Kat czy ofiara

Czarna komedia braci Presniakow [Bracia Presniakow, „Udając ofiarę”, tłum. Agnieszka Lubomira Piotrowska, reżyseria Maciej Englert, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Anna Englert, muzyka Jerzy Satanowski, ruch sceniczny Jan Pęczek, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera w listopadzie 2006] obiegła już Europę, zrobiła furorę w Rosji, trafiła na ekran, a teraz – nareszcie – do Polski. Nazywana rosyjskim „Hamletem”, oczywiście z pewną przesadą, bo autorzy z Szekspira biorą tylko aluzje.
Ich uwaga koncentruje się na ukazaniu tego wszystkiego, co dzieje się z ludźmi po wielkim wstrząsie. Zamiast jednak pisać rozprawy, drążyć kwestię ideologicznie czy politycznie, Presniakowowie rejestrują symptomy: zanik uczuciowości, obcość, pogoń za pieniędzmi, bezrefleksyjne przyjmowanie rozmaitych mód… W centrum sztuki jest Wala (przekonujący Borys Szyc), wieczny student, dorabiający jako „ofiara” w wizjach lokalnych, przeprowadzonych przez milicję, aby doświadczalnie dociec, co było przyczyną zejścia ofiary. Śledztwa prowadzi Kapitan, pamiętający dawne czasy, tymi czasami ograniczony, ale i rozbudzony do pewnej wrażliwości, której mu dzisiaj brakuje – taki charakter ma jego wielki monolog o zagubieniu młodego pokolenia, tyleż śmieszny, co wstrząsający (wielka rola Andrzeja Zielińskiego). Wala bierze udział w tych doświadczeniach, bo z jednej strony boi się śmierci i chce ten strach opanować, a z drugiej podejrzewa Matkę i Wuja o zamordowanie Ojca, który ukazuje mu się we snach albo i na jawie, kto to wie („Hamlet”!). Sztuka obfituje w trafne obserwacje, nasycone specyficznym humorem, który chroni widza przez poczuciem beznadziejności, Bo choć Presniakowowie niczego nie ułatwiają, pokazując, jakie życie potrafi być wredne, to jednak próbują oswoić jego drapieżność, wystawiając to życie na śmiech. Maciej Englert poprowadził spektakl bez cudowania i wygrał, dając pole aktorom to cyzelowania wydawałoby się kukiełkowych postaci, które nabierają indywidualnych barw. Oprócz już wspomnianych Andrzeja Zielińskiego i Borysa Szyca widz otrzymuje prawdziwe perły – nibyjapońską kelnerkę w wykonaniu Stanisławy Celińskiej czy też głupiutką, ale groźną Matkę Agnieszki Pilaszewskiej i mułowatego Wuja Sławomira Orzechowskiego. To się ogląda z rosnącym przerażeniem, jak cienka granica dzieli ofiarę od kata i jak łatwo tę granicę przekroczyć.
Presniakowowie potrafią straszyć swoimi widziadłami choć sami sprawiaja wrażenie ludzi pogodnych, znakomicie radzących sobie w życiu. Przyjechali na premierę do Polski, siedzieliśmy obok siebie na premierze, a nazajutrz umówilismy się na pogwarki. Oto wyimki z tej rozmowy w warszawskim hotelu Sheraton przy soku pomarańczowym, wodzie mineralnej i espresso. W programie teatralnym wpisali się mi na pamiątkę: „Wsie my bratja Presniakowy”.

Terapia szokowa

"Udając ofiarę" na deskach warszawskiego Teatru Współczesnego w reżyserii Macieja Englerta to które z kolei wystawienie tej sztuki?
Władimir Presniakow – Trudno zliczyć.
– Dwudzieste być może?
Oleg Presniakow – Bardzo możliwe.
– Zawsze pracujecie razem?
Władimir – Oleg przez pierwsze 5 lat działał sam.
Napisałeś coś wtedy?
Oleg – Nic o tym nie wiem.
Ale poważnie, dlaczego piszecie razem?
Oleg – Nie planowaliśmy tego, samo się tak ułożyło. Czytaliśmy te same książki, kończyliśmy ten sam uniwersytet, potem na nim pracowaliśmy. Dzieliliśmy też pasje teatralne i w końcu pewnego dnia zaczęliśmy wspólnie pisać dramaty.
Nie ciągnęło was nigdy do reżyserii?
Władimir- Ciągnęło.
I?
Władimir – Półtora roku temu wyreżyserowaliśmy "Terroryzm" na Węgrzech.
Oleg – Ciągnie też nas kino, zwłaszcza Wołodię, który kręcił filmy już w szkole i wszyscy mu kibicowali, podtrzymywali na duchu.
A teraz?
Władimir – Teraz piszemy scenariusz według własnych sztuk. Niedawno byliśmy w Rzymie, gdzie film wg "Udając ofiarę", wyreżyserowany przez Kiryłła Sieriebriennikowa, zdobył Grand Prix.
Oleg – Ucieszyło nas, że tę nagrodę przyznało jury razem z publicznością. A to znaczy, że nie było w tym żadnej polityki. Włoska publiczność reagowała bardzo emocjonalnie na tekst. Śmiała się tam, gdzie było śmiesznie. To się nam zdarza nie po raz pierwszy. Potem widzowie dziwili się, skąd tak dobrze znamy włoskie realia. To samo było w Londynie, Sztokholmie czy Oslo.
Teraz to samo wrażenie w Warszawie.
Oleg – No właśnie. Tu i ówdzie dziwią się krytycy, że pochodzimy z Rosji, że to bardziej uniwersalna opowieść, związana z wnętrzem człowieka, z czasem dramatycznej przemiany, niż opowieść o Rosji.
– Dużo w waszych dramatach nawiązań do literatury europejskiej. Czy kogoś uważacie za swój wzorzec, z kimś się ścigacie?

Władmir – Nie wierzę w takie pisanie.
Oleg – Tak naprawdę pasjonuje nas filozofia, dużo naczytaliśmy się filozofów europejskich. Ale pewnie „pod spodem” naszych tekstów można wykrywać jakieś związki z uznanymi pisarzami.
I krytycy wykrywają.
Oleg – Sami jesteśmy filologami i to nas nie dziwi. Pisano, że widać naszą fascynację Vonneguttem czy Hellerem. A z rosyjskiej literatury – Gogolem.
Tak piszą i nic dziwnego. W końcu łączy was z Gogolem skłonność do satyry.
Oleg – Gogol był mroczny!
Wadimir – Nie był satyrykiem!
Na wierzchu rysował karykaturę, a pod spodem był mroczny i tragiczny. Tak jak wasze sztuki: śmieszne i straszne. W każdym razie o powinowactwa z Czechowem bym was nie posądzał. Brak u was analizy rosyjskiej duszy.
Oleg – Ale na Zachodzie pisano, że bracia Presniakow to dzieci Czechowa.
– Dzieci Czechowa?

Władmir – Właśnie tak, choć krytycy rosyjscy oburzali się, jak można tak pisać.
Dlaczego?
Władimir – To takie tabu, świętość, jak można być dzieckiem Czechowa!
Oleg – Co pewien czas rosyjscy krytycy wzdychają: Kiedy narodzi się drugi Czechow albo drugi Puszkin? Ale to przecież niepoważne. Nigdy się narodzą. Świat jest jak książka, w której ciągle przewraca się kartki. Nasz świat to inny świat niż Czechowa czy Gogola, myślimy inaczej, chociaż nawiązujemy do tradycji jak wszyscy.
No właśnie, nie przypadkiem nadaliście Wali z "Udając ofiarę" rysy Hamleta, młodego człowieka, który nie wie, jak żyć i czy w ogóle żyć warto.
Oleg – Hamlet to archetyp, a dramaturgią Szekspira się oddycha, to jest w powietrzu. Stąd analogie do "Hamleta" i szekspirowskiej struktury w naszej sztuce. Ona jest w nas, to rzecz całkowicie naturalna. To by się nie udało, gdyby podobnie nie myślała publiczność. Ale tak właśnie myśli i żywo reaguje.
"Hamlet" daje sztuce metaforyczne echo…
Oleg – Ale zarazem, i to jest dla nas najważniejsze, trzyma nas blisko ziemi. Wchodzimy w świat żywy, choć współistniejący z Szekspirem.
Recenzenci jednak pisali, że w "Udając ofiarę" nie ma prawdziwych postaci, a jedynie marionetki, ludzkie typy co najwyżej. Tymczasem w przedstawieniu Macieja Englerta aż rojno od żywych postaci, z autentycznym wnętrzem, z własnym światem, marzeniami i lękami.
Władmir – Kiedy piszemy, zawsze myślimy o autentycznych ludziach i bardzo się ucieszyliśmy, że zobaczyliśmy na scenie Współczesnego prawdziwe postaci. O to nam zawsze chodziło.
Oleg – Przeżywaliśmy nieraz jako autorzy dramatów ból niespełnionych nadziei – widzieliśmy na scenie marionetki. Nie o to nam przecież chodziło. Ale z drugiej strony nie do nas należy ocena spektaklu. Nie tylko dlatego, że nie chcemy nikomu sprawiać przykrości. Uważamy, że nasza władza nad tekstem kończy się z chwilą, kiedy wypuszczamy sztukę w świat. Reszta należy do artystów teatru, ich poszukiwań, ich umiejętności, ich wyobraźni. Nie wnikając w szczegóły to ich zadanie. A my? Po premierze czasem jesteśmy szczęśliwi, czasem smutni.
A dzisiaj?
Władimir – Dzisiaj jesteśmy szczęśliwi.
Kiedy następna premiera?
Władimir – Chyba lada chwila w Bukareszcie.
A następna sztuka?
Oleg – Pracujemy dla kina, piszemy nowy scenariusz. Poza tym na tapecie mamy sztukę "Przed potopem", nawiązanie do biblijnej historii Noego. Bohater wygrywa na loterii w supermarkecie jacht, zaczyna potężnie padać, a on się może uratować. Tak to się zaczyna.
Sukces, światowy sukces, odmienił wasze życie.
Oleg – Trochę odmienił.
– Już nie jesteście pracownikami nauki.

