JESTEM CZŁOWIEKIEM ZAWODOWO NASYCONYM, SPEŁNIONYM

Rozmowa z Maciejem Tomaszewskim.
Czy dla Pana, jak dla wielu aktorów, najważniejszy jest teatr?

To trudne dla mnie pytanie. Trudne, bo życie i ten zawód są wielowymiarowe i ciężko jest  jakiś rozsądny, bez egzaltacji, sąd wygłosić. Co jest ważniejsze, lepsze, czy więcej warte? Nie wiem. To są różne sprawy, różne odcienie tego samego zawodu. Ten sam aktor gra w filmie, serialu, teatrze, teatrze telewizji itp. To inna jakość. Nieporównywalna. Nie chciałbym lekceważyć żadnej z form wypowiedzi aktorskiej. Uważam, że im więcej ich dotknę, tym jako aktor staję się bogatszy. Szanuję każdą rolę, bez względu na to, czy jest to serial, telenowela, opera mydlana, teatr, film, estrada.

Zakosztował Pan wszystkiego w tym zawodzie?

Właściwie tak. Miałem to szczęście, albo nieszczęście, że dużo grałem i gram. Nie mam żadnych żalów, pretensji do losu, tęsknot, że nie zagrałem Otella czy Mizantropa. Dużo pracowałem, zagrałem nawet Hamleta, o którym śnią aktorzy. Jestem człowiekiem zawodowo nasyconym, spełnionym.

Grał Pan bardzo różnorodne postacie…

Tak. Jeżeli już mam to jakoś podsumować, to wydaje mi się, że zbyt mało w swoim życiu zagrałem ról komediowych i charakterystycznych. W tej sferze widzę swoje niewykorzystane jeszcze możliwości. Wydaje mi się, że mógłbym trochę radości przynieść sobie i innym.

Starsze od Pana pokolenie aktorów podkreśla, że oni wchodzili do tych innych form, nawet do teatru telewizji z teatru. Czy faktycznie jest to tak ważne dla rozwoju aktora?

Uważam, że teatr jest w życiu aktora czymś nieodzownym. Każdy aktor powinien w jakimś momencie trafić do teatru. Czy na początku drogi, czy w jej środku? To chyba nie jest najważniejsze. Aktor musi doznać teatru, bo to jest istota bycia aktorem, ogarnięcia ról, postaci, zrozumienia jej, wejścia w nią, bezpośredni kontakt z publicznością. To są wielkie przyjemności, których np. telewizja nie daje, bo nie może dać. Nie można porównać gry w filmie z zagraniem roli w dwugodzinnym spektaklu. W teatrze mam stale żywy kontakt z postacią, która od pierwszej sceny się rozwija, od premiery dojrzewa, zmienia się – w drobiazgach, ale jednak. W teatrze jestem zmuszony do myślenia tą postacią, do czucia nią. To bardzo przyjemne chwile w życiu aktora i wiele uczące. Nie ukrywam, że moim naturalnym środowiskiem – zacząłem od teatru – jest teatr. Ja tam czuję się pewniej i bezpieczniej niż w telewizji czy filmie. Po trzech latach grania w „Pierwszej miłości” też już mam swoje środowisko, opanowałem parę rzeczy, wielu rzeczy się nauczyłem i cały czas się dowiaduję. Szybki gotowy produkt, w teatrze praca trwa 2 – 3 miesiące, bywa, że i pół roku. To daje możliwość głębszego wejścia w postać. W serialu jestem z postacią od trzech lat, mówię jej językiem i w tej chwili, czy rozwodzę się z serialową żoną, czy tracę pracę to nie ma znaczenia, bo jestem stale tą samą postacią, którą gdzieś tam poznałem trzy lata temu. Dobudowuję ją jedynie szczegółami, które wnosi scenariusz. Mniej czasu poświęca się wejściu w to zadanie. Mniej jest rozmów z reżyserem.

Nie obawia się Pan, że zostanie do końca życia Markiem Żukowskim?

Nie. Nie doskwiera mi to, nie uwiera mnie to, nie stwarza dyskomfortu. Nie przeceniam mojej roli w tym serialu, nie sądzę, żeby widzowie żyli tym moim serialowym życiem. Poza tym robię wiele innych rzeczy, gram w teatrze… Widzę jeszcze świat tak szeroki i tak wiele rzeczy obok, że to mnie wypełnia. Są książki, są gwiazdy na niebie, są tysiące rzeczy, które chciałbym zobaczyć i poznać, więc sprawa czy będę na zawsze kojarzony z Markiem Żukowskim czy nie w ogóle mnie nie zaprząta. Kiedyś miałem taką rolę, którą grałem 7 czy 8 lat. To było zaraz po szkole, wiele osób mnie z tamtego okresu pamięta. Też było niebezpieczeństwo, że ta teatralna rola przylgnie do mnie. Ale udało mi się nie zgubić nazwiska w postaci.

Miał  Pan mistrzów?

Spotkałem wielu bardzo mądrych ludzi, co było dla mnie zawsze bardzo ważne. Nie tylko chciałem coś dla siebie uszczknąć z ich mądrości, ale też dostrzec, docenić, żeby po latach nie żałować, że miałem go w zasięgu ręki i nie zauważyłem, że był znakomity. Nie będę wymieniał nazwisk. Powiem tylko o jednej osobie, która wywarła na mnie ogromny wpływ. Po raz pierwszy nie czekałem na premierę, nagranie spektaklu – sama praca sprawiała mi ogromną przyjemność. Nie mieściło mi się w głowie, że to może być takie przyjemne! To był p. prof. Jurij Krasowski. Rosjanin, wykładowca, dziekan wydziału reżyserii w Petersburgu. We wrocławskim Teatrze Współczesnym, zrobił dwa spektakle. Z nim pracowaliśmy młodzi, starzy, zaspani, niewyspani… To był Mistrz. Starszy pan, niewielkiego wzrostu, spokojny, z czechowowską bródką. Można było każdego człowieka z ulicy przyprowadzić do niego i kazać mu powiedzieć monolog z „Mewy” czy innego rosyjskiego dramatu i pod jego kierunkiem powiedziałby to znakomicie. To był Czarodziej. Robiliśmy „Salę nr 6” Czechowa. My byliśmy młodzi, ale i starsi aktorzy, jak Bolesław Abart, Krzysiek Kujawski byli pod wielkim wrażeniem. Do tego stopnia, że jeszcze po jego wyjeździe podtrzymywaliśmy w sobie i między sobą tego ducha, pewne gesty… On pokazał mi przyjemność pracy w teatrze. Spotkaliśmy nie tylko znakomitego fachowca, rzemieślnika, ale i wspaniałego mądrego człowieka. Potrafił wyzwolić kreatywność w każdym. To było wielkie przeżycie.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Justyna Hofmna-Wiśniewska

Dodaj komentarz