Kawalerowicz, życie dla filmu

Wraz ze śmiercią Jerzego Kawalerowicza ( 1922-2007 ) odchodzi epoka wielkich twórców kina autorskiego XX wieku, epoka reżyserów, którzy wynosili kino do rangi Sztuki i dla których robienie filmów było sposobem i sensem życia.

Pochodził z rodziny osiadłej na Kresach Wschodnich, w której żyłach płynęła mieszana krew polsko-ormiańsko-niemiecko-francuska. Urodził się w miasteczku Gwoździec nad Czeremoszem (dzisiaj: Ukraina). Tam jego ojciec był naczelnikiem poczty, stryj – dyrektorem banku i popularyzatorem sportu; wuj ze strony matki – malarzem, natomiast ciotki  grały i koncertowały na cytrach. Te rodzinne powinowactwa i  usposobienia miały spory wpływ na  osobowość i późniejsze zainteresowania artystyczne Kawalerowicza. Podobnie jak dorastanie w wielokulturowym środowisku przedwojennej, mitycznej Galicji, która wydawała na świat takich artystów jak Bruno Schulz , Isaac Singer, Leopold Buczkowski czy Joseph Roth.

Kiedy  przyszły ekranizator „Quo vadis” przychodził na świat,  po raz pierwszy ekranizowano „Robin Hooda” z Douglasem Fairbanksem i kręcono 8-godzinne, nieme „Koło udręki”. Ale tam, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki  na ziemi, prawie  nikt o tym nie wiedział. 

     Dorastałem w okresie, gdy tempo życia wyznaczała co najwyżej szybkość biegnącego konia, kiedy żyło się bez elektryczności, bez radia , bez aut, a dożyłem czasów podboju kosmosu, komputerów, Internetu  ,telefonów komórkowych  konstatował twórca „ Faraona”, gdy kończył 85 rok życia.

 

*****

    Z kinem po raz pierwszy zetknął się na początku lat trzydziestych  ubiegłego wieku. W jego rodzinnej miejscowości pokazywano Nibelungi Fritza Langa.  Zapamiętał to, gdyż po projekcji  filmu operatorzy obwoźnego kinematografu spłonęli wtedy wraz ze swoim urządzeniem po pokazywania „ruchomych obrazków”

      Namiętnym kinomanem stał się, gdy był uczniem gimnazjum w Stanisławowie; oglądał wtedy głównie filmy amerykańskie z Gretą Garbo, Clarkiem Gable, Marleną Dietrich. Po wojnie, pod namową  matki, skierował swoje kroki do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po kilkunastu  miesiącach studiowania malarstwa dowiedział się o Kursach Przysposobienia Filmowego. Zaczął  na nie uczęszczać i połknął bakcyl kina.

     Wtedy nie wiedziałem jeszcze jest to bakcyl potworny, dogłębny i nieuleczalny,  a robienie filmów może  być narkotykiem.  W dorosłym  życiu,  w swoim myśleniu nie znajdowałem już miejsca na cokolwiek innego poza tym, co jest związane z pracą filmowca. Dzięki niej zawierałem przyjaźnie, znajomości, podróżowałem po świecie, działałem społecznie  zwierzał się po latach.

      Był  wybitnym, nie dającym się łatwo zaszufladkować artystą o rozległych zainteresowaniach i unikalnych umiejętnościach warsztatowych. Nie zdobył wprawdzie dyplomu ukończenia studiów reżyserskich, ale posiadał wielki  talent. -To człowiek, który zamiast czaszki ma kamerę filmową- charakteryzował go Tadeusz Konwicki. 

      Rzemiosła filmowego uczył się w praktyce asystując na planach naszych  pierwszych powojennych filmów m.in. „Zakazanych piosenek” Leonarda Buczkowskiego i „Ostatniego etapu” Wandy Jakubowskiej.

 

 Jako samodzielny reżyser nakręcił 18 filmów (jeden -„Gromadę”  zrealizował  wspólnie z Kazimierzem Sumerskim). Otrzymał za nie mnóstwo prestiżowych  nagród (m.in. Srebrną Palmę na MFF W Cannes, Srebrnego Niedźwiedzia na MFF w Berlinie Zachodnim oraz nominację do Oscara )  i „walizkę” rozmaitych dyplomów  i orderów. Przyznano mu także tytuły doktora honoris causa paryskiej Sorbony i łódzkiej Filmówki.

 

      Podejmował się zazwyczaj przedsięwzięć trudnych, pełnych rozmachu,  niejednokrotnie nowatorskich i – w swoim czasie – wręcz awangardowych.

