Krystyna Kotowicz. Dama z radiowym sercem

O Krystynie Kotowicz piszemy w naszym cyklu Alfabet Krytyków Polskich. Znakomitą dziennikarkę radiową, znawczynię teatru i niespożytą animatorkę kultury wspominają jej przyjaciele.

Image

Krystyna Kotowicz

Dama z radiowym sercem

Była osobowością radiową, a jej głos rozpoznawalny w setkach audycji – Krystyna Kotowicz, legenda Polskiego Radia, współzałożycielka i prezes Stowarzyszenia im. Marii Bechczyc Rudnickiej „Bliżej Sceny” i członek Zarządu Klubu Krytyki Teatralnej w Warszawie. Uczestniczyła w życiu kulturalnym Lubelszczyzny, z pasją śledziła wszelkie przejawy twórczej realizacji młodych artystów, którym niejednokrotnie pomagała odnaleźć właściwą zawodową drogę. Wielu liczyło się z jej opinią, bo miała nosa do talentów. Do końca życia związana z Radiem Lublin, które było jej drugim domem.

Krystynę wspominają przyjaciele.

Bogumiła Nowicka zwana Miłką chyba najdłużej pracowała z redaktor Kotowicz. Poznały się w lubelskim radiu. Kiedy Bogusia tu trafiła, Krystyna była już kierowniczką redakcji młodzieżowej i prowadziła  Radio Młodych, swoją sztandarowa audycję. Nowicka  była w redakcji muzycznej i zajmowała się inną tematyką, więc początkowo obie panie nie specjalnie miały okazję się zaprzyjaźnić.

– Zbliżyłyśmy się do siebie wówczas, kiedy przeszłam z muzycznej do redakcji literackiej, którą potem przekształcono w publicystykę kulturalną. Dopiero wtedy miałyśmy ze sobą bliższy kontakt – przypomina redaktor Nowicka. –  Krystyna zawsze była osobą, która miała swoje zdanie. Miała cechy przywódcze i komenderowała wszystkimi – Miłka podkreśla cechy koleżanki. – Właściwie nie wyobrażała sobie życia bez radia. Od początku lat siedemdziesiątych, kiedy tu przyszłam, do normy należało spędzanie czasu w pracy od rana do późnego wieczora. Dlatego właśnie w naszej redakcji kwitło życie towarzyskie. Po jakiejś wielkiej pracy, a za czasów szefa Janusza Weroniczaka była to na ogół kolektywna praca, cały zespół integrował się.

Zespół radiowy tworzył w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jedną wielką rodzinę. W zwyczaju było, że po sztandarowej dla radia audycji, na ogół rozrywkowej, ktoś rzucał pytanie " no to do kogo idziemy?" bądź "kto ma jakieś księgi do rozczytania?".

– Wtedy schodziliśmy się do wolnej chaty. Właśnie u Krystyny w domu dość często bywały takie spotkania. Pamiętam brakowało miejsc siedzących, wtedy rozkładało się kocyk i siadaliśmy po turecku. Przy muzyce rozmawialiśmy do białego rana – wspomina tamte lata redaktor Nowicka i wzdycha z nostalgią. – To życie radiowe, było wówczas wspaniałe. Tego już od dawna nie ma, a szkoda…
Dla Krystyny Kotowicz powiedzenie "nie ma życia pozaradiowego" było aktualne.  Do późnych godzin nocnych siedziała na montażu, nawet, kiedy była w bardzo złym stanie zdrowia. Drugą miłością redaktor był teatr.

–  Zawsze po premierze w teatrze przychodziła jeszcze do radia. Było już późno, a w redakcji pustki. Lubiła w samotności kontemplować. Mnie również zdarzało się zajrzeć do redakcji po jakimś koncercie lub premierze w teatrze. Wtedy mogłam być pewna, że w pokoju spotkam Krystynę i będę mogła się z nią podzielić wrażeniami. – opowiada Bogusia Nowicka. –  Kiedyś wróciłam z Warszawy po premierze spektaklu Janusza Głowackiego "Trzy siostry" i mówię, " Wiesz co, zatkało mnie, kiedy ze sceny zaczęły sypać się przekleństwa, uszy zaczęły mi się zwijać. W przerwie, po pierwszym akcie podzieliłam się swoimi odczuciami  ze znajomymi, jak to można w świątyni sztuki takim słownictwem się posługiwać. Byłam oburzona, jednak już po drugim akcie przestałam się bulwersować, a na zakończenie nawet stwierdziłam, że taki rynsztokowy język ulicy na scenie  trzeba tolerować. Wtedy Krystyna odpowiedziała jednym zdaniem, kiwając głową: " Oto jak człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić. Jak sztuka i wszelkie publiczne wystąpienia wpływają na przyzwyczajenia ludzi. Za szybko obojętniejemy na wulgarność."

Redaktor Kotowicz często poruszała problem wielkiego oddziaływania sztuki na człowieka. Podkreślała, że tak już jest, jeśli nawet coś nas początkowo razi w dziele ale twórcą jest uznany dramatopisarz, autorytet, to właściwie jesteśmy mu w stanie wiele wybaczyć. Nie mniej zawsze przywiązywała wielką wagę do kultury słowa. Uważała na to co mówi i jak mówi w radiu. Bardzo dbała o czystość języka na antenie.

Jerzy Janiszewski, z redakcji muzycznej Radia Lublin, sam siebie nazywa wychowankiem Krystyny Kotowicz.

– Krystyna była wspaniałą dziennikarką, krytykiem teatralnym i muzycznym. Mam dowód wdzięczności wobec niej ponieważ, kiedy pierwszy raz się pojawiłem w Radiu Lublin, to mnie stąd przegoniono – przypomina swoje początki Janiszewski. – Krystyna była pierwszą, która podała mi rękę. Po prostu zwyczajnie wyczuwała zawodowość. Byłem jej potrzebny do oprawy muzycznej. Drugim chłopakiem, który debiutował w radiu, a którym zajęła się redaktor Kotowicz, był Janek Nowacki. Ceniła jego miły i ładny głos. Poza tym Janek interesował się literaturą, więc szybko znalazł miejsce w redakcji młodzieżowej.

Redaktor Janiszewski podkreśla, że Krystyna miała dar dobierania sobie właściwych współpracowników, potem chroniła ich bez zobowiązań. Była świetną dziennikarką i  miała niepowtarzalny głos radiowy.  Bardzo dobrze zorganizowana, ale jednocześnie potrafiła też doskonale improwizować i prowadzić rozmowy radiowe.

– Interesowała się zarówno kulturą codzienną, jak i tą z najwyższej półki. Jeśli szła do teatru to robiła to bardziej dla siebie i własnej przyjemności obcowania ze sztuką, niż konieczności zrobienia nagrania – tłumaczy Jurek. –  Myślę, że gdyby skoncentrowała się w swojej pracy radiowej tylko na teatrze zapewne ograniczyłaby sobie grono słuchaczy, dlatego postanowiła być wszechstronna.

Krystyna, jak twierdzi Jerzy Janiszewski, zawsze miała swoje zdanie i nie sugerowała się ogólnie przyjętymi sądami, przykładowo na temat reżyserów awangardowych Kazimierza Brauna, który potrafił cały teatr wyprowadzić na ulicę i robił kontrowersyjne sztuki czy  Adama Hanuszkiewicza, który też lubił awangardowe eksperymenty. Krystyna miała wyrobioną opinię na temat tych dwóch postaci, ale nie zawsze dzieliła się nią ze słuchaczami. Zdanie na temat poziomu sztuki jaki reprezentowali niektórzy artyści pozostawiała dla siebie.

– Ona była jedyną dziennikarką, która pojechała do Krakowa na nikomu jeszcze nie znany Festiwal Piosenki Studenckiej. Piosenka studencka w tamtym czasie nie była traktowana poważnie. Krystyna wróciła z tego festiwalu i przywiozła nagrania. Mówi do mnie: "Posłuchaj. Jest taki Marek Grechuta, ma w sobie jakąś taką elektrykę." Pamiętam, że to właśnie Krystyna pierwsza odkryła Grechutę, a to był nasz człowiek z Zamościa. Posłuchałem wtedy "Tanga Anawa" i po konsultacji z Krystyną puściliśmy go w radiu. Grechuta była takim naszym polskim Bobem Dylanem, chociaż bezpośrednio nie można tych dwóch artystów porównywać, bo żyli w zupełnie innych realiach. Chcę przez to tylko powiedzieć, że Krystyna miała tego nochala, który gdzieś tam potem miał potwierdzenie – tłumaczy redaktor Janiszewski i chwilę potem dodaje.- Kiedyś mówi do mnie: "Wiesz przyjechała do Chatki Żaka taka grupa bluesowa ze Stodoły. Śpiewają tam dwie dziewczyny, coś w nich jest, może byś ich posłuchał." Jedna z nich była Ewą Bem. Dzieki Krystynie byłem pierwszym człowiekiem, który nagrał debiutującą Ewę. A wszystko dzięki temu nochalowi Krystyny – podsumowuje redaktor muzyczny.

Ewa Dados, znana i kochana przede wszystkim przez najmłodszych słuchaczy radia. Autorka między innymi audycji radiowej „Jasiek”. Nagrodzona w 1994 roku przez dzieci „Orderem uśmiechu”, nadanym przez Międzynarodową Kapitułę. Inicjatorka akcji „Pomóż dzieciom przetrwać zimę” była dla Krystyny Kotowicz jak córka. Od niej uczyła się warsztatu dziennikarskiego i uważnego słuchania co ma do powiedzenia drugi człowiek.

– To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, i to co noszę do tej pory w sercu i rozumie (jak mówi moja najmłodsza córka) i traktuję jako drogowskaz w pracy dziennikarskiej, to ogromna solidność w podejściu do pracy, do tematu i aptekarska dokładność w montażu, żeby niczego nie uronić, nawet oddechu, który jest częścią wypowiedzi mojego bohatera, czy nawet pociągnięcia nosem, kiedy się wzruszy i coś na kształt łzy spływa po jego policzku. Tego nauczyła mnie Krystyna – podkreśla .

 Ewa pojawiła się Radiu Lublin w 1982 roku. Jako młoda polonistka z wykształcenia trafiła od razu do redakcji programów literackich, której kierownikiem była redaktor Kotowicz.

– Przynosiłam jej pierwsze wstawki do kroniki kulturalnej. Pod  okiem Krysi przygotowałam pierwszą swoją dużą audycję, reportaż z jakiegoś spektaklu teatralnego. Nie zapomnę swoich pierwszych montaży, kiedy siedziałam całą noc przy pulpicie, żeby wszystko powycinać, wyczyścić, żeby było idealnie. Padnięta ze zmęczenia ale zadowolona z siebie schodziłam po schodach do wyjścia z redakcji. Wtedy nagle z drugiego piętra, a byłam już na parterze, słyszę jak leci taśma na tym krążku i spada po stopniach w dół, a na górze pani Krystyna krzyczy: "A oddechów to ta kobieta nie ma?". Chciałam tak precyzyjnie wyczyścić wszystko, żeby nie było żadnego „a i y”. Wtedy pani Krystyna mnie posadziła i powiedziała spokojnie, co było duża sztuką, bo była raczej osoba nerwową, że nie trzeba zmieniać rzeczywistości, że nie trzeba poprawiać tego co jest prawdziwe, ten oddech jest potrzebny i to wzruszenie. Potem  szukałam tych skrawków taśmy i doklejałam. Spędziłam drugą noc na tym, żeby ten materiał powstał. To była bardzo dobra lekcja.

Krystyna była takim nauczycielem, takim szefem, który brał odpowiedzialność za  swoich podopiecznych.

– Miałam takie poczucie i świadomość, że przygotowuję coś wartościowego. Pamiętam mój pierwszy reportaż "Nie nabierze Kasia wody, albo rzecz o bezradności i braku dobrej woli. " był to krótki reportaż dotyczący jednej z po lubelskich wsi, gdzie kończyła się woda i trzeba było wykopać głębinową studnię, żeby uratować okolicznych mieszkańców. Zbierałam materiały do tego reportażu. Krystyna oceniając moją pracę zawsze miała czas, żeby na tym końcowym etapie powiedzieć co o tym myśli. Zwróciła mi wówczas uwagę, dlaczego ja nie rozmawiam z wójtem. Tłumaczyłam, że raz mnie nie przyjął drugi i nie chciał za mną rozmawiać. Wtedy zapytała, dlaczego nie ma tu próby kontaktu z nim, dlaczego nie nagrałam rozmowy z sekretarką. To ja poruszona tym pojechałam do tej wsi jeszcze raz i mało tego, ze rozmawiałam z wójtem mając mikrofon ukryty w torbie, to jeszcze waliłam do drzwi, zza których usłyszałam zamknięte. Muszę powiedzieć, że to były takie bardzo proste rzeczy ale później, Kiedy skończyłam montaż reportażu i posklejałam wszystko palcami, wykonywałam telefon do pani Krystyny  i przez telefon słuchałyśmy na przykład puenty. Jak się wzruszyła i powiedziała idź spać, to wiedziałam, że jest dobrze.

W tym zawodzie jak w żadnym innym trzeba mieć własne zdanie i trzeba kochać to co się robi.
Redaktor Kotowicz  przyjaciele zapamiętali, jak  siadała w wolnych chwilach przy biurku w redakcji i wertowała papiery swojej Fundacji im. Marii Bechczyc-Rudnickiej. Co roku przygotowywała konkurs na recenzję dla młodych krytyków teatralnych. Byli z nią wtedy Roman Kruczkowski, skarbnik fundacji i Ewa Żukowska, sekretarz oraz inni zmieniający się członkowie zarządu. Wspólnie próbowali rozbudzać zainteresowania młodzieży teatrem i sztuką podejmując wiele ciekawych inicjatyw: konferencje, sympozja, warsztaty, spotkania z aktorami. Sprzymierzeńcami w tej społecznej pracy byli ludzie kultury i dyrektorzy teatrów. Co rocznie w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie odbywało się uroczyste ogłoszenie wyników konkursu na recenzję teatralną.
Redaktor Kotowicz skupiała wokół siebie młodych. Słuchała uważnie i szanowała ich zdanie. Przez wiele lat była związana z warszawskim Klubem Krytyki Teatralnej A.I.C.T., będąc członkiem zarządu pod kierownictwem najpierw Andrzeja Żurowskiego, potem redaktora Tomasza Miłkowskiego. Wymiana doświadczeń, częste podróże po kraju i ocena poziomu widowisk wystawianych na polskich scenach pozwalała jej na zdobywanie doświadczenia i koniecznej wiedzy na temat teatru współczesnego, nowych zjawisk w sztuce i nowego wyrazu aktorskiego.
Teatr był jej pasją, ale nade wszystko kochała radio i  oddawała się pracy bez reszty.

– Pamiętam jak Krystyna nie czuła się już najlepiej i przychodziła do radia z podłączoną kroplówką. Towarzyszyła jej w takich momentach pielęgniarka. Obie złościłyśmy się na Krystynę, że przedkłada pracę nad swoje zdrowie – wspomina Ewa Dados. –  Jednak nic nie mogło odwieźć redaktor Kotowicz od skończenia audycji.

Ksiądz  Ryszard Tujak poznał Krystynę w ostatnim etapie jej życia i był przy niej do ostatniej chwili. Od 45 lat pracuje z osobami głuchoniemymi, jest w duszpasterstwie niesłyszących archidiecezji lubelskiej i jako jeden z pierwszych zaczął migać na mszach w latach 60. Z redaktor Kotowicz przygotowywali audycje o tych ludziach, przybliżali ich problemy społeczeństwu, wspólnie szukali dla nich pomocy.

– Krystyna miała wyczucie i niezwykłą intuicję, potrafiła odkrywać piękno w z pozoru banalnych rzeczach. Miałem zaszczyt być jej prywatnym kapelanem. W ostatnich chwilach życia byłem dla niej wsparciem duchowym – podkreśla dzisiaj ks. Tujak. – Ale zaczęło się od współpracy. Bardzo ją interesowało to co robię z głuchoniemymi. Robiła o tym piękne, wzruszające reportaże. Słowem utrwalała to co robiliśmy na warsztatach, była naszym uchem i głosem jednocześnie. W ten sposób powstawały audycje. Dzięki temu, że pozostawiła po sobie tyle nagranych słów, w momencie, kiedy choroba zabrała jej głos potrafiłem ją zrozumieć bez słów. Wystarczył gest, grymas na twarzy, spojrzenie a wiedziałem co chce mi przekazać, tam na szpitalnym łóżku.

Krystyna do końca była dziennikarzem, nawet wtedy kiedy już nie mogła mówić. Chociaż od jej śmierci minęło parę lat, szafa w pokoju redakcyjnym  jest pełna taśm, które zdążyła jeszcze sama skatalogować. Jak ogromne jest to archiwum można się było przekonać dopiero, kiedy odeszła na zawsze.
Joanna Biegalska
Fot. Jacek Babicz

Krystyna Kotowicz ur. 28 stycznia 1931 roku w Brześciu nad Bugiem. Zmarła  w Lublinie 7 maja 2004 roku. Pochowana na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie.
Absolwentka Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – Wydział Filozoficzny (1949 -1955).
Od 1 sierpnia 1959 roku w Radiu Lublin jako redaktor publicystyki. Funkcję kierowniczą objęła 1 stycznia 1970 roku w Redakcji Audycji Młodzieżowych. Od 1986 roku kierownik Programów Artystycznych. W 1990 roku przeszła na emeryturę, wciąż jednak była związana z Radiem Lublin w zespole Redakcji Programów Popołudniowych jako dziennikarz.
Odznaczona nagrodami i wyróżnieniami na licznych konkursach na reportaż literacki. Założycielka i kierownik redakcji młodzieżowej ze stałą audycją „Radio Młodych”. Od pierwszych lat pracy w radiu zajmowała się krytyką, początkowo plastyczną później teatralną. Stworzyła cykl radiowy „Być artystą” – prezentujący sylwetki twórców i artystów. Doskonała jej znajomość tematyki zaowocowała współpracą z programami ogólnopolskimi PR II i PR IV Polskiego Radia w Warszawie.
Przez ponad 20 lat działała w Klubie Krytyki Teatralnej SDP potem SDRP, przez kilka kadencji była członkiem Zarządu Klubu Krytyki Teatralnej, wiceprezesem polskiej sekcji A.I.C.T. przy UNESCO (zrzeszającej krytyków teatralnych). Od chwili rejestracji Fundacji im. Marii Bechczyc –Rudnickiej w Lublinie była jej prezesem.
Opr. BIEG

Opublikowany w AKT

Dodaj komentarz