Pętla w Drugiej Strefie

"Pętla" Marka Hłaski w nowej interpretacji Sylwestra Biragi w teatrze Druga Strefa. "Nie przepadam za prozą Hłaski – pisze autorka – nie interesują mnie już różne, a w gruncie rzeczy podobne, wiwisekcje alkoholizmu, opisywane stadia zmagania się i poddawania nałogowi, wpętlanie wszystkich w swoje problemy, staczanie się na dno…Co to teatr potrafi zrobić…".

W PĘTLI ALKOHOLU
    Wydawałoby się, że o alkoholizmie i degradacji człowieka pod jego wpływem nic nowego żaden artysta już nie powie. Zwłaszcza, że tej literatury „alkoholicznej”, także w teatrze, jest już sporo, że z reguły twórcy piszą o tym z autopsji, co powala (co za piękne słowo weszło do naszego obiegu językowego!) czytelników i widzów realizmem. Rzadko cokolwiek innego przez ów realizm, a często wręcz naturalizm, się przebija. W teatrze rzadko udaje się wyjść poza stereotypowy banał alkoholika: bełkocze, chwieje się na nogach, przewraca, niekiedy i rzyga na scenie. Ot, żyćko, jak mówi Emilia Krakowska.
    Zaproszenie na spektakl „Pętla” z Teatru Druga Strefa nie wzbudziło ani mojego i entuzjazmu, ani ciekawości. Ileż wiwisekcji alkoholizmu można czytać i oglądać?! Zwłaszcza, że, jak wspomniałam, rzadko wynika z tego cokolwiek więcej i ciekawiej niż sam alkoholizm. Niespecjalnie też entuzjazmuje mnie proza Marka Hłaski – chyba po prostu z tej literatury już wyrosłam. Ponieważ interesuje mnie ten teatr, mało: wręcz go polubiłam, bo ma swoje klimaty niezależnie od repertuaru, który też ma jakąś linię, co jest pewnym ewenementem w tego rodzaju teatrach, poszłam na spektakl zabierając ze sobą zaprzyjaźnionego psychologa, a właściwie psycholożkę. Dla Iwony teatr to jedno, uzależnienie jako problem psychologiczny – drugie.
 „Pętlę” wyreżyserował Sylwester Biraga, grali: Beata Bójko, Tomasz Zaród, Jakub Wons. „Pętla” to jeden dzień wyjęty z życia alkoholika. Dzień jak co dzień. Choć z pewną nadzieją na odmienność – na to nabrać się mogą tylko naiwni. Widzowie posadzeni po obu stronach sceny, a właściwie miejsc akcji, są tylko obserwatorami. I dobrze, nie ma potrzeby wciągać ich w środek tego dnia: niech sobie popatrzą, podumają. Na jednym końcu sceny dwa fotele i stolik z telefonem symbolizujące mieszkanie Kuby, potem jakby ulica i, oczywiście, knajpa, w której nasz bohater jest stałym, bywalcem. Z boczku, poza tym wszystkim, siedzi sobie cichutko Aleksandra Dyoniziak odpowiedzialna za światło i dźwięk. I chociaż to wynikało zapewne z uwarunkowań technicznych i lokalowych, było czymś fajnym: wpisywało niejako automatycznie całość w cudzysłów teatralny. Realizm zyskiwał jakiś lżejszy oddech i teatralność.
Bardzo dramatycznym, a zarazem… zabawnym, tak, właśnie zabawnym, pomysłem reżyserskim było rozdwojenie postaci Kuby, którego grał Tomasz Zaród. Światła wydobywają z mroku mieszkanie. Kuba siedzi sobie na fotelu, w piżamie, z trudem budząc się po upojnej alkoholowej nocy. Drobny, niepozorny, nieco niechlujny. Na stoliku czarny telefon rodem z wczesnych lat 50. (dzisiaj bardzo przez niektórych poszukiwany zabytek!), radio, także z tamtych lat. Cisza. Z Kuby niejako wydobywa się (nie dosłownie!) jego młode „ja”, w które wciela się wysoki, przystojny Jakub Wons. Wspomnienie. Zaczyna się budować jakiś klimat, wyłania – powolutku – poraniona psychika. To żywe, ucieleśnione wyodrębnienie młodego Kuby ze starzejącego się Kuby jest pełne dramatyzmu i napięcia. A przy tym naprawdę zabawne. Takie wzięcie wszystkiego w „cudzysłów” teatralnej sztuczności i iluzji, co jest zabiegiem tu ze wszech miar pożądanym, gdyż inaczej całość byłaby zanadto z życia wzięta. Nie zapominajmy, że „modelem” opowiadania Hłaski był żywy człowiek, poeta: Władysław Broniewski. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że zmagał się z nałogiem i że alkoholizm w końcu go zniszczył. I jako człowieka, i jako poetę. W spektaklu skojarzenie z Broniewskim się nie narzuca: wie o tym tylko ten, kto czytał opowiadanie Marka Hłaski i zna jego kulisy. To dobrze, bo przecież alkoholizm każdego trzyma w swoich szponach tak samo, każdego tak samo degraduje, w każdym tak samo niszczy człowieczeństwo. Bohaterem „Pętli” może być każdy. Artysta – być może – boleśniej walczy z uzależnieniem, boleśniej je odczuwa, tragiczniej widzi tę równię pochyłą, na której końcu jest już tylko… Śmierć? Tak, ale i pragnienie, by zdążyć umrzeć przed całkowitym upodleniem.