Ekranizował  utwory Newerlego, Prusa, Sienkiewicza, Iwaszkiewicza, Aleksego Tołstoja, Zawieyskiego, Stryjkowskiego. Unikał zajmowania się tematami doraźnymi , szukał  problemów uniwersalnych i starał się budować własną dramaturgiczną rzeczywistość filmową, w której zawsze niezwykle ważne były – przesłanie dla widza i  uroda obrazu.

 

 Był perfekcjonistą;  zwracał uwagę na rytm, narrację , dbał o detale – to decydowało o jego  indywidualnym stylu. W latach 60 wymyślił „subiektywne filmowanie”- okiem bohatera filmu, dzisiaj stosowane już często. Przed jego kamerą rozkwitały aktorskie talenty Józefa Nowaka, Lucyny Winnickiej, Leona Niemczyka, Franciszka Pieczki, Jerzego Zelnika, Zdzisława Mrożewskiego. Takie dzieła jak „Faraon”, „Pociąg”, „Matka Joanna od Aniołów”, „Śmierć prezydenta” czy „Austeria” nie zestarzały się; dzisiaj nadal zaciekawiają , są odbierane jako wciąż aktualne i oglądane tak jakby powstały przed chwilą.

 

 

 

 

 

****

 

      Przez pół wieku kierował legendarnym już zespołem filmowym „Kadr”, w którym powstały m.in. głośne filmu Wajdy, Munka, Kutza, Konwickiego, Morgensterna, Antczaka,  Machulskiego. Kawalerowicz był ich patronem i  – ojcem wielu sukcesów naszej  powojennej kinematografii. Był też współtwórcą „polskiej szkoły filmowej”  oraz  autorem  przynajmniej kilku filmów o randze europejskiej , a nawet światowej.

     Nazywano go rozmaicie –  bo wciąż zaskakiwał : „wielkim majstrem”, ”mistrzem sztuki filmowej”,  „wirtuozem kamery”, „mistrzem psychologicznej gry”,” epikiem”,  ”rekonstruktorem światów przepadłych”, „faraonem kina” –  każde z tych określeń ma swoje głębokie uzasadnienie. On sam twierdził, że nie posiada żadnego artystycznego credo poza pragnieniem, aby robiąc filmy  nie powielać innych ani  siebie.   W dużej mierze mu się to udało.

 

   Można wierzyć  w wyznanie reżysera, że  X Muzie oddał się bezgranicznie. Ale nie był samotnikiem. Przeciwnie.

    Przez 12 lat kierował Stowarzyszeniem Filmowców Polskich, którego był współzałożycielem. Przez jedną kadencje zasiadał jako poseł w Sejmie.

   Miał trzy żony ( pierwsza- Maria Gurtner była malarką, druga – Lucyna Winnicka- aktorką, trzecia- Małgorzata Dipont- krytykiem filmowym ) i czworo dzieci, dwie córki i dwóch synów.

    Na starość zaprzyjaźnił się też z kotami – one  były jego ostatnią miłością.

Umiał smakować życie, doceniać w nim piękno. Lubił  whisky i dobrą kuchnię . Potrafił dowcipkować. Był ciekawą i  barwną postacią .

Kilka miesięcy temu powiedział mi: – Niczego co zdarzyło się w  moim życiu nie żałuję;  wszystko było do czegoś potrzebne, dostarczało mi rozmaitych  doświadczeń i impulsów. Doszedłem jednak do wniosku, że  to wszystko zmieniało i zmienia  się zbyt szybko. Tyle rzeczy na  moich oczach runęło lub wywróciło się do góry nogami: państwa, granice, ustroje, sojusze, a przede wszystkim wartości, nawet te, które wydawały się niepodważalnymi. Jedyne, co okazało się na przestrzeni mojego życia trwale to twórczość. Ona zmienia się wolniej niż życie.

 W tamtej rozmowie  Jerzy Kawalerowicz wspominał mi  także o pomyśle na kolejny film, choć wiedział , że już go nie nakręci. Ale  lubił myśleć, że to zrobi. Pragnął także, aby sprowadzono do Polski jego film „Maddalena” z muzyką Nenio Morriccone, który w roku 1971 nakręcił we Włoszech.

Powinniśmy spełnić to jedno z ostatnich  życzeń Mistrza .Poza pamięcią i szacunkiem za to, co nam dał, również to mu się od nas należy.

Stanisław Zawiśliński

 

Poszerzona wersja tekstu publikowanego w "tele Tygodniu".

 

 

 

 

 

 

    

 

Dodaj komentarz