Sto pytań o dojrzewanie

Jak łatwo jest zajść w ciążę. Łatwo i bezwiednie. Co jednak z tego wynika? Olsztyński spektakl "W.B." nie podkreśla niczego grubą czerwoną linią. Jeśli już coś ma nakreślić – to wiele zamazuje.
Olsztyński Teatr Jaracza znów otworzył się przed publicznością – bo nowy sezon, bo nowy tytuł. 6 października na pierwszy ogień poszła Scena Margines ze sztuką "W.B." inspirowaną "Przebudzeniem wiosny" Franka Wedekinda
Jednak spektakl nikomu oczu nie otwiera. Jeśli już problem ukazuje, to dosyć nieporadnie i niezrozumiale. Jednak – jeśli już szukać połączenia z rzeczywistością – przedstawianie równie niezrozumiałe jak nieogarnione może być dojrzewanie młodego człowieka. Wiadomo, że gdzieś dzwoni, ale w którym kościele?
Rzecz w tym, że reżyser Jacek Jabrzyk chciał ukazać młodość, która dojrzewa, stawia pytania, ale nie otrzymuje odpowiedzi. Ba, chciał ukazać młodość, która błądzi i potyka się o własne nogi. Uwypukla to główna postać – tytułowa "W.B.”, czyli Wendla Bergman (Agnieszka Giza). Jej historia ukazuje ciekawość dojrzewającego dziecka wobec mentalności dorosłego. Bo oto dziewczyna chce sobie żyć wedle zasad swojej świadomości. Ciekawość pcha ją w stronę inicjacji seksualnej, a że nawet sam Wedekind swój utwór nazywa "tragedią dziecięcą", więc historia nie ma happy endu. Ale Jabrzyk nie buduje oczekiwanego napięcia. Serwuje widzowi historyjki z życia wzięte, następujące po sobie niczym klatki filmowe produkcji klasy B. Wendla, więc buntuje się przeciw matce, bo przecież ta stara się mądrzy. Co jak co, ale bociany w tych czasach dzieci nie przynoszą, a matki swoim córkom sukien rodem z żurnala do klasztoru nie dają. Dziewczynie to nie w smak, bo nie chce wyglądać jak matka. Woli swoje zwiewne i młodzieńcze wdzianko. A potem reżyser serwuje kolejne etapy młodości. Chociażby byczenie się na leżakach – Wentla opala się z koleżankami udając starsze doświadczone panienki. I jak to w babskim gronie – toczą się rozmowy o chłopcach. Że tacy i owacy. Że hormony zaczynają dochodzić do głosu.
Jednak nie jest to spektakl opowiadający tylko o rosnących piersiach. Płeć przeciwna też pojawia się na scenie. I chłopcy, jak to chłopcy – opowiadają o swoich pierwszych przygodach z męskością. I dwa światy – dziewczynek i chłopców – w pewnym momencie na siebie nachodzą. Prawie dosłownie, ale prawie robi wielką różnicę. Wendla wypróbowuje na Melchiorze (Leszek Spychała) swoją kobiecość, a on nie pozostaje obojętny. Dochodzi więc do zbliżenia, które w zamyśle reżysera miało być gwałtem, a w rzeczywistości przypomina niewinne kokietowanie. Ona mówi niewinnym głosikiem: "Melchiorze nie", a on ze stoickim spokojem odpowiada jej: "Wendlo". Oboje siedzą na dywanie zalanym zielonym, czyli pełnym nadziei i spokoju światłem. Są odwróceni do siebie plecami. I to, że coś zaczyna się dziać – albo nawet, że już się coś dzieje – można wywnioskować po powtarzających się wymienionych kwestiach. Jednak scena nie jest oczywista – więc czy to gwałt, czy po prostu zabawa? Odpowiedź też nie wydaje się jednoznaczna, bo potem Wendla w niemej scenie ubierana jest przez Melchiora w suknię ślubną.