Właściwie trudno tu mówić o aktorskiej grze, choć jest to gra. Cała trójka jest porozdwajana, porozczwarzana nawet. Poza Kubą każdy gra postać i jest kim innym, te granice przechodzenia z roli w rolę są płynne, nieostre. Jak w „pętli” alkoholu, która w różnych rejonach zawsze zatacza ten sam krąg: od kieliszka do kieliszka. Irytują przegadania i pewne dłużyzny, drażni zbytnia dosłowność. Kuba postanawia przestać pić, ma się zgłosić do poradni na leczenie. Jest z kobietą, która go kocha i która jest przekonana, że jej miłość pomoże Kubie wyzwolić się z nałogu. Znosi wszystko ze spokojem, bo jutro będzie lepiej: Kuba zacznie się leczyć. Krystyna (Beata Bójko) jest zdecydowana, pewna swego. Aktorka gra kilka postaci, które też jakby się ze sobą przeplatają: barmankę, pierwszą miłość – wspomnienie i ukochaną Kuby. Jako barmanka patrzy na pijaczka chłodno licząc wypijane kieliszki. Jako kochanka ma w sobie czułość i litość. I nadzieję, że jeżeli dzisiaj się nie udało, bo Kuba po raz kolejny „poszedł w tango”, to jutro na pewno się uda… I ta nadzieja jest ładnie zagrana – jest taka jakaś „czysta” w tym zalanym wódą światku.
Towarzyszącą mi psycholożkę zniecierpliwiły te pijackie widy i zwidy bohatera, zirytowała zbytnia dosłowność. I jakby z góry przesądzone zakończenie: od pierwszych słów, pierwszej sceny było wiadomo, że Kuba na żadne leczenie się nie zgłosi, że miłość Krystyny ani nieco zamroczona, ale jednak, świadomość staczania się nie przerwie tej pętli, bo nikt nie jest w stanie pomóc komuś, kto tak naprawdę nie chce sobie sam pomóc. To, co ona uznała za defekt przedstawienia, ja zobaczyłam jako pewien atut, chociaż także irytowała mnie owa dosłowność z życia wzięta i stereotyp pijaka. Wiara w poddanie się leczeniu, naiwne przekonanie, że wszyją mu antabus i wszystko się skończy była w tym całym alkoholowym koszmarze ładnie aktorsko poprowadzona. Z ludzkim rysem. Jest rano, Krystyna przypomina Kubie, że o 18-tej razem idą na terapię. Nadzieja, radość, przekonanie, że teraz to już będzie OK.: pójdą na terapię, Kuba się wyleczy, wróci do życia. I Krystyna wróci do życia. Wiadomość o tym, że Kuba podjął decyzję o leczeniu roznosi się wśród znajomych, którzy co robią? Dzwonią, gratulują, przypominają pijackie „występy”. To Kubę łamie, wychodzi z domu. Dokąd idzie? Oczywiście, jak po sznurku, do „swojej” knajpy. Zamawia kawę, czas się wlecze niemiłosiernie, wychodzi, dostaje na ulicy od kogoś przypadkowego w mordę, wraca do knajpy, wypija kieliszek, dosiada się do przypadkowego gościa, który chętnie by się napił, ale nie ma forsy i… Da capo al fine. Rozpaczliwy monolog na końcu, nie przeszarżowany, choć łatwo było tu wpaść w tę pułapkę. Rozmowa z Krystyną, czerwony szalik na fotelu – sugestia samobójstwa, nadzieja, że rano pójdą do poradni…
Trudną rolę miał tu Jakub Wons, który był wspomnieniem Kuby, chyba trochę sumieniem Kuby i kumplem, z którym pije w knajpie. Facetem, którego życie także toczy się po równi pochyłej nasączonej alkoholem, w dodatku wypijanym na cudzy koszt.
Największą zaletą przedstawienia była dla mnie umiejętność budowania klimatu, pewna subtelność (nawet w tej zbytniej dosłowności) ukazywania poranionej psychiki całej trójki, spójność łącząca postacie realne i to wewnętrzne, dawne „ja” bohatera. I bardzo ładna, liryczna, autentycznie przejmująca scena spotkania Kuby i pierwszej jego miłości (także w tej roli Beata Bójko). Scena drgająca autentycznym wzruszeniem, które pryska w pewnym momencie jak bańka mydlana. Ona go kochała, on ją kochał, rozstali się, bo on popijał. Ona ma rodzinę. Zdradza tego swojego męża, bo go nie kocha, bo chce się odgryźć na świecie, w który się zapętliła. Spotyka Kubę i przez chwilę marzy, żałuje, że… Nie ma czego żałować – uświadamia jej twardo. To boli. Kuba jest życiowym bankrutem i wszyscy, którzy się z nim związali, o niego otarli są życiowymi bankrutami. Wszyscy upętleni w tej samej pętli.
    Nie przepadam za prozą Hłaski, nie interesują mnie już różne, a w gruncie rzeczy podobne, wiwisekcje alkoholizmu, opisywane stadia zmagania się i poddawania nałogowi, wpętlanie wszystkich w swoje problemy, staczanie się na dno…Co to teatr potrafi zrobić…

Justyna Hofman – Wiśniewska

Marek Hłasko „Pętla”; reż. i scen. Sylwester Biraga; występują: Beata Bójko, Jakub Wons, Tomasz Zaród; Teatr Druga Strefa, Warszawa, P 29 marca 2007.

Dodaj komentarz