Chora z urojenia

O "Prywatnej klinice" w Olsztynie.
Jak dziś ciężko z pracą – trzeba liczyć każdy grosz i tak od pierwszego do pierwszego. A w teatrze, jak to w teatrze, można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania. O ile sztuka takie stawia. Jeśli chodzi o "Prywatną klinikę", nie stawia, ale podaje pomysł na to, jak się dobrze ustawić w życiu. Sprawa tyczy się pań i to pań przedsiębiorczych, a dokładniej pokazuje, jak mieć kasę i przyjemność za jednym zamachem.
"Prywatną klinikę" w olsztyńskim Teatrze im. Jaracza wyreżyserował Jerzy Bończak i nie było to jego pierwsze starcie z tytułem. Była Warszawa, były Kielce, Zielona Góra, Rzeszów. Więc można powiedzieć, że trening czyni mistrza. Po "Palcu bożym" – jaki reżyserował kilka lat temu w Jaraczu – przyszła kolej na farsę Johna Chapman i Dave'a Freemana. Udało się?
Spektakl to zawirowana historia oszustwa, które prowadzi do takiego zakręcenia i udawania, że nie sposób pękać ze śmiechu. Oto kochanka Harriet spotyka się z dwoma mężczyznami, ciągnie od nich, ile się da i raptem znajduje się z obojgiem pod jednym dachem. Wcześniej panowie żyją i umilają żywot swojej lubej – myśląc, że są jedyni w jej życiu. I tytuł sztuki stąd, że kobieta zmuszona jest udawać siostrę przełożoną (kilkakrotnie!) i trzymać pieczę nad wymyśloną w jednej chwili kliniką, do której trafiają nieświadomi niczego kochankowie. Akcja rozwija się szybko, ale niestety dopiero po antrakcie. Pierwsza część sztuki dłuży się i nie przypomina farsy. Owszem, kilka scen jest zabawnych, ale gdzie tu zapowiadany powalający humor? Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Po przerwie rzeczywiście dzieje się wiele i wiele scen jest bardzo precyzyjnie zagranych, co podkreśla zamierzony efekt. Jedne drzwi się zamykają, drugie otwierają – jednym słowem wszystko gra. Jednak nie do końca aktorzy czują się dobrze w swoich rolach. Pomimo precyzji gestów, sprawiają wrażenie, że nie czują swoich postaci. Tak jest z Radosławem Hebalem wykrzykującym swoje kwestie (Gordon – jeden z kochanków) i Alicja Kochańska (Harriet) chodzi jak nakręcona i sterowana pilotem. "Samą siebie przechodzi" w scenie, w której rzuca się na ścianę. Lamentuje, ale jest to sztuczne i, owszem, scena śmieszy, ale nie to powinno bawić. Jednak rewelacyjny w swojej kreacji jest Maciej Mydlak (pijany weterynarz Ryszard). Nic dodać, nic ująć. Warto iść do teatru, by chociażby zobaczyć, jak bada się lisa… Sztucznego! Bawi też Wiesława Niemaszek, która wciela się w wysoko noszącą głowę "gestapo-babę". Pozostaje tylko współczuć jej mężowi i wykorzystywanemu kochankowi Grzegorzowi Jurkiewiczowi. Ten z kolei jest jak ryba, którą przynosi w prezencie. Ani męski, ani ciepłe kluchy – nijaki. Także Agnieszka Pawlak sili się na świątobliwą i niewyrobioną. Widać, że aktorka nigdy taka nie była i pewnie prywatnie "ma jaja", więc ciężko jej sobie wyobrazić, jak to jest być nudną żoną, której pewnie tylko w głowie robienie na drutach i gotowanie mężowi jajka na twardo. Więc tu na pewno aktorka nie czuje swojej bohaterki, a i widz nie daje się oszukać. Każdy gest, wypowiedziane słowo są jakby napompowane, wysilone. I gdyby użyć tu stwierdzenia Grotowskiego kierowanego do jego aktorów – "Wierzę. Nie wierzę." – można powiedzieć: nie wierzę. Bo farsa farsą, ale teatr zazwyczaj przekazuje prawdę o świecie. Właśnie, prawdę.
Na uwagę zasługuje scenografia pomysłu Klaudii Solarz. I tak na jednej scenie pojawiają się dwie przestrzenie (salon i sypialnia). Jedną od drugiej wyróżnia podest i drzwi – otwierane i zamykane. Scenografia jest gustownie urządzona, widać wykonana z wysokiej jakości elementów. W Jaraczu coraz częściej inwestuje się w eleganckie przedmioty, które zdobią scenę. Jeśli mają być wymówką dla nieudanej sztuki – to tym gorzej. Ale jeśli współgrają z tym, co dzieje się na scenie, a przede wszystkim z wydźwiękiem spektaklu – jest dobrze. W sytuacji "Prywatnej kliniki" rzeczywiście jest dobrze, bo w końcu można powiedzieć, że jest w Olsztynie co oglądać. Aktorzy aktorami, ale zabawny tekst robi swoje – w dodatku spektakl jest dopracowany. Reżyser przemyślał spektakl, mimo iż pierwsza część długo się rozkręca, to jednak warto czekać na ciąg dalszy. Więc jeśli się bawić w karnawale, to na pewno w "Prywatnej klinice".

Ada Romanowska
Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz