Czarownice w Salem w Powszechnym

Powieście ich wysoko!
Tak właśnie kończy się ta sztuka: „Powieście ich wysoko!” – to ostatnie zdanie bezwzględnego, cynicznego Danfortha, pełnomocnika gubernatora z „Czarownic z Salem” Arthura Millera. Izabella Cywińska, sięgając po ten głośny dramat, wróciła do teatru politycznego. Innego jednak od modnego znowu teatru doraźnego komentarza czy aluzji, tzw. sztuki z personalnym kluczem.
Raczej do teatru politycznego bliskiego uniwersalnym refleksjom nad naturą uprawiania polityki, jej patologiami i mrocznymi zakamarkami. Oczywiście, nie robi się tego bez powodu! Arthur Miller napisał „Czarownice z Salem|”, bo dopiekła mu Komisja ds Badania Działalności Antyamerykańskiej i antykomunistyczna histeria, rozpętana przez osławionego senatora McCarthy'ego. Żeby jednak metody senatora skompromitować, autor wcale nie sięgnął do akt jego komisji, ale po historię z dziejów fanatyzmu w Nowej Anglii, do procesów o czary, wytaczanych w XVII wieku. W ten sposób ujawnił niechlubne tradycje walki z nieprawomyślnymi, odwieczne mechanizmy niszczenia przeciwników w imię obłąkańczych idei albo i cynicznie wykalkulowanych korzyści. Cywińska z kolei, najwyraźniej odczuwająca dyskomfort w tzw. IV RP, wykorzystuje tekst Millera, aby uświadomić, że ten sam mechanizm został uruchomiony całkiem niedawno, w wymarzonej i wyśnionej niepodległej Rzeczypospolitej. I o tej recydywie histerii, nienawiści, braku tolerancji i hipokryzji jest ten spektakl.
Cywińska dopisała Millerowi tylko jedno słowo, ale jakże znamienne. Po końcowej kwestii pełnomocnika dodała jeszcze: „Wszystkich!” Zbigniew Zapasiewicz, który stworzył wielką kreację złowrogiego, złego do szpiku kości gracza, włożył w to słowo całą nienawiść oszczerców, donosicieli i ludzi czerpiących satysfakcję z deptania słabszych. Mocno to zabrzmiało, zwłaszcza nazajutrz po wywieszeniu list polityków w witrynie IPN. Wśród „powieszonych” znaleźli się i ci, których sąd uznał za wolnych od zarzutu współpracy ze służbą bezpieczeństwa, a nawet ci, którzy byli prześladowani w stanie wojennym. Prokuratorzy IPN tłumaczyli obłudnie, że takie są przepisy, za nic mając prawomocne wyroki sądów. Ta przedziwna zbieżność słów, które wypowiada pełnomocnik gubernatora i trwającej nagonki politycznej doprawdy porusza. Jeśli ktoś myśli, że nowe rozdanie politycznie po wyborach zniosło niebezpieczeństwo polowania na czarownice, jest w błędzie. Równie niebezpiecznie znajomo brzmią słowa Danfortha, wypowiadane wcześniej, podczas przesłuchania świadka: „Nikt cnotliwy nie ma powodów, żeby bać się sądu”. Oto jak inkwizytorzy wszystkich epok podają sobie ręce.
Ascetyczne przedstawienie Cywińskiej toczy się wśród nas. Między rzędami znalazł się wybieg, po którym przechodzą lub przebiegają postacie dramatu, a na scenie, po jej bokach, zasiedli widzowie, jak tłuszcza, która z upodobaniem przyglądała się dręczeniu podejrzanych o konszachty z diabłem. Tak pomyślana przestrzeń miała dodatkowo wzmacniać ponadczasowy wymiar widowiska – rzecz przecież w równej mierze dotyczy dawnych procesów o czary, komisji McCarthy'ego, co i dusznej atmosfery podejrzliwości wytworzonej przez do niedawna rządzącą ekipę. Toteż, choć próżno by tu szukać poprzebieranych bohaterów konferencji prasowych czy komisji śledczych, lustro podstawione rzeczywistości wcale nie było ani krzywe, ani przestarzałe. W ryzach tak pomyślanego przewodu myślowego i estetycznego znakomicie znaleźli się obok Zbigniewa Zapasiewicza – Tomasz Sapryk jako John Proctor, buntownik z przypadku, protestujący przeciw bezprawiu i łamaniu charakterów, Kazimierz Kaczor – obmierzły pastor karierowicz,  a także w wymownych epizodach Mirosława Dubrawska (szlachetna Rebeka) i Olga Sawicka (wredna pani Putnam). Gdyby dotrzymała im kroku młodzież żeńska, czyli rzekomo prześladowane przez złe moce dziewczęta z Salem, przedstawienie mogłoby być nie tylko ważne i dobre, ale wielkie. Niestety, młode aktorki zagrały bez przekonania i bez zrozumienia, jak by nie wiedziały, kogo i dlaczego grają. Elizie Borowskiej jako Abigail Williams nie tylko nie sposób uwierzyć, że widziała Złego, ale i nie podobna nawet wierzyć, że dyszy z namiętności ku Proctorowi. Szkoda, bo bez tła, jakim jest w tym dramacie histeria, wzniecana przez żądne krwi dziewczęta z Salem, perfidna gra komisarzy myśli także traci na sile.
Tomasz Miłkowski
Arthur Miller, „Czarownice z Salem”, tłum. Wacława Komarnicka i Krystyna Tarnowska, reżyseria Izabella Cywińska, muzyka Jerzy Satanowski, Teatr Powszechny, premiera 30 listopada

Tekst publikowany w "Przeeglądzie"

Dodaj komentarz