U mistrza Wajdy

W cyklu "Moje spotkania" – kartka z pamiętnika Emilii Krakowskiej.
Zdjęcia próbne do „Brzeziny” robił Janek Budkiewicz. Zawsze swoje 5 groszy wsadzę, więc powiedziałam: Zrobiłam to tak, jak chcieliście, a teraz zrobię po swojemu. Przyznaję, że nieraz z powodu tego mojego „tiepier ja” nie wchodziłam do jakiegoś filmu czy spektaklu. Chociaż bywało, że było ono tak skonstruowane, jak potem zrobiono. Miałam wtedy taką małą satysfakcję.
Wypatrzyła mnie do „Brzeziny” p. Barbara Pec – Ślesicka, młoda wówczas młoda producentka filmowa. Życiorysy budują rodzice i nauczyciele, czymś się w domu rodzinnym nasiąka. Czytając opowiadanie Iwaszkiewicza stwierdziłam, że jest w nim cos mi znajomego i bliskiego: atmosfera obrazów Jacka Malczewskiego. Jestem poznanianką, w muzeach poznańskich jest dużo jego obrazów. Oglądałam je, chłonęłam. „Brzezina” to był ten świat. Klucz do postaci miałam więc gotowy. Pracując nad tym filmem stworzyliