Cuda zmierzchu

W Teatrze Druga Strefa na afiszu „Ciocia” Rafała Wojasińskiego w reżyserii i scenografii Sylwestra Biragi.

Image

Emilia Krakowska w „Cioci”

    Straszna jest tylko śmierć w samotności… Tak straszna, że przybywa się niespodziewanie do jakiegoś krewnego. Przybywa… Zwala na kark – mówiąc bez ogródek. Z walizką na kółkach, poduszeczką, szlafroczkiem i całym entouragem towarzyszącym chorobie i starości. Oczywiście upiorna ciocia chorobę ukrywa i stara się siostrzeńcowi wmówić, że na pewno w tej życiowej nieprzyjemności, jaką jest jej niespodziewany przyjazd, odnajdzie on przyjemność. Bo… Natychmiast rozpoczyna reorganizację jego życia, terroryzując go emocjonalnie.
W Teatrze Druga Strefa „Ciocia” Rafała Wojasińskiego w reżyserii i scenografii Sylwestra Biragi. Właściwie jest to sztuka o umieraniu. O tym umieraniu najgorszym z ludzkich przypadłości, bo samotnym. I o znieczuleniu na cudze umieranie. I o nieumiejętności, bez względu na wiek, rozmawiania o śmierci. I o oddziaływaniu człowieka na człowieka. W życiu nie chodzi o to, żeby się dorobić, ale o to, żeby być wolnym, mieć dużo czasu na patrzenie, słuchanie, czucie, miłość, o to, żeby się napić i mieć w dupie wszystko poza Bogiem i najbliższymi – pisze Wojasiński w opowiadaniu „Przyjemności życia”. I chyba we wszystkim, co ten młody autor pisze, właśnie o to chodzi.
    Andrzej (Jakub Wons) jest człowiekiem zamożnym i poukładanym, bez zobowiązań. Życie poświęca karierze i gromadzeniu bibelotów. Zawsze wszystko stoi na swoim miejscu, życie biegnie zaplanowanym, utartym torem, bez niespodzianek. O określonej porze śniadanie, obiad, kolacja, dochodząca gosposia, która dba o porządek i strawę, każdy bibelot dokładnie tam, gdzie został postawiony. Nic nie wymyka się spod kontroli. Nawet uczucia. Aktor buduje rolę małymi kroczkami, spokojnie, z bardzo ładnie psychologicznie poprowadzoną linią niezrozumienia i prób zrozumienia tego, co go spotyka przez Ciocię i dzięki Cioci. Wizyta Cioci przewraca jego życie do góry nogami. Wszystko, co do tej pory stanowiło jakieś niepodważalne dlań wartości nagle fiknęło koziołka. Najpierw Ciocia go tylko irytuje. Mało: totalnie wpiekla. Powoli zaczyna się oswajać z jej obecnością. I próbuje zrozumieć, co się dzieje. Jeszcze sam nie chce tego życia Cioci dotknąć, jeszcze usiłuje myśleć i działać wyłącznie racjonalnie, więc szuka porady i pomocy u psychiatry… Ale coraz wyraźniej dostrzega, że w nim samym zachodzą zmiany, że ujawniają się myśli i cechy, których w sobie do tej pory nie rozpoznawał, nie widział. Było „żyćko”, zaczyna się życie. Prawdziwe. Z emocjami, nieprzewidywalnością, przypadkowością zdarzeń, dostrzeganiem i współodczuwaniem świata, wolnością. W prostocie układanki: pieniądze, kariera, styl człowieka interesu dostrzega nagle nie tylko pustkę, ale i zniewolenie. Czuje, że prawdziwe życie go omija, a układanka jest nijaka. Zaczyna smakować złożoność życia i obecność drugiego człowieka.
    Ciocia (Emilia Krakowska) wpada w uładzone i zaprogramowane w najmniejszych drobiazgach życie Andrzeja jak grom z jasnego nieba i wsysa go coraz bardziej w świat swojego umierania i swojego myślenia. Jest irytująca do granic wytrzymałości (nie tylko bohatera, ale i widza), ale i mądra, i liryczna, i zabawna. Starsza pani jest ruchliwa, drepce z miejsca na miejsce, ma starczą sapkę, która drażni i irytuje. Ale to wszystko jest jak gdyby obok. Taka naskórkowa powierzchnia starości, choroby, umierania. Ciocia to takie dzierganie, nanizywanie koralików na nić. Krakowska „wyczytała” wszystko, co było nie tylko w samym tekście, ale i poza tekstem, w słowie i pod słowem. Autor sztuki, Rafał Wojasiński, po obejrzeniu Krakowskiej spytał zdziwiony: Ja to wszystko napisałem? Najpewniej tak, skoro aktorka wydobyła z tych prostych dialogów  tyle prawdy. I tyle teatru.
Krakowska dokonała tu rzeczy niezwykłej. Krok po kroku pokazała warsztat, budowę postaci, jej niemal rzeźbiarskie modelowanie, grzebanie w psychice ludzkiej z dochodzeniem gdzieś aż do jej bebechów, które gdyby aktorka nie stworzyła kreacji, byłyby trudne do przełknięcia. Przyziemne budowanie, cyzelowanie, by wznieść się wyżej, by… No właśnie – by dotknąć głęboko ludzkiej prawdy, nie wkraczając w banalną, ludzką codzienność. Doskonałe wyczucie granic pozwoliło Krakowskiej na stworzenie postaci do bólu prawdziwej, ale jednocześnie pozbawionej banału, naturalizmu, taniego psychologizmu. W sztuce nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nic, czego nie znalibyśmy z autopsji albo przynajmniej opowieści ludzi, których podobny los dotknął. Starzejąca się kobieta, śmiertelnie chora, samotna. Nie chce umierać w samotności, więc na ten ostatni swój czas zagnieżdża się u siostrzeńca. Aktorka z tragizmu tej ludzkiej sytuacji potrafiła wydobyć maksimum liryki, ale i pewnej śmieszności, bo przecież nawet najbardziej dramatyczne momenty w ludzkim życiu obfitują w sytuacje zabawne, rodem z farsy. Pożera życie, które jej zostało, rzuca się na te ostatnie tygodnie czy miesiące z zachłanną łapczywością, ale… Zna granice i chce, by ten czas nie był tylko umieraniem w czyjejś obecności, by stał się czasem dla niej i kuzyna wspólnym, nabrzmiałym nie dramatem odchodzenia, ale wyłuskiwania z tej sytuacji wszystkiego, co dobre, ciepłe, piękne w człowieku, co pozwoli jej spokojnie umrzeć, jemu dojrzeć do życia w prawdziwym życiu i świecie, nie tym schowanym za kotarą kariery i forsy. Aktorka dzieli się z publicznością ciepłem promieniującym z niej samej. I głęboką refleksyjnością, ale uszlachetnioną podszeptami śmiechu, utrzymaną na płaszczyźnie pewnej lekkości, przymrużenia oka, nawet żartu.
Mówi się, że dzisiejszemu teatrowi często umieszczonemu w wielkich pofabrycznych halach, byłych dworcach czy magazynach brakuje magii. W Teatrze Drugiej Strefy funkcjonującemu w dawnych warsztatach samochodowych dzięki takim aktorom, jak Krakowska, magii nie brakuje. Tworzą ją przecież – czy wyzwalają – ludzie teatru, nie takie czy inne pomieszczenia teatralne. Krakowska ma pewien dar i umiejętność wchodzenia na scenę. Wchodzenia, które od razu buduje atmosferę. Zrobiła z tego już pewien rytuał. Wchodzi jak do domu. Uśmiechnięta, pozdrawiająca wszystkich i jakby każdego z osobna, kontaktująca się z poszczególnymi widzami wzrokiem, promieniejąca życzliwością i ciepłem. Nie uznając niczego, co nie rodzi się z prawdy i szczerości aktorka okazuje nam, widzom, że nas lubi. Po prostu, zwyczajnie nas lubi. Jako ludzi. Przyszliśmy tu na spotkanie. I na tym spotkaniu będziemy tworzyć teatr, będziemy współuczestniczyć w tym, co będzie się działo na scenie siedząc wygodnie na widowni, słuchając, patrząc, klaszcząc, śmiejąc się, dając się wciągnąć w pewnego rodzaju kreatywną grę w nie do końca wymyśloną rzeczywistość, by – może łatwiej? – wejść potem z powrotem w swoją codzienność. Teatr to pewnego rodzaju wentyl. Dla nas i dla aktorów. Siedząc na widowni, za plecami w pewnym momencie usłyszałam, jak jakaś pani z westchnieniem powiedziała: ta Ciocia to moje codzienne klimaty, ale bez ich druzgoczącego i przytłaczającego swym ciężarem realizmu. Stara matka, ojciec z Alzheimerem…
    Nie wiem, czy ten teatr to Druga Strefa czy piąta. Na pewno jest to strefa wypełniona magią, tą magią będącą istotą i jądrem teatru.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Rafał Wojasiński „Ciocia”; reż. i scen: Sylwester Biraga;  Teatr Druga Strefa w Warszawie, P 4.X.2007; występują: Emilia Krakowska, Sebastian Stankiewicz/Jakub Wons, David Foulkes, Tomasz Zaród.

Dodaj komentarz