Oleg – Jak chcesz być dobry, nie da się pogodzić pracy dla nauki i dla sztuki. Musieliśmy z nauki z żalem zrezygnować.
Władmir – Nie zmieniło się nasze życie wewnętrzne. Jesteśmy tacy sami, jak przed sukcesem. To, co najważniejsze, pozostało nienaruszone: wiara w życie. Chociaż czasami czujemy się jak ktoś mieszkający w samolocie, który nie może już wylądować.
Oleg – Ale teraz jesteśmy w Warszawie.
Nareszcie. Swoją drogą to dziwne czasy, kiedy Presniakowowie przybywają do nas via Zachód…
Władimir – Cieszymy się, że tu jesteśmy, chociaż bardzo krótko i znowu w drodze.
Macie jakieś schronienie na Ziemi?
Władimir – Mamy przyjaciół w Jekaterinburgu. Nawet nie wiedzą, że zajmujemy się teatrem i piszemy sztuki. Zawsze tam możemy pojechać, spokojnie popracować, z dala od tzw. środowiska. A zresztą naszym środowiskiem stał się samolot. Piszą o nas dziwne rzeczy, a to, że mieszkamy w Londynie, a to że w Moskwie…
…a tak naprawdę mieszkacie w samolocie, to wasz mały domek, "czajnyj domik", jak śpiewa Stanisława Celińska w waszej sztuce.
Oleg – Rzeczywiście, dużo latamy. I spotykamy od pewnego czasu pewnego obieżyświata, który ożywa dopiero w samolocie. Na lotnisku nie zwraca na siebie uwagi, ale w samolocie pręży muskuły i rozwija skrzydła. Wszystko wie: gdzie można pospacerować, gdzie odpocząć, gdzie się napić. Nic, tylko dowodzi. Czuje się w samolocie jak w domu.
Nie wszyscy tak się czują…
Władimir – To prawda. Mamy przyjaciela, który śmiertelnie boi się latać. Właściwie ma dwa strachy: samolot i psy. Musi się przed lotem porządnie napić. Zawsze marzymy o tym, aby go wyprawić w lot z psami.
Oleg – Zamiast pasażerów wszędzie siedziałyby psy.
Piękny obraz! To miałaby być terapia?
Władimir – Szokowa. Mówię o tym jako psycholog.

Oleg Presniakow (ur. 1969), filolog, Władimir Presniakow (ur. 1974), filog i psycholog, bracia wychowani w Jekaterinburgu, początkowo zajmowali się pracą naukową, a od roku 1998 pochłonął ich teatr. Odnieśli nieprawdopodobny sukces, ich sztuki grane są na całym świecie, a m.in. „Jewropa-Azija” (2000), „Casting” (2002), „Terrozym” (2002), „Udając ofiarę” (2002), „Pub” (2005). Piszą również opowiadania i scenariusze filmowe. Światowa prapremiera „Udając ofiarę” miała miejsce w Edyburgu (2003), Zanim Maciej Englert wystawił tę sztukę wcześniej grany był w Polsce jedynie „Terroryzm”, w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Dodaj komentarz