Ale chwilę potem spektakl zaczyna brudzić swoim przekazem – bohaterka siedzi w białej, niedbałej piżamie na przezroczystym fotelu. Trafiła więc do wariatkowa? Jest w szpitalu? Padają słowa o ciąży. Aha, więc jednak przespała się z Melchiorem. Więc to chyba był gwałt, bo pojawia się matka czerwonej sukni. Nakrywa się czarnym suknem, więc żałoba? Ale dlaczego? Umarły purytańskie zasady wychowywania dzieci? A może coś z Wendlą? Umarła przy porodzie? Popełniła samobójstwo? Można tak pytać bez końca. Ale odpowiedź jest jedna – szkoda, że nieczytelna – reżyser chciał dotknąć problemu aborcji. Aha, więc o to mu chodziło. Więc jednak matka dopięła swego, bo dziecka w domu na jej wzór być nie powinno. Więc w tym tkwi "tragedia dziecięca"?
Oczywiście nie w tym sęk. Jacek Jabrzyk nie udźwignął ciężaru, jaki sam przed sobą postawił. Bo mimo, iż zrobił dla młodego widza spektakl poruszający problem stawania się dorosłym, to jednak nie wiadomo, czy rzeczywiście widz odnajdzie w nim siebie. Owszem – jest młodzież, jest rodzic, jest ten pierwszy raz. Jest wreszcie niewiedza. Ale gdy wszystko się skumuluje – nie ma nic. A na domiar tego jest jeszcze groteskowa scena końcowa, kiedy to jeden z bohaterów – Maurycy (Michał Wulczyński) – popełnia samobójstwo i nieporadnie tańczy swój indywidualny "dance macabre". I skoro osią sztuki jest historia Wendli, to dlaczego akurat on daje popis swojego początkującego aktorstwa? I dlaczego strzela do siebie z pistoletu i sika sztuczną krwią z niemowlęcej gruszki? To duch nienarodzonego dziecka? Jeśli w zamiarze reżysera scena ta miała śmieszyć, to okazało się, że w tragedii dziecięcej śmiech nie wychodzi na zdrowie. A jeśli to rzeczywiście tańczący Maurycy? Jeśli na przykład kochał Wendlę? I skoro pytania rodzą się na koniec, to tylko po to, by nieszczęśliwie spłycić sztukę do rangi brazylijskiego serialu dla małolatów. A szkoda, bo teatr też powinien wychowywać – skoro trafiają się rodzice na miarę roli Agnieszki Pawlak. Powinien przestrzec młodych – i wskazać palcem, i palcem pogrozić rodzicom. Tekst Wedekinda do tego jak najbardziej się nadaje, ale w Olsztynie niestety się rozmywa. Szkoda, bo temat nie jest błahy. A jeszcze robiony przez początkujących studentów z olsztyńskiego studium aktorskiego, więc tym bardziej – temat inicjacji jest im bliższy niż starym teatralnym wygom.
Reżyser wyciął swoich bohaterów z powieści Wedekinda. Poustawiał ich na scenie, wprowadził w interakcje, ale pozbawił życia. Pozbawił czucia, bo emocji w spektaklu ze świecą szukać. A przecież dojrzewanie to bomba zegarowa – jedna wielka wybuchająca emocja. Równie dobrze w "W.B" mogłyby grać marionetki, ale z pewnym wyjątkiem. Jeśli już mogę zwrócić uwagę na początkujących aktorów, to brawo dla Leszka Spychały i epizodycznej Sary Szymczak – tegorocznej absolwentki studium. Są siłą spektaklu, bo patrzy się na nich z zainteresowaniem. Ale tylko tyle, bo jednak sztuka niczym innym nie przyciąga. Chyba że plakatem, bo jest rzeczywiście na co popatrzeć. Ale nie samym plakatem spektakl żyje. I na nieszczęście szybko umiera.
Ada Romanowska
Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz