Syrenie śpiewy

Moja szkoła gustu
Syrenie śpiewy
Panie redaktorze,
taki gust miałam, że nie pisałam – powiada Rachela w „Weselu”. Szkoda, że tego heroicznego wyznania grafomanów nie biorą sobie do serca opisywacze teatru. Dzisiaj, kto żyw, udaje recenzenta, i spieszy ze swymi zbawiennymi opiniami na łamy.
Oto kilka wypadków z tej łączki. Po premierze „Czarownic z Salem” Arthura Millera w reżyserii Izabelli Cywińskiej (Teatr Powszechny w Warszawie) połączone chóry recenzentów warszawskich pod dyrekcją (mniejsza, pod jaką) wykonały suitę „Po sezonie”. Zgodnie zakwilono, że Cywińska z tym antypisowskim pasztetem spóźniła się o pół długości, przygotowując atak w sprawie już dawno załatwionej. Ryczałtem pogrzebano reżyserkę, scenografa, aktorów (wyjąwszy Sapryka). Oto po jubileuszowym spektaklu w Syrenie”, „Powróćmy jak za dawnych lat” ułożonym do piosenek Jerzego Jurandota, ojca założyciela teatru, młódź płci obojga jęła się prześcigać w utyskiwaniu na poziom rozrywki naszej, czego koronnym przykładem miała być konferansjerka na tym spektaklu (osobliwie obiektem ataku stał się Piotr Polk) oraz fakt, że prawdziwe gwiazdy siedziały na widowni. To prawda, że takiej obsady na widowni można było pozazdrościć, ale to nie znaczy, że jubileuszowy spektakl powinien polegać na koncercie wielce zasłużonych i czcigodnych poprzedników. Zresztą nostalgiczne wzdychania za tą dawną Syrena podszyte są w dużej mierze niewiedzą albo krótką pamięcią. Syrena nigdy nie była Kabaretem Starszych Panów ani Piwnicą pod Baranami, jej styl był raczej przaśny, plebejski, pod gust niewyrafinowany, co nie znaczy, że nie pracowano tu rzetelnie, ale na innych nutach niż te, które po latach próbuje się Syrenie wcisnąć w brzuch. Jeśli o tym pamiętać, spektakl jubileuszowy w szlachetny sposób nawiązuje do tych korzeni, nie uwłaczając protoplastom. Widocznie jednak marudzenie i wyrzekanie to sztandar przechodni każdego, kto cokolwiek o teatrze chce powiedzieć. Tymczasem spektakl sprawiał wrażenie sympatycznego ukłonu dla założyciela, zalecał się dowcipem i co najmniej poprawnymi, a niekiedy rewelacyjnymi wykonaniami poszczególnych numerów. Oczywiście, miał pewien garb, właśnie wspominkowy, i jeśli coś tu było obciążeniem, to materiały archiwalne z telebimu, w rzeczy samej z innej, nieteatralnej bajki, przypominającej raczej nobliwą akademię ku czci. Ale tego akurat nikt się nie uczepił, bo jak to, nie wypada o mistrzach złego słowa…
Pański Semła

Dodaj komentarz