Z głębokiej wołam otchłani

O powieści Władimira KantoraKrokodyl” w przekładzie Walentyny Mikołajczyk – Trzcińskiej.

Z GŁĘBOKIEJ WOŁAM OTCHŁANI…

Nie łagodne białe myszki, symbol delirium tremens, nawet nie sympatyczne, potężne słonie, lecz… krokodyl. Zwierz mało sympatyczny, zjadliwy, wnoszący ze sobą zapach błota i mułu. Ten wizerunek nieco osładza krokodyl Bohdana Butenki widniejący na okładce książki, jako zakładka i w ilustracjach, ale co krokodyl to krokodyl. Każdy ma swojego krokodyla, ten niepijący, dobrze się prowadzący itd. też. Każdy ma takiego krokodyla, na jakiego zasłużył. Krokodyl Lowy, filozofa, dziennikarza, inteligenta, bohatera książki Władimira Kantora pt. „Krokodyl” jest niby wyłaniającym się z alkoholowych oparów majakiem, ale i symbolem Losu, zimna tego świata, fatum, sumienia, nawet wielkiej tradycji rosyjskiej literatury podszytej Bogiem, filozofią i Dostojewskim. Porażające – albo przestać pić, albo – myśleć! Na dodatek – warto znać rosyjską klasykę, żeby w tej prozie się rozsmakować. Zdaje się – niekiepski przekład! Kto to? – napisał o książce jeden z Internautów. Porażające – to najwłaściwsze słowo.
– Patrzcie, znów krokodyl!… Dlaczego u was ciągle te krokodyle?… Nie niedźwiedzie,, wilki, lisy, a krokodyle! Przecież ty, Leopoldzie, dziś się już nad tym zastanawiałeś. Czy dlatego, że pojawienie się krokodyla wydaje się czymś najbardziej niewiarygodnym, nierealnym na tej szerokości geograficznej (rzecz dzieje się w Moskwie, w latach siedemdziesiątych  – przyp. mój)? Co? Co powiesz? A może uważasz, że jesteś pijany jak wczoraj i wszystko ci się przywidziało? (…) A może masz nadzieję, że zniknę, jak ten krokodyl z anegdoty? (…) Autobusem jedzie człowiek z krokodylem, a ten, gad paskudny, ciągle jęczy.: „Chcę do tramwa-aju-u! Chcę do tramwa-aju-u! Wszystkie łapy mi tu podeptali-ali i nie mam co zrobić z  ogonem!” Dobra. Przesiedli się do tramwaju. A krokodyl dalej jęczy: „Chcę do taksówki-i, chcę do taksówki-i! Tu mnie potrącają, depczą po ła-apach i nie mam gdzie podziać ogona-a…” Przesiedli się do taksówki. Ale krokodyl i tam jęczy: „Ciasno mi tu-u, niewygodnie mi tu-u…” Wreszcie facet się rozzłościł i mówi: „Przestań się czepiać, bo jak nie, to wypiję jeszcze jeden kieliszek i nie tylko czepiać się przestaniesz, ale w ogóle przepadniesz w diabły!” Gdyby Lowa tylko chciał, tylko przestał pić. To wydaje się dość proste, ale… Ale Lowa jest myślącym inteligentem i zamknięty w tej rzeczywistości ma alternatywę: albo picie, albo myślenie. Jak większość inteligentów, którzy właściwie skazani są nie tyle na krokodyle, co wręcz na wymarcie. To przez władze, a i społeczeństwo, byłoby dobrze widziane. Umarł, zapił się, nie będzie bruździł. Nie będzie stawiał niewygodnych pytań, nie będzie miał własnego zdania na każdy temat, nie będzie oceniał, a przede wszystkim nie będzie myślał. Wtopi się w całość. Grzecznie i bezmyślnie. Ale, jeżeli już koniecznie chce plątać się po obrzeżach rzeczywistości miłościwie nam panującej, to niech sobie tam w jakimś kątku ściboli to swoje życie w oparach alkoholu i biedy. Jeden z Internautów po przeczytaniu „Krokodyla” napisał: Porażające – albo przestać pić, albo – myśleć! Na dodatek – warto znać rosyjską klasykę, żeby w tej prozie się rozsmakować. Zdaje się – niekiepski przekład! Kto to?
Autorką przekładu jest Walentyna Mikołajczyk – Trzcińska. Przekładu znakomitego! Trzcińska nie tylko zna język rosyjski (nie jest rusycystką), ale i czuje jego ducha, jego frazę, ma to coś, co jest dość rzadkie nawet wśród tłumaczy literackich: ucho tłumacza. Ucho na słowa i to, co między słowami i wśród słów. Słyszy to wszystko, co w tym języku pobrzmiewa melodyjnie a w naszym szeleści i potrafi z ogromną maestrią owe miękkie brzmienia zharmonizować z tym charakterystycznym szelestem. Potrafi też dosłuchać się i dokopać się do tego, co w literaturze rosyjskiej było wielkie, a wyraziście pobrzmiewa we współczesnej prozie.
„Krokodyl” to powieść obyczajowa – tak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Ale powieść szczególna, bo Bogiem, filozofią i Dostojewskim podszyta. Toteż można ją czytać co najmniej w kilku warstwach – czy na kilku piętrach – dochodząc w końcu do własnej duszy, własnej samotności w świecie wypełnionym ludźmi. Samotności najpełniejszej, bo absolutnej. Na powierzchni jest jakiś świat, jakieś bardziej lub mniej poukładane życie rodzinne, zawodowe, towarzyskie. Pod spodem już tylko czepiające się jakichś szczątków wartości własne „ja”, biedne i opuszczone przez wszystkich, bezdomne i tułające się po gruzach ideałów, zmagające się z krokodylem, który komuś z wanny spłynął do kanałów i stamtąd wychynął wśród oparów alkoholu. Można więc spojrzeć na tę powieść i tak: ot, nieudane życie topione w alkoholu. Lowa – nie pierwszy i nie ostatni, który się stacza, choć miał „możliwości”. Nieudacznik – mówimy pogardliwie o takich i tyle. Niejeden taki , jak Lowa, chwyta szanse w locie i leci z wiatrem, prze do przodu, jest happy. Niejeden… Ale i niejeden gdzieś przyzostanie i pogrąży się w refleksjach, myślach niepotrzebnych o życiu nie-życiu, zapętli w swojej niezgodzie na rzeczywistość, zapragnie chociaż  ten swój mały świat zbudować nieco inaczej, po swojemu, nie na kruchych murach hucpy, ale na wartościach trwałych i pięknych, tych uważanych za niepodważalne a nieustannie podważanych i burzonych, ideach i ideałach, prawdzie wreszcie, która wyrosła i kształtuje się na tradycji i kulturze, na tym, co ponad czasami.
Krokodyl Bohdana Butenki, ilustratora książki, jest… ludzki. Nawet z wyglądu sympatyczny. Zębiasty pan z brzuszkiem, z długą paszczą, noszący się, owszem, elegancko, poruszający się z pewną gracją. Grozę wzbudza ta jakaś widoczna w ślepkach zachłanność, pazerność na człowieka. I cuchnące błotem wnętrze, jak czeluść bezdenna. Oboje z Saszą zniknęli. A krokodyl rzekł:
– N-no, dobra, idziemy.
    Złapał Lowę pod łokieć. Lowie było właściwie wszystko jedno, kto go taszczy, byle szybciej się rozebrać i walnąć do łóżka. Mimo to urywki myśli błyskały mu jeszcze w mózgu: „Niech wszystko będzie snem. Majakiem. Jutro się obudzę – i żeby niczego nie było. Wszystko już za mną. Wszystko sen, życie też sen. Niech…” Poczuł, że leży już na wersalce, a nieznajomy – nieznajoma? – ściąga z niego marynarkę, koszulę, buty, spodnie. „Moja kochana, połóż się obok mnie” – chciał szepnąć Lowa, ale język nie posłuchał. Gdzieś spadał, w ciemność z iskierkami, gdzie obowiązywała zasada kalejdoskopu: mignęła przed oczami piwiarnia i Timasze z Olgą, to znów Miszka Wiodrin, chwytający go za ręce, to młoda wdowa w zielonym, to tyczkowata panna w bieliźnie, uciekająca przed nim dokoła stołu, to napominający go Grisza i rozgniewana Ania, to znów szlochająca Inga, chlipiącva ciężarna Wierka z zapuchniętą twarzą. Potem – i to było ostatnie jego świadome odczucie – ujrzał, jak krokodyl uważnie obejrzał jego nagie, tłuste, obwisłe ciało, westchnął, rozwarł paszczę i Lowa z obłąkańczym przerażeniem i przeszywającym bólem w plecach, w które wbiły się żeby, poczuł, jakby wpadał głową do przodu w gorące, smrodliwe wnętrze.
    I wszystko się skończyło.
    Rano Sasza otworzył drzwi pokoju Lowy i ochryple powiedział: 
–    Przyjacielu mój, Leo, czy nie zechcecie wraz ze swoim przyjacielem towarzyszyć mi w drodze po piwo? Nie zaszkodzi się podleczyć.
Ale pokój był pusty. Łóżko posłane, jakby nikt w nim nie spał. Chociaż okno było otwarte, w pokoju unosił się wyraźnie wyczuwalny, lekki, zgniławy, błotny zapach.
–    D-do diabła! Ranne ptaszki – ze zdumieniem wychrypiał Sasza. – A mnie nie obudzili. Ładnie by było z ich strony, jakby przynieśli piwo – i obróciwszy się w stronę korytarza, spytał: – Mario, jest blisko was jakaś piwiarnia? Pewnie obaj tam siedzą.
Gdy pod koniec książki szybko przerzucimy kartki krokodyl ożyje. Będzie się poruszał, zobaczymy kilka sekwencji jakby filmu… O sobie? Być może.
Po ulicy chodzila
Wielgachna krokodyla.
Glodna, glodna, glodna bardzo była!

Justyna Hofman – Wiśniewska

Władimir Kantor „Krokodyl”; z języka rosyjskiego przełożyła: Walentyna Mikołajczyk – Trzcińska; ilustracje: Bohdan Butenko; Wydawnictwo Akademickie „Dialog”; Warszawa 2007.

Dodaj komentarz