Szewcy u bram Rozmaitości

O spektaklu Jana Klaty "Szewcy u bram" wg "Szewców" Witkacego w TR Warszawa.
Palenie Chochoła
Na koniec Maria Maj, grająca Chochoła, podpala noszoną przez siebie kukłę. Chocholi totem wcale nie wygląda jak Chochoł, znany z „Wesela” czy obrazków Wyspiańskiego, bardziej to strach na wróble albo po prostu koszula na wieszaku z doczepioną kulą, przypominającą głowę bez ust, oczu i uszu. Kukła płonie majestatycznie i w ciszy, oświetlana płomieniem. Aktorka stoi w odrętwieniu (także ze względów bezpieczeństwa), publiczność czeka na dalszy ciąg. Ale dalszego ciągu nie ma. Ukłony i oklaski…
Co to właściwe znaczy? Wiadomo, jaką treść symboliczną dźwigał Chochoł u Wyspiańskiego i wszystkich, którzy do niego się odwoływali – to symbol polskiej niemożności, uśpienia, niedoczynności, zaniechania. Wcześniej widzieliśmy na scenie szaleńcze tany, do utraty tchu, bezładne, jak w upojeniu. Skoro Chochoł spalony, może nastał czas czynu? Jeżeli tak, to ten wybór należy raczej do widowni. A jeśli Chochoła można było spalić, bo już nie jest do niczego potrzebny, w ukołysanym do snu społeczeństwie zbędny jest usypiacz-nadzorca, skoro już dawno pozostaje niezdolne do czynu? A może to jeszcze coś innego: spalenie Chochola to koniec dawnej historii, teraz zaczyna się rozdział nowy. Tak czy owak ogień na scenie zawsze niepokoi. To groźny żywioł. W sam raz na finał.
Wszystko zaczyna się żartobliwie – na scenie stosy pudeł, jak w jakimś magazynie, może na zapleczu hipermarketu, a zamiast horyzontu pokaźnych rozmiarów ekran plazmowy do wyświetlania wideo i pilota programów telewizyjnych. Z offu dobiegają strzępy kwestii z końcowej partii „Szewców” Witkacego, rozmawiają Towarzysz Abramowski i jego bliski współpracownik, Towarzysz X, a tak naprawdę słychać kwestie nagrane przez Jana Klatę i Sławomira Sierakowskiego. Żart jak żart. A potem nieco zmieniona lekcja ostatnich słów dramatu, które wypowiada Andrzej Turski: „Trzeba mieć takt, by zacząć czwarty akt”. A więc, Klata i Sierakowski zaczynają tam, gdzie kończy Witkacy. Jest już po spirali rewolucji i kontrrewolucji, jest „po historii”, budujemy nowy szczęśliwy świat bez wstrząsów, stabilizujemy się.
I rzeczywiście. Na scenę wkraczają Szewcy z pieśnią na ustach, a właściwie pracownicy magazynowi z wózkami widłowymi, w firmowych w kaftanikach, chórem wyrzucający z gardeł pean ku czci wewnętrznego samozadowolenia. Ale wbrew optymizmowi „pejzażu wewnętrznego” wykonują idiotyczne czynności, przekładają z jednej sterty na drugą panele podkładowe, z wózka na wózek, z prawa na lewo i na odwrót. Popatrują od czasu do czasu łakomym wzrokiem na ekran, gdzie miesi się ponętnie i lubieżnie Irina Zbereźnicka (sugestywna i zmysłowa Ewa Kasprzyk), a jeden z nich nie może sobie darować, że choć ochoty mu nie brak, to jednak jego mdłe ciało tylko dwa piwa może wypić i jednej swojej ślubnej dogodzić. Tak pada na oczach mit konsumpcji, tym łatwiej więc przychodzi prokuratorowi Scurvy skołowanych szewców zamknąć i skazać na katusze bezrobocia. Do tego momentu spektakl zapowiada się arcyciekawie, ale na zapowiedziach, niestety, kończy  (wśród nich arcyzabawna wizyta grupy pana Wyspiańskiego, do której wchodzą obok Chochoła czarnoskóry perkusista i transwestyta z łabędziem). Katusze bezrobocia polegają na wielokrotnym (bodaj 10-krotnym) odsłuchaniu pieśni masowej z socrealistycznego filmu, wzywającej do roboty. Osadzeni wszelako do żadnej roboty nie są przymuszani, a raczej do nie-roboty, stąd pieśń staje się dla nich katuszą, a dla czeladników okazuje się zaraźliwa, bo zrazu nieśmiało, a potem coraz bardziej jawnie ją podejmują, przechodząc mimowolnie na stronę dręczycieli. Jednakże ta opowieść o manipulacji dłuży się niemiłosiernie i staje się także torturą dla widzów – Jan Klata najwyraźniej dzieli przekonanie z tymi reżyserami, którzy pragnąc wywołać odpowiednie wrażenie u widzów, gotowi są widzów pokrajać w plasterki. Od tej chwili wszystko się w tym przedstawieniu sypie. Zamiast rewolucji a rebours albo innej mrożącej krew w żyłach wizji przyszłości „Szewcy u bram” stają się doraźną opowiastką o paskudnym PIS-ie i jego czołowym ministrze sprawiedliwości (granym zresztą z wielką swadą przez Piotra Głowackiego) wraz z sejmową komisją śledczą, przed którą zeznaje Irina Zbereźnika upozowana częściowo na Jolantę Kwaśniewską, a częściowo na Patty Diphusę. Ta ostatnia scena, wykonana brawurowo, z iście kabaretową werwą, wygląda na trudną do wytłumaczenia narośl na scenicznej akcji. Autorzy spektaklu tracą impet, być może wystraszeni, że historia (której podobno „nie ma”) złapała ich za rękaw i Dziarscy Chłopcy oraz Prokurator Scurvy utracili władzę – ostrość wymowy spektaklu stacza się więc na pozycję wyprzedaży posezonowej, a hasło, że jest „po historii” kompromituje nie po raz pierwszy – kto je głosi, dumnie zadziera nosa jak Ben Akiba, że wszystko już było. A to nieprawda, na co wielu przede mną wskazywało, by napomknąć tylko o prawie retrospekcji przewrotowej Kelles-Krauza albo o refleksji Marksa o historii: „za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa”. Tak więc punkt wyjścia zapowiadał ważne, hipnotyczne przedstawienie, punkt dojścia zagubił się w labiryncie niespójnych pomysłów. „Szewcy” zapukali jedynie do bram Rozmaitości, choć i to pukanie ma swoją wagę.
Tomasz Miłkowski
­­­­­­­­­­­­­­­
„Szewcy u bram”, na podstawie „Szewców” Stanisława Ignacego Witkiewicza, reżyseria Jan Klata, dramaturg Sławomir Sierakowski, opr. tekstu Jan Klata, Sławomir Sierakowski, scenografia i światło Justyna Łagowska, kostiumy i projekcja wideo Mirek Kaczmarek, choreografia Maćko Prusak, TR Warszawa, premiera 11 listopada 2007

Tekst publikowany w "Przeglądzie"

Dodaj komentarz