Blady Nico w bryku fiko…

Gdyby patron Teatru Miejskiego w Gdyni, Witold Gombrowicz, mógł powstać z martwych i zasiąść pośród premierowej publiczności, to już po kwadransie wykonałby telefon do prezydenta Szczurka i zażądał, aby zdjęto jego nazwisko z elewacji budynku…
O co taki raban ? Oto – że autor „Iwony…” nie zdzierżyłby takiego marnotrawstwa „gorącego” na dziś tematu, jakim jest niejedna kariera chama i ignoranta w tym kraju. A powieść Dołęgi- Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy”, będąca polityczną satyrą na sanację, wpisuje się doskonale w nasz przedwyborczy kontekst. Takich Dyzmów mamy na pęczki; bezczelnych i niedouczonych. Takich, z których śmieje się cała Europa. Silnych chamstwem i sięgających bez skrupułów po władzę i forsę. Tymczasem teatr robi wyraźny unik, nie starcza mu odwagi, woli schować się za secesyjny przedwojenny obrazek obyczajowy; malowany kostiumem-retro, celebrowanymi pozami ze starej operetki, nieśmiertelnym tangiem, zapaszkiem Warszawki od „Antka i Czarnej Mańki”…Bibelot. Pusta dekoracyjna forma.
             Komu za to złoić skórę ? Nieszczęście zaczyna się od adaptacji powieści. Nie wystarczy w odpowiedniej kolejności przepisać z książki dialogi i dramat ułoży się sam. Tak powstaje bryk / patrz; tytuł /. Zamiast scen mamy skecze, które przekazują li tylko suchą informację, popychają akcję, ale nie pozwalają wniknąć w rzeczywiste motywacje postaci i ich charaktery. Spektakl „pędzi”, bo musi w dwie godziny zrelacjonować całą historię, a więc : krótki skecz – piosenka – taniec zbiorowy i tak wkoło…Reżyser Jan Szurmiej / nie zliczę, który to już raz pastwiący się nad powieścią Mostowicza / wraz ze scenografem Sabiną Bicz poszli na łatwiznę, proponując nam spektakl stylizowany na staroświecczyznę i wzorowany na zwietrzałej już operetkowej formie…Jakie to ma znaczenie, że akcja powieści rozgrywa się w przedwojennej Warszawie , skoro współczesny teatr już pokazuje Szekspira w …Afganistanie ? Tylko, że znacznie łatwiej „ubrać” temat w starą, ograną już formę, niż wymyślić coś własnego, oryginalnego…A poza tym, to taki wdzięczny, sentymentalny sztafaż ; ludzie to kupią…Tak więc reżyser sumiennie dba o ten styl; o te „ładne” pozy, maniery, dusery, falbany…Czasem przez ten „estetyczny chłam” przebije się jakieś zdanie ku naszej współczesnej wrażliwości i naszym skołatanym myślom, ale tak jakoś nieśmiało, boczkiem, panie, boczkiem i nieśpieszno jakoś. Nazwano to musicalem, ale śpiewanie tutaj niespecjalne; szczególnie w męskim wykonaniu. I nie rozumiem, po co reżyser wprowadził do spektaklu aktorkę-konferansjera, która raz coś reasumuje na proscenium, innym znów razem wtyka nos w relacje postaci tej umuzycznionej powieści…Odkąd pokazano u nas filmową wersję musicalu „Kabaret” wielu reżyserów upodobało sobie postać Mistrza Ceremonii i okraszało nim przez lata swoje muzyczne płody. Ten „mistrz ceremonii” był krótkonogą kobietą, w marchewkowej peruce, ubraną na srebrno i , ma się rozumieć, z nieodłączną laseczką. Śpiewała całkiem, całkiem…Taki mini-recital poprzedzielany skeczami, czy też skecze – mini-recitalem…Najbardziej przydała się na początku i na końcu przedstawienia / uwaga ! – „klamra” /, rozciągając się szeroko ponad głową Nikodema w znaczącej stop-klatce.
              Oszczędzę reżysera w roli choreografa, bo te kroczki w lewo-prawo, do przodu-do tyłu, obrocik i poza nie poddają się głębokiej analizie, ale wytknę fatalną decyzję obsadową. Aktor tak potykający się o postać tytułową nie miał prawa wyjść na scenę. Zrobił z Nikodema Dyzmy fajtłapę i głupka, którego okoliczności pchają ku karierze politycznej, ale on sam niewiele rozumie z tego, co się dzieje, nawet się o tę karierę nie stara, ot, tak, dostaje ją w prezencie od losu czyli elity władzy, która od razu wpada w zachwyt, bo jakiś facet wpadł z talerzykiem na jakiegoś premiera…Przypisaną postaci plebejsko-chamską naturę aktor kwituje nagłym podnoszeniem dość niemrawego głosu, a rosnącą świadomość własnej ważności  –  nabzdyczoną miną i prężeniem kręgosłupa. Nie ma tu nic z faceta, który „ze społecznych dołów” dostał się niespodziewanie na wysokie salony i musi być czujny, musi się kamuflować, nadrabiać intelektualne zaległości…I widać ile wysiłku psychicznego i fizycznego musi włożyć ten facet w to dramatyczne wyrastanie ponad siebie; ten kolega gogolowskiego Rewizora…Jest sprytny i zdecydowany na wszystko. Inaczej co by robił w polityce ? Ale ta postać działa w permanentnym stresie ; im więcej zagarnia dla siebie, tym bardziej się boi. Taki jest dramatyczny mechanizm tej roli. Jak się tylko kroczy po scenie i prezentuje garnitur….Wystarczy !  Cóż, kolejny już raz konstatuję ze szczerym smutkiem, że zespół aktorski zaprezentował się przeciętnie i bezbarwnie. Jak ten powyższy „blady Nico” / parz ; tytuł /. Widać, że reżyser chciał to widowisko czym prędzej „ustawić” i nie miał czasu, a może i głowy, żeby twórczo popracować z zespołem. Zresztą po co ? I tak odtrąbiono sukces w Trójmieście.
               Nie obyło się jednak bez dwóch zaskoczeń różnej proweniencji. Pierwsze zaskoczenie objawiło się w formie finału przedstawienia. Proszę sobie wyobrazić, że zupełnie niespodziewanie aktor udający do tej pory Wojciecha Pokorę / tego z serialu o Dyzmie / wyskoczył na skraj proscenium, spuścił nogi na oświetloną nagle widownię i zaczął nam wymyślać od najgorszych…Zrozumiałem, że „wyrwał się z tej operetki” ku palącej nas współczesności. Potem ruszył przez widownię, rzucił w naszą stronę : „Hołota „ i chyba poszedł do garderoby. Publiczność nie poczuła się obrażona, bo chamstwo ma na co dzień i to w teatrze wywołuje jedynie chichotki. Drugie zaskoczenie już nie było takie zabawne. Okazało się przy ukłonach, że aktor tegoż teatru, obsadzony w epizodziku, przepracował jednak w tym zawodzie aż 50 lat ! Brawo, panie Eugeniuszu Kujawski ! A jakże –  wszedł na scenę dyrektor teatru z bukietem, „załatwił” zasłużonego starego aktora w pięciu zdawkowych zdaniach…Nie pokazał się żaden przedstawiciel władz miasta Gdyni, jak nakazuje dobry obyczaj i obowiązek właściciela tej instytucji. Nie koniec na tym. Za chwilę okazało się, że mamy dwóch jubilatów, bo oto jedna z aktorek wyciągnęła z kąta kolegę, który ponoć obchodzi 35-lecie pracy aktorskiej…Dyrektor na to ani słowa. Może biedak nie wiedział . A może ma głęboko w dupie aktorski trud. Nie on jeden. Tak czy owak, przydałby się telefon szanownego nieboszczyka Witolda do szanownego prezydenta Szczurka. No nie ? 
 
                                                                              Józef  Jasielski
Teatr Miejski im.Witolda Gombrowicza w Gdyni „Dyzma” – musical, libretto – Henryka Królikowska, Wojciech Młynarski, reżyseria, inscenizacja, choreografia i opracowanie libretta –  Jan Szurmiej, muzyka – Włodzimierz Korcz, scenografia – Sabina Bicz . Premiera – 05.10.2007

Dodaj komentarz