Mózg wariata na scenie

Historia lubi się powtarzać. I tak w Olsztynie już po raz drugi można oglądać przedstawienie "Wariat i zakonnica" w reżyserii Krzysztofa Rościszewskiego. Spektakl prezentowany kiedyś na deskach Olsztyńskiego Teatru Lalek, odrodził się w nowej obsadzie. Od 27 października można go oglądać na scenie "U Sewruka" w teatrze Jaracza. To więc sztuka, o której można śmiało powiedzieć: do dwóch razy sztuka.
Dobry jest pomysł, by studenci olsztyńskiego Studium Aktorskiego uczyli się fachu na materiale, który sprawdził się wcześniej. Jednym słowem – lepiej wziąć pod lupę udany spektakl, niż tworzyć od początku coś, co nie do końca wiadomo jak wyjdzie. A przy okazji i widz się śmieje od ucha do ucha, i Witkacy ożywa na nowo.
"Wariat i zakonnica" to jedna z ciekawszych propozycji repertuarowych, jakie serwuje dzisiaj widzom Teatr im. Jaracza. Po pierwsze, sam tekst Witkacego jest siłą samą w sobie. Po drugie, na uwagę zasługuje choreografia autorstwa Tatiany Asmołkowej, która nie tyle współgra ze słowami padającymi ze sceny, ile stawia "kropkę nad i" w wielu scenicznych sytuacjach. Nie ma momentów, w których – mówiąc kolokwialnie – "czegoś brakuje". Zachowania aktorów są podyktowane ich stanami psychicznymi – i to zarówno u Walpurga, u sióstr zakonnych, jak i lekarzy. Każda z postaci ma swój własny kostium gestów, który dodatkowo podkreśla groteskowość spektaklu. Bo "Wariat i zakonnica" to właśnie groteska jak się patrzy. Rzecz jest przecież o Walpurgu-wariacie i oszalałej z miłości zakonnicy. W spektaklu głos zabiera też Freud i jego psychoanaliza, która w czasach autora dopiero kiełkowała. Witkacy wraz z Rościszewskim puszczają więc oko do publiczności. Pokazują, że nie szata zdobi człowieka, ale jego duchowe bebechy. Jeśli szukać na to przykładów – proszę bardzo – wystarczy zajrzeć pod habit siostry Anny vel Aliny. Więc każda akcja i reakcja dzieje się wewnątrz. Dużo do powiedzenia ma tu również scenografia Ewy Strebejko. Ściana pokoju wyłożona jest miękkimi kasetonami – komórkami rzecz można – które niwelować mają wszelakie fizyczne ekscentryzmy. Ale równie dobrze mogą też odrzucać rzucające się ciało do wewnątrz sali – w stronę łóżka, które kojarzy się i z chorobą, i miłością. Bo freudyzm, jak by nie patrzeć, jest egocentryczny i wszystkie choroby stawia pod wspólnym mianownikiem erotycznych "widzi-mi-się".
A aktorstwo? Pełny tytuł spektaklu – "Ćwiczenia z Witkacego – Wariat i zakonnica" zwraca uwagę na to, iż trening może czynić mistrza. Sztuka jest dyplomem studentów III roku, więc ukazuje świeży warsztat przyszłych aktorów. I wobec tego na scenie jedni już czują się lepiej (Tomasz Ciachorowski, Piotr Lizak), inni jeszcze szlifują swoje umiejętności. Są problemy z ruchem, są też niedociągnięcia związane z emisją głosu. Kwestie wypowiadanie przez siostrę Annę na początku sztuki przypominają matczyny lament "oj córuś, córuś, juz ty długo panienką nie będziesz" z filmowej komedii "Kogel-mogel" Romana Załuskiego. W ustach zakonnicy "pianie" brzmi absurdalnie i nie ma nic wspólnego z witkacowską groteską. I mimo, iż III rok powinien już "imitować" zawodowców, to jednak nie od razu Kraków zbudowano.
Skoro już o siostrze Annie mowa – tegoroczny Witkacy to "ćwiczenia", więc jedną rolę grają trzy studentki. Każda z nich wciela się w zupełnie inną siostrę – jedna w przerażoną i bogobojną, druga w zalotną, a trzecia w wyuzdaną i freudowską. Taki podział można również interpretować jako zamysł reżyserski – trzy odsłony zakonnicy mogą być przecież omamem Walpurga. Nic nie stoi na przeszkodzie, by twierdzić, że jego choroba się pogłębia, a symbolizują to właśnie "cielesne przemiany". Ta przechodniość wcale nie razi, a ubiera Witkacego w dodatkowe sensy. Przecież cała historia może dziać się naprawdę, ale równie dobrze może być matrixem w chorym umyśle bohatera. Bo w końcu teatr u Witkacego to "mózg wariata na scenie".
Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz