Piekielne nic

Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam Maksim Kuroczkin próbuje się przywitać. Niezbyt mu to wychodzi, bo tekst "Transferu" nie powala na kolana.
Ot, kilka dialogów, monologów i piekło, które niby ma intelektualnie przypiekać emocje, a tak naprawdę ziębi. I nawet gdyby reżyser Marcin Sławiński zrobił z igły widły, to i tak dramat na kolana nie powali. Bo głównym problemem jest tu brak puenty. Jakby sztuka wycięta była z telenoweli, w której bohaterowie nie znają granic. Współczesna "mieszkaniowa" Sodoma i Gomora. Ale ile można zachwycać się operami z szarego mydła?
A to było tak… Żyje sobie małżeństwo Curikow made in modern Russia – ona i on. Ona nie żałuje sobie cielesnych uciech, a on jakiś nijaki. Ale trafia mu się okazja – dostaje zaproszenie do piekła od niespodziewanego gościa. Zjawia się kumpel z wojska niczym "gołąb pocztowy" i zaprasza bohatera do zmarłego ojca. Więc jak tu nie jechać? Przecież to takie normalne – piekło. I dlatego Alosza (Grzegorz Jurkiewicz) jedzie. By było mu raźniej, bierze ze sobą sekretarkę i kochanka żony. Bo przecież w trójkącie przyjemniej. I aż ślina cieknie, że na scenie będzie roiło się od przygód na miarę "podróży za jeden uśmiech", ale droga do piekła nie jest kręta i wyboista. Również ojciec – jak to w piekle – aniołem się nie staje. Więc nic nie zaskakuje. Puzzle może i się układają, ale wyrazisty obrazek nie chce się ułożyć. I w Olsztynie, i w Warszawie, kiedy "Transfer" jako pierwszy reżyserował Maciej Englert. Przyznać muszę, że z tamtej odsłony najbardziej w pamięć wbiły mi się buty Borysa Szyca. Piękne, brązowe pantofle, w których pomykał do piekła.
W Olsztynie w rolę Szyca, a właściwie Dimy, który "dyma" żonę Aloszy, wcielił się Grzegorz Sowa. Jego buty – złote i sportowe – wiele mówią o tutejszej inscenizacji. Scenografia Jerzego Kaliny przyciąga oko – monumentalna i piekielnie ziemska, zaułkowa, a innym razem marmurowa. Ale nie szata zdobi sztukę. Jednak ratuje całokształt. Bo właśnie dzięki niej można sobie wiele poukładać, a nawet wyjść poza ramy scenicznych kwestii. Scenografia została tak zaplanowana, by ukazać, że piekło nie różni się niczym od tego, co dzieje się gdzieś za rogiem. Piekło to świat bezdomnych, biedy, zimnych szarych ścian. To dworzec i opuszczony park zarazem. Nie ma tu madejowego łoża, nie ma wielkiego kotła, w którym diabły mieszają zbłąkanych grzeszników. Stereotypy zostały zepchnięte na bok, ale – wedle intencji Kuroczkina i reżysera – cudze chwalicie, a swego nie znacie. Jednak autor nie udźwignął ciężaru codzienności i "tak zwane mądrości" wkłada jedynie w puste pytania Dimy. A i Sławiński nie pokierował aktorami tak, by wypowiadane kwestie miały sens. Więc sobie śpiewam a muzom. A "piekielczanie" – czyli mieszkańcy piekła, pogrywają w tle. I życie toczy się dalej.
Przyznać też trzeba, że najwięcej emocji wzbudzają możliwości nowej sceny. Bo "Transfer" to przecież "ten pierwszy raz" po remoncie olsztyńskich desek. Nowoczesność w teatrze Jaracza cieszy. Jednak zapadnie i podnośniki jako jedyne mają coś wspólnego z transferem. A powinien mieć Alosza! To on powinien ruszyć głową i dostrzec, że z piekła się zrodził i w piekło się obróci. Że piekło ma w domu, że sam jest piekielnie niepoważnym człowiekiem. Bo przecież nie chodzi tu o wędrówkę w zaświaty. Ba, nawet piekło powinno wydać mu się lepsze od świata, z jakiego przybył. Są ku temu powody, bo ojciec – mimo iż pedofil – chce uratować świat od zagłady. Bo skądinąd piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Ale oczywiście nie w tym sęk, by Alosza postawił kropkę nad i. Nie o to chodzi, by stał się z marszu aniołem. Sęk w tym, by coś wyjaskrawić, a niekoniecznie wybielić. By obśmiać, by podłubać w nosie diabłom, a nawet Panu Bogu, który liście zamiata. By zaiskrzyć na linii ognia: świat – piekło. A w Olsztynie iskrzyły tylko fajerwerki i też nie wiadomo z jakiego powodu. Zabłysnęły w tle sceny raz i drugi, ale nie wypaliły żadnej odpowiedzi na pytanie: a po co one?
Sztuka jest nierówna, bo przeplata się w niej groteska z komedią obyczajową. Groteskowa jest sekretarka, ale scenom domowym już do niej daleko. Ot, biesiadowanie przy pełnym szkle. Ale najbardziej groteskowy jest diabeł Manabozo (Maciej Mydlak), który oprowadza bohaterów po piekle. Wymalowany z różdżką zakończoną kwiatkiem "robi dobre wrażenie". Bo w końcu można się z niego pośmiać i mrugnąć rzęsą. Ale zaraz wszystko wraca do swojej szarości. I wciąż puenty ze świecą można szukać.
A koniec? Alosza – jakby zaprogramowany – uczy się na swoich błędach. Chyba. Bo mam wrażenie, że reżyser w pewnym momencie nacisnął czerwony guzik i przetarł oczy bohaterowi. Chyba. Albo przewinął film o kilka klatek dalej. Alosza wygania bowiem z domu kochanka, co dobrze o nim świadczy. Chyba. Być może piekło go czegoś nauczyło. Czegoś. Ale czego? Jeśli więc już na siłę można szukać jakiegoś morału niczym w dobrej bajce, to tylko w słowach Stanisława Jerzego Leca: "W raju powinno być wszystko: i piekło!" Ale podobno w raju nie dzieje się nic. Kompletnie nic.
Ada Romanowska

Premiera: 20.10.2007
Tekst ukazał się na: www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz