Kreacja Ewy Wiśniewskiej

O spektaklu Sonata Jesienna Ingmara Bergmana w teatrze Ateneum (Scena na dole).

Skupiona a przecież cały czas otwarta na emocje. Chwilami dziecinna, zawsze w aurze wspaniałej, soczystej kobiecości. Inteligentna, utalentowana, piękna, witalna, zaborcza i … neurasteniczna, postarzała, przemęczona, bezbronna. Idąc tym tropem kontrastów Ewa Wiśniewska buduje sylwetkę bohaterki Sonaty Jesiennej Charlotty Andergast – egotycznej, barwnej artystki i równocześnie odsłania tragiczny portret kobiety zaplątanej w poczucie winy wobec najbliższych.
    Wybitna rola. Znakomity warsztat. Precyzyjnie kształtowany dialog z trudną materią tekstu.  Charlotta jest bowiem kolejnym wizerunkiem, który Bergman pokazywał w obszarze poetyckiej metafory oraz psychoanalitycznej wiwisekcji. Wizerunkiem kreślonym ręką mistrza, lecz w warstwie literackiej mocno obciążonym postibsenowskim werbalizmem. Tak pojawiają się łańcuchy zdań z zewnątrz powściągliwych, a jednak w swej istocie często rozmytych wśród synonimicznych znaczeń. Piękny, wysmakowany obraz filmowy panował nad tą werbalizacją, proponując własną, wyjątkową miarę czasu i przestrzeni. Spektakl teatralny bywał bardziej nieufny.
    Myśląc i filmem, i teatrem Bergman sytuował w centrum projekcji postać – rolę, od której wymagał zespolenia wszystkich środków ekspresji aż po przeczucie, milczenie, bezruch. Liv Ullmann wspominając kiedyś klimat wyspy Faro i pracę nad Personą, zanotowała:
    „Po raz pierwszy w życiu spotkałam reżysera, który pozwolił mi odsłonić uczucia i myśli, których nikt inny nie dostrzegał … Ten geniusz stwarzał atmosferę, w której  mogło się zdarzyć wszystko.”
    Ewa Wiśniewska jako Charlotta osiągnęła właśnie ten rodzaj więzi nie tylko ze słowem, ale przede wszystkim z Bergmanowską symboliką, niedopowiedzeniem, sugestią. Taki przekaz kolejnych odsłon pamięci Charlotty ograniczył samą sferę słownych uwarunkowań dialogu.
    Pięknie i mądrze partneruje Ewie Wiśniewskiej Krzysztof Gosztyła (Wiktor). Sztywny, ubrany w gorset człowieka wypalonego od środka. Wiktor Gosztyły jest boleśnie doświadczonym pastorem, mężem i ojcem a bywa obserwatorem życiowych zakrętów. Samo pytanie o finał – czyli gest podarcia lub zachowania listu – nie wyjaśnia, bo nie może wyjaśnić,  sytuacji tak wyrazistego kryzysu rodzinnych związków. Kryjąc się w tle kobiecej histerii aktor wnosi autentyczny ładunek bólu. Dzięki niemu historia Bindal uzyskuje bardzo istotny walor prawdy.
    Nieco inaczej, na planie etiudy i zbliżonych fragmentów zdarzeń odbywają się sceny z udziałem Doroty Landowskiej (Ewa) i Katarzyny Łochowskiej (Helena). Ciekawe role, zwłaszcza przejmujące studium choroby Heleny, kiedy widz prawie że dotyka „motyla, który usiadł na oknie”. Pewne wątpliwości tylko budzi nadmierna ekspansja sformalizowanych tyrad, jakie wygłasza Ewa. Natomiast cały spektakl posiada właściwe tempo, klarowny układ powrotów i przemieszczeń akcji (brawa dla reżysera, tegorocznej absolwentki Warszawskiej Akademii Teatralnej Eweliny Pietrowiak). Urodę przedstawienia dopełniają, jak zwykle stylistycznie wysmakowane, kostiumy Zofii de Ines. O właściwą barwę muzyki, szczególnie istotną dla biografii wszystkich bohaterów Sonaty, dba Michał Sikora.
    Proszę Państwa, zapraszam do Ateneum. Kreacja Ewy Wiśniewskiej w otoczeniu bardzo dobrego zespołu – to trzeba zobaczyć!!
Jagoda Opalińska

Czytaj też: "Piekło Bergmana", recenzję Tomasza Miłkowskiego

Dodaj komentarz