ŚWIĘTY ZSTĄPIŁ NA SCENĘ I &NIC !

O musicalu "Francesco" w Teatrze Muzycznym w Gdyni pisze Józef Jasielski.
Wyznaję, jak na spowiedzi, że nie przepadam za aktorami, którzy udają świętych po teatrach, w bożonarodzeniowych szopkach, w inscenizowanych z naiwnym realizmem „drogach krzyżowych”…To, co pełniło funkcję „Biblii pauperum” w mrokach Średniowiecza, nie bardzo przystaje do naszej współczesności. Tłocząca się wokół takich widowisk gawiedź potrzebuje przede wszystkim rozrywki, a nie religijnej kontemplacji, na którą nie ma tu miejsca. Nie lubię „świętych”  na scenie i tyle. Siedząc wśród premierowo-familijnej publiczności / aczkolwiek cokolwiek sennej / w Teatrze Muzycznym w Gdyni aktywizowałem ile sił moją wyobraźnię, intelekt i kompetencję, a nawet szczypałem się raz po raz w pośladek, żeby otworzyć się na coś zgoła niepojętego, co bezceremonialnie okupowało scenę. Otóż, próbowano namówić mnie do uczestnictwa w żywocie świętego Franciszka z Asyżu, który w r. 1206 rozdał majątek rodzinny ubogim, został Samarytaninem, niosącym pomoc biednym i chorym ; zwłaszcza trędowatym, aż wreszcie założył zakon żebraczy Braci Mniejszych. Potem został pustelnikiem, kanonizowanym w dwa lata po śmierci. Nazywano go „Orfeuszem średniowiecza”, „świętym poetów i poetą świętych”. Sam siebie nazywał „wesołkiem bożym” i podobno wygłaszał kazania do ptaków i ryb, ale nie lubił mrówek, bo za dużo pracują…Słowem, niezły oryginał, uważany przez wielu swoich współczesnych za „stukniętego”. Znam paru świętych o bardziej dramatycznej i przydatnej teatralnie biografii, ale skoro reżyser Kościelniak nosił ten temat w sobie od paru lat i namówił w końcu librecistę Kołakowskiego na wyjazd do Asyżu „ by natchnąć się klimatem tego miejsca”, jestem zobligowany potraktować ten artystyczny incydent poważnie.

             Zacznijmy, jak mawiali starożytni Rzymianie, „ab ovo” , czyli od libretta. Librecista Roman Kołakowski nie odrobił lekcji z Szekspira i poszedł po najmniejszej linii oporu przy konstruowaniu scenariusza. Wyjął kilka epizodów z biografii Francesco / po włosku – „Francuzika” / i zaproponował narrację zgodną z chronologią zdarzeń, usytuowanych w dobie Średniowiecza, rezygnując z wszelkich odniesień do współczesności, co wcześniej przyniosło sukces premierom : „ Jesus Christ Superstar” i „Hair”. I to „grzech” pierwszy, ponieważ przesłanie twórców spektaklu / „nasz musical to próba zrozumienia, czym jest prawdziwa wolność i jak się ją osiąga „ / nie przebiło się przez historyczny sztafaż i kaleki literacko tekst /często kolokwialny, z „częstochowskim rymem”, pozbawiony poetyckości. / A przecież filozofowanie / także to o wolności / unosi się jedynie na skrzydłach teatralnej metafory. Miało być „podróżowanie po życiu i obserwowanie jak narodziła się jego idea”, a wyszła z tego luźna układanka kontrastowanych ze sobą scen / zbiorowe – kameralne, hałaśliwe – liryczne, gwałtowne – somnambuliczne…/, które nie tyle kształtowały dookolną perspektywę tytułowej postaci i rozwijały nadrzędną ideę spektaklu, ile ilustrowały poszczególne epizody z życia Świętego. Ponadto, rezygnując ze scen dramatycznych na rzecz wyłącznie śpiewanych autor zaproponował operę, a nie musical. I to jest „grzech” drugi. Ponieważ rzecz miała być o „duchowości”, nafaszerowano tekst fragmentami autentycznych modlitw, a finał oparto wręcz na wszystkich „ stacjach Męki Pańskiej”; skopiowano nawet „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci i scenę Małej Improwizacji z Mickiewiczowskich „Dziadów”…Te zapożyczone i przeniesione w obcy im kontekst elementy posłużyły za „protezy”, które miały ukryć brak oryginalnego pomysłu na własne dramaturgiczne rozwiązania. Może poza jednym – mocno zaakcentowano relacje Franciszka z dwiema kobietami, bo bez tego nie ma prawdziwego musicalu / czy opery ? /. Cóż, kiedy realizatorzy założyli „ przyjrzenie się wyłącznie duchowej stronie miłości”, a to sfera mało widowiskowa i nie ekscytująca widza. I to też nie wyszło poza natrętną „ modlitewność „ męsko-damskich kontaktów. Być może była szansa, aby spektakl stał się porywającym obrazem „ dorastania do świętości” w trudnych czasach, ale libretto nie stworzyło takiej możliwości.

            Co reżyser może zrobić z takim scenariuszem? Najpierw musi odkryć przestrzeń dla takiego tematu. „Dopóki nie wiem, w jakim miejscu to wszystko się dzieje, nie wiem nic o przyszłym spektaklu.”  Teatr jest sztuką wizualną i wszelkie decyzje związane z charakterem plastyki, lokalizacją miejsca akcji, topografią przestrzeni, ogólnym nastrojem, a także ze scenograficznymi detalami, które czasem są projekcją jaźni bohatera, stanowią symbol pewnej ludzkiej sytuacji, są elementem akcji dramatycznej, pełnią funkcje symboliczne, a nawet wskazują na charakter uzależnienia postaci od samej siebie i otoczenia… –  te istotne decyzje nie znalazły odzwierciedlenia w spektaklu. I to jest „grzech trzeci”. Scenograf Grzegorz Policiński zaproponował przestrzeń sceniczną , która przywołuje architekturę „włoskiego miasteczka” : wysoki, biały, chropowaty mur z otworami wejściowymi. Takie „kulisy” przy zupełnie pustej, ogromnej scenie. Do tego – schody na kólkach, stoły na kółkach…zmiany przy otwartej kurtynie. Standard. Ta przestrzeń nie mogła być partnerem aktora, nie dawała mu „oparcia”, okazała się „czarną dziurą „ pożerającą wykonawców. Ograniczyła także w znacznym stopniu funkcję scenicznego światła. Cała dekoracja uwidaczniała się wyłącznie poprzez światło odbite od podłogi, bo została tak wymyślona, że nie dała się oświetlić. Była martwa. Pozostało jedynie światło punktowe. A gdy przenosiło się na często wykorzystywane proscenia boczne, pusta otchłań wyciemnionej sceny „straszyła” i przeszkadzała w percepcji przedstawienia. Słowem, ten „grzech trzeci” to grzech ciężki.

             Teatr muzyczny stoi na ruchu. Ten leżał. Para bardzo młodych choreografów wymyśliła układy w stylu aktualnie młodzieżowym. Energiczne, ‘kanciaste” ruchy z teledysków MTV. Tak to czują. Wolno im. Ale już nie wolno nie wyciągać wniosków z faktu, że aktorzy ubrani są w średniowieczne kostiumy i musi to rzutować na charakter tańca. Ruch sceniczny, tak w sensie technicznym, jak i stylistycznym, jest uwarunkowany kostiumem. Chyba, że ma być inaczej…Tylko po co ? Na dodatek te wszystkie tańce były sytuowane w głębi sceny, niemal „przyklejone” do jasnego muru, a z przodu tylko dwóch, trzech aktorów….I jak tu mówić o sensownym zagospodarowaniu nielichej przestrzeni.

           Teraz o muzyce słowo jednak ciepłe. Kompozytor Piotr Dziubek zabrał się do napisania musicalu, a wyszła opera. W miarę dynamiczna, z ładnymi partiami lirycznymi na głos żeński. I tu brawa dla orkiestry. Ale nie ma piosenki-arii z zadatkami na przebój. Próbowałem coś zanucić po wyjściu z teatru – nic z tego. Rozgrzeszam kompozytora, bo się wybronił.

Nie wybronił się w całości zespół aktorski. Mikroporty nie uratowały przed kłopotami z emisją i poddźwiękami. Aktorstwo słabe. Od ładnych paru lat obserwuję wyraźny spadek artystycznej kondycji Teatru Muzycznego w Gdyni. Zespól mocno się odmłodził, ale to „odmłodzenie” wcale nie profesjonalne; amatorskie jakieś… Nie wszystko da się przesłonić entuzjazmem i wdziękiem młodości. Najwięcej pretensji i żalu mam do aktora zmagającego się prawdziwie dramatycznie z rolą tytułową. Nie daje rady, „nie widać go”, nie ma scenicznej charyzmy, nie ma odpowiedniej postury, brakuje wyrazistej i ukierunkowanej ekspresji, nie czyta podtekstów , a do tego mało nośny głos…A przecież to na nim stoi całe przedstawienie. Cóż, jak się nie ma aktora na św. Franciszka, to lepiej …

Co – lepiej ? Ano nie wiem. Przecież ja tam nie pracuję. Nie moja broszka.

            Na koniec mam parę brzydkich słów pod adresem głównego „grzesznika”. Reżyser Wojtek Kościelniak wziął, co wziął. Mógł Kołakowskiego odesłać na egzamin poprawkowy. Nie zrobił tego i nie zrobił wielu innych rzeczy, żeby ta premiera stała się wartościową propozycją artystyczną i dała się z przyjemnością oglądać. Zrobił to przedstawienie „na kolanie”, być może w wagonie „Warsa” , kursując między Wrocławiem a Gdynią. Gdzie by tam nie kursował, omijał wyraźnie rejony sztuki teatru. Nie dał sobie rady z organizacją przestrzeni scenicznej, z niedoświadczonymi choreografami, nie wyegzekwował od mało doświadczonych aktorów „skutecznej” gry…Takie „kwiatki” jak wielokrotne galopady aktorów od kulisy do kulisy, somnambuliczne spacery ze świeczkami – tylko po to, żeby w statyczną niemiłosiernie scenę koniecznie wprowadzić jakiś pozór scenicznego ruchu…Bo nudno, bo nie daje się już patrzeć na nieciekawego aktora, bo trzeba scenę jakoś ożywić, ba !, odciągnąć uwagę widza gdzieś w bok…Rozgrywanie wielu scen na wąskiej prosceniowej „kładce” przy jednoczesnym pozostawieniu ogromnej sceny pustej i wyciemnionej / „brudnej” / nie najlepiej świadczy o reżyserskiej świadomości kompozycji przestrzeni. Zainscenizowane „sceny na rynku miasteczka”  pozbawione są realistyczno- obyczajowych relacji ; uciekają w choreograficzne obrazki…Na tym rynku nikt nie handluje, tylko tańcuje. Można z tego wyżyć ? Obraz „wojny” to stłoczona grupka rycerzy z długimi włóczniami. Kroczki, plastyczne układanie tyczek, „groźna” muzyka. Za chwilę pada informacja, że na takiej „wojnie” Franciszek wpadł w depresję i zapragnął zmienić zupełnie swoje życie. Widać nie o takie tyczki mu chodziło. Dalej mamy obrazek „Ostatnia Wieczerza” wg. Leonarda. Wieczerzę w klasztorze rzeczywiście zaplanowano. Uroczystą, bo miał się na niej zjawić Franciszek; już prawie święty. Długie oczekiwanie widać wymogło na siostrzyczkach „paraliż” w postaci dokładnych póz z obrazu da Vinci. Co prawda ten Leonardo jeszcze się nie urodził i siostry nie mogły obcować z jego słynnym dziełem, ale reżyser już może i poczynił taką plastyczną aluzje nie bez kozery. Jak się nie ma w głowie własnej kompozycji, można sięgnąć po cudzą. I jeszcze jedna scena, właściwie finał – w niebieskim świetle aktor-Franciszek wchodzi po desce / „znacząco”/ do zawieszonej niby-klatki, po bokach stoją na postumentach dwaj aniołowie : Anioł biały – Dobry Duch i Anioł Czarny – Zły Duch. Walczą o duszę Franciszka…Toż to scena z „Dziadów”. Mała Improwizacja w celi Konrada. Tylko, że tutaj Konrad-Franciszek musi się ustosunkować aż do kilkunastu „stacji Męki Pańskiej”, więc to trwa i trwa. Żeby tak nie męczyło, reżyser stopniowo wypełnia scenę postaciami ze świeczkami ; suną powoli, somnambulicznie i skutecznie odciągają naszą uwagę od chyba ważnego monologu aktora-Franciszka. Zamiast wprowadzać wątpliwie nastrojowy numer, trzeba było ten monolog po prostu wyciąć i po ptokach…Stać mnie na chrześcijańskie miłosierdzie, dlatego zmierzam do konkluzji. Spektakl, który chce nam ujawnić duchowość, dojrzewanie do świętości , nie może grzeszyć dosłownością , pozorowanym historycznym realizmem, ale musi być jedną wielką metaforą niezwykłego istnienia, musi być osadzony na poezji, żeby „poeta natury”, Święty i szaleniec mógł w nim wiarygodnie zagościć. Amen.

 

                                                                          Józef  Jasielski

 

 
Teatr  Muzyczny w Gdyni

„ Francesco”

Musical

Libretto – Roman Kołakowski

Reżyseria – Wojtek Kościelniak

Muzyka i aranżacja – Piotr Dziubek.

Scenografia – Grzegorz Policiński

Prapremiera – 29.09.2007

Dodaj komentarz