domu samotnej matki, niepełnosprawnych itd. W „Capitolu” będzie to właściwie niemożliwe, bo same koszty eksploatacji budynku są bardzo wysokie. Tam możemy sobie wymyślić sztukę, która może się nie do końca okazać przekładalna na język teatru. Na razie takiej sytuacji nie miałam, ale wiem, że się zdarzają. Po premierze okazuje się, że sztuka jest tylko dla wąskiego, wybranego grona. I to jest też potrzebne. W tym małym teatrze mogę sobie na to pozwolić. Scena „Capitol” to będzie teatr z widownią na 350 miejsc, znajdzie się tu także klub muzyczny z trzema scenami, dostosowany m.in. do organizowania dużych pokazów mody.

Teatr prywatny to bardzo trudne przedsięwzięcie. Pracowała Pani w teatrze o dużej renomie – w Teatrze Ateneum. I to wszystko Pani zostawiła. Dlaczego?

 Pracować w teatrze zaczęłam mając 12 lat. Jestem z Wybrzeża i grałam wszystkie dyżurne dzieci w Teatrze „Wybrzeże”. Dyrektorem teatru był wtedy Stanisław Hebanowski. Potem tworzyłam Teatr „Jedynka” z Krzyśkiem Pawlickim, który jest świetnym reżyserem. I z Jurkiem Gudejko. To był taki drugi „Bim-Bom”. Potem – na 25 lat – było Ateneum. Teatr „Capitol” jest normalną konsekwencją mojego życia i mojej drogi zawodowej. Od wielu lat marzyłam o swoim teatrze. I nagle się wszystko tak poukładało, że marzenie mogę spełnić. Myślę, że jak człowiek jest zdeterminowany na jakieś działanie, to w jakimś momencie to inspiruje. Nie lubię marzyć, żeby marzyć. Marzenia są po to, żeby je realizować. Wiedziałam od zawsze, że chcę być aktorką. Skończyłam szkołę teatralną, przez 25 lat pracowałam w teatrze instytucjonalnym. I nagle zaczęłam się tam dusić. Zobaczyłam, że jestem na zasadzie motyla, współdziałałam z innymi twórcami w rzeczach, które nie do końca mi odpowiadały. Aktor zakontraktowany ma prawo odmówić przyjęcia roli raz w roku. A nagle się tak zrobiło, że z przyjemnością odmówiłabym grania wszystkich ról, które miałam grać. W tej sytuacji powstał we mnie samej konflikt artystyczny. Czułam się z tym coraz gorzej. Powstało więc pragnienie odejścia, zrobienia czegoś pozainstytucjonalnie, wyrażenia tego, co nurtuje, co gdzieś w człowieku – aktorze siedzi. Tak powstało przedstawienie „Dzieci mniejszego Boga” z  aktorami głuchymi. Chodziłyśmy z Marysią Ciunelis po teatrach, wszyscy dyrektorzy pukali się w głowę, gdy usłyszeli, że tę sztukę chcemy zrobić z aktorami głuchymi. Zrobiłyśmy go więc poza teatrem instytucjonalnym – gram go ponad dwa lata. Ma bardzo dobre recenzje, jest kolejka oczekująca widzów, którzy chcą ten spektakl zobaczyć.

Artur Dziurman zrobił w Krakowie w „Molierze” znakomite przedstawienie z niewidomymi…

No właśnie. Nie są to więc jakieś szalone pomysły pomylonych artystów, ale bardzo potrzebne i sensowne działania artystyczne. Ania Dymna robi swoje przedstawienia z niepełnosprawnymi w „Bagateli” – byłam na tych spektaklach, są cudne. Mam w repertuarze teatru w forcie spektakl familijny „Śmietnik”, w którym gra niewidomy Bronek Harasiuk. Tą swoją działalność prospołeczną, bardziej dla duszy, chcę też w pewnym zakresie przenieść na scenę „Capitolu”.

Jaki jest pomysł na ten teatralny biznes capitoliński?

Połączenie teatru z klubem muzycznym. Klub muzyczny będzie tą kotwicą budżetową. Teatr raz zarobi, raz wyjdzie na zero, ale klub zapewni w ogólnym rozrachunku zbilansowanie na tyle, żebyśmy nie splajtowali. Teatr z klubem – taka prosta sprawa, a jakoś nikt na to nie wpadł. Wyjście piątkowo-sobotnie do naszego teatru powinno być wydarzeniem, ale i godziwą rozrywką niemal na całą noc, a przynajmniej na długi wieczór. Jak Pani zostawi płaszcz w szatni o 19-tej, to może go Pani odebrać w tej samej szatni o 4 rano. Spektakl będzie się kończył ok. 22.30 – 23.00. Zawsze po nim będzie godzinny koncert muzyczny w klubie. To będzie koncert jazzowy, także en planen – takich koncertów w ogóle nie ma w Warszawie, więc będziemy pierwsi. Myślę, że te koncerty ściągną publiczność. Jeżeli ktoś po koncercie zechce zostać i się pobawić, to proszę bardzo. Młodzież będzie mogła się pobawić przy muzyce dyskotekowej. I wszystko za nieduże pieniądze, bo taki wieczorno-nocny wypad do teatru będzie kosztował 45 złotych.
Drugim prostym, a nie stosowanym w teatrach, zabiegiem jest język migowy. Lektor na scenie będzie „na żywo” tłumaczył spektakl. Pracuję z ludźmi niesłyszącymi i niedosłyszącymi. Wiem, jacy wspaniali ludzie są wśród nich. I wiem, że to środowisko jest wyłączone z życia kulturalnego. My ciągle mówimy o pomocy dla niepełnosprawnych, o włączaniu ich w nurt normalnego życia. To są dla mnie opowieści dziwnej treści, bo ja z tymi ludźmi współpracuję, znam ich i dokładnie wiem, jakie są bariery, jakie kłody im się rzuca pod nogi. Oczywiście, ułatwia się im to najbardziej prozaiczne bytowanie codzienne, więc podjazdy, windy itp. A reszta?

Jak sobie Pani wyobraża udział lektora języka migowego w przedstawieniu?

Lektor będzie siedział na scenie tak, by był dobrze widoczny. Robiliśmy już takie przedstawienia, więc wiemy jak to „ugryźć” od strony technicznej. Jedynym kłopotem będzie zapłacenie mu za udział we wszystkich próbach jako pełnoprawnemu członkowi zespołu aktorskiego. Tłumacząc potem ten spektakl „na żywo” musi od początku znać intencje, całość przedstawienia. Ktoś, kto przyjdzie raz, nie jest w stanie spektaklu przetłumaczyć. A jeszcze ma to być przecież artystyczne, na dobrym poziomie.

Teatr będzie funkcjonował bez żadnej dotacji?

Bez. Wszystko własnymi środkami. To absolutnie prywatne przedsięwzięcie.

W jakim kierunku będzie zmierzał repertuar?

Siłą rzeczy musi być repertuarem komercyjnym – to złe słowo, ale… Musi być repertuarem, na który ludzie będą chcieli przychodzić. W tej chwili ludzie chcą odpocząć, zrelaksować się po nerwowych i trudnych godzinach dnia codziennego.

Chcą się pośmiać. Więc głównie komedia?

Tak. Myślimy przede wszystkim o polskiej komedii współczesnej, ale i o klasyce. Także polskiej. Jestem aktorką wychowaną na bardzo dobrych tradycjach artystycznych. Pracowałam w Teatrze Ateneum, gdy kierował nim Janusz Warmiński, grała jego żona, Aleksandra Śląska. Oni zawsze dbali o ogromną jakość tego „towaru”, który podawali, czyli o wartość artystyczną. Teatr bulwarowy jest bardzo miły, ale nie jest w moim typie, farsy angielskie są świetne, ale nie poruszają mojej duszy. Dlaczego się nie pokusić o współczesną polską dramaturgię komediową? Wiem, że jej nie ma na widelcu, więc zaczęłam jej szukać. Komedia zawsze była u nas lekceważona. A przecież jest o wiele trudniejsza do zagrania i o wiele trudniejsza do napisania. Przede wszystkim w warstwie słownej, dialogi komediowe wymagają znajomości pewnych reguł, które można sobie odpuścić pisząc dramat. W dramacie jest ważniejsza otoczka intelektualna, emocjonalna. W komedii oprócz niej musi być dowcip dialogowy, musi być bardzo konsekwentna, utrzymana w dobrym tempie konstrukcja dialogu. Mam ogromną pokorę wobec komedii.
Przez ostatni rok miałam przyjemność jeździć z pierwszym teatrem komedii polskiej, który stworzył Marek Rębacz. Sam pisał teksty. Jego największym grzechem było to, że i sam reżyserował swoje spektakle, nie będąc zawodowym reżyserem, co było widoczne.  Tekst w warstwie dialogu ze sztuki na sztukę stawał się u niego coraz lepszy. Jakby przez przypadek, jeżdżąc po Polsce on doszedł do tego, co np. Anglicy mają we krwi: komedię trzeba zgrać z publicznością. Współczesną. Pewne teksty, pewne sytuacje w komedii albo są aktualne, albo są dla widzów po prostu niezrozumiałe. Marek Rębacz jeździł z nami i obserwował publiczność. Wyłapywał, co było nie tak, czy za mało dopracowane, dopowiedziane, czy wręcz za liche. Poprawiał tekst na bieżąco i tekst końcowy różnił się od tego, który był na początku. I był coraz lepszy. I tym samym i spektakl był coraz lepszy. To dobra metoda na komedię współczesną. Chciałabym ją przejąć u siebie.

Dwa lata temu odbyła się debata na temat stanu komedii we współczesnej w Polsce. Nic z niej wyniknęło…

Jedna rzecz tak: Marek Rębacz stworzył konkurs na polską komedię współczesną. Czytałam utwory, które „schodziły” do jego prywatnego teatru. Było ich ponad sto. Niestety, tylko 8 nadawało się do jakiegokolwiek pokazania. To świadczy o tym, jak trudno jest napisać dobrą komedię. Udało mi się wyłuskać bardzo dobrego, jak myślę, debiutującego dramaturga komediowego Andrzeja  Chichłowskiego. Materiały, które mi dał są bardzo dobre – „Szczęśliwy dzień” już jest w próbach. Reżyseruje go Andrzej Grabarczyk, gra Marek Siudym i jedna, bardzo piękna, aktorka. Chichłowski napisał też komedię na cztery kobiety – mam ją w planach. Mam w planach repertuarowych także utwory Marka Rębacza – premierę „Wieruszki”, „Płeć przeciwną” z Katarzyną Figurą i może „Maciejowe podwórko”. Odkryłam też takiego młodego człowieka Kubę Przebindowskiego, który napisał bardzo śmieszną komedyjkę pokolenia 20-30-40- latków. To są reminiscencje na temat oddziaływania mediów na nas, m.in. seriali, na podstawie kultowego Szarika. To jest interesujące.
A klasyka? Między innymi Gombrowicz. Znakomitą adaptację „Pornografii” 25 lat temu zrobił Andrzej Pawłowski. Miałam przyjemność w tym grać – na widowni wisiały grona widzów, nie można się było na ten spektakl dostać. Chcemy to przedstawienie tutaj jakby powtórzyć, tzn. zrobić go w tej samej adaptacji i reżyserii, w miarę możliwości z udziałem gwiazd z tamtej realizacji. W zanadrzu mamy „Damy i huzary”, które będzie robił Wojciech Zadara… I tak powoli będziemy teatrem polskiej komedii.

A aktorzy? Grać komedię nie jest łatwo…

No właśnie. Nie jest problemem zagrać Fredrę, bo on tekstowo sam się broni. Ale żeby go dobrze zagrać trzeba mieć dobrych aktorów.  Postawienie na teatr komediowy wymaga spełnienia wielu wymagań. Jeżeli się chce robić dobry teatr komediowy. Aktorów, którzy czują komedię nie jest wielu. Czasami aktorom się wydaje, że gra w komedii to taka zabawa w nic, farsa, rubaszność, dowcipasy…
 Aktorzy…Obserwowałam szkoły teatralne w Krakowie, Wrocławiu, Warszawie. Warszawska wypada najgorzej. Młodzi są tu rozpuszczeni, jeszcze nie zaczęli dobrze studiów, już są serialowymi gwiazdkami. Nie każdy może być aktorem. Aktorem trzeba się nauczyć być. Są pewne zasady i reguły tego zawodu, bez których wyjście na scenę jest dramatyczne. Teatr bezlitośnie to obnaża. Jest takie stare powiedzenie aktorów: niech grają, niech grają, niech będą gwiazdami. Proszę wyjść na scenę w teatrze i zagrać. Często jest to żenujący dramat.

Tort na twarzy, kopniak w tyłek?

Dokładnie. Ja na to mówię, że „grają po bawarsku”. Aktor w komedii nie ma prawa przekroczyć pewnej granicy. Tu jest potrzebne świetne rzemiosło. Trzeba się trzymać pewnych reguł jak żelaznych zasad. Podobnie z reżyserią komedii. Jeżeli komuś się wydaje, że skoro widz się roześmiał, to jest to fantastycznie śmieszne, więc grajmy sobie i wystarczy to pociągnąć, to bardzo się zawiedzie. Turlanie się po scenie i ten kopniak, o którym Pani wspomniała, musi być perfekcyjnie zrobiony, żeby był śmieszny. I musi z czegoś wynikać, z jakiejś sytuacji. I musi budować następną sytuację. W dobrej komedii nie ma luźnych, zabawnych scenek. Jest bardzo precyzyjna konstrukcja. Jako aktorka pracowałam z największymi artystami teatru. Mój mąż, także wychowanek Janusza Warmińskiego, jest reżyserem. Wyrośliśmy z określonej tradycji, ukształtował nas określony teatr. Nie chcemy się tego wyrzec ani tego zaprzepaścić w pogoni za jakimś trendem czy módką.

Tworzy Pani zespół, czy będą to wyłącznie występy gościnne?

Teatr impresaryjny to jedyna możliwa formuła. Na szczęście, jest spore grono aktorów, którzy ze mną współpracują w forcie i chcą nadal ze mną współpracować. I, oczywiście, będę dopraszała innych. Poza tym mnie nie interesuje teatr z etatami czy kontraktami. Kiedyś byłam w Thalia Theater w Hamburgu, znakomitym teatrze. Teatr miał jechać do Monachium na występy gościnne. Tymczasem w teatrze w Monachium aktorzy ogłosili przeciwko temu protest i Thalia Theater tam nie wystąpił. W teatrze, w sztuce nie mogą decydować o niczym żadne związki zawodowe ani filantropia wobec środowiska. Sztuka jest bezkompromisowa. I musi być wolna od etatów, długoterminowych kontraktów, układów itp. Sztuka powinna być dynamiczna, zmieniać się z ludźmi, zmieniać się z czasami. Wyłączone są z tego instytucje narodowe – one są misyjne i spełniają określoną funkcję.

Wspomniała Pani o mediach, głównie o telewizji. Telewizja kształtuje nie tylko opinie, ale i pewien poziom intelektu i humoru. Czy Pani bierze to pod uwagę?

To prawda, poziom humoru jest dostosowany do tego, co telewizja narzuca. Mam jednak nadzieję, że inny rodzaj dowcipu, inny poziom humoru jednak widzów przyciągnie. Sukces „Rancza” mnie w tym przekonaniu upewnia. „Ranczo” zaistnieje też na naszej scenie. To będzie zupełnie inne „Ranczo”, ale oparte na pierwowzorze. Adaptację teatralną robi Wojtek Adamczyk, który reżyseruje serial telewizyjny. Moim zdaniem będzie to bardzo dobra komedia, z dobrym pomysłem.

Nie boi się Pani konkurencji?

Tylko kretyn się boi konkurencji. Konkurencja jest mobilizująca i inspirująca. Wymusza działania, jakość, wyzwala pomysły. Myślę jednak, że tak naprawdę nie jestem dla nikogo żadną konkurencją. Wspaniale, że powstają prywatne teatry, ale na razie ta nisza jest obszerna. Prywatne teatry są pewną konkurencją dla teatrów instytucjonalnych, ale nie wobec siebie. Te, które funkcjonują obecnie w Warszawie są bardzo od siebie różne i działają w różnych punktach miasta. Najbliżej naszego „Capitolu” będzie teatr Emiliana Kamińskiego. Jeszcze nie zaczął działalności, nie wiem, jaki będzie miał charakter, linię repertuarową, program. Teatr Krystyny Jandy to teatr gwiazdy. Ja nie jestem gwiazdą. Różnorodność jest rzeczą niezwykle cenną, a o tej decyduje artysta czy artyści, którzy dany teatr tworzą. Każdy ma indywidualny charakter, rys i to przyciąga widzów.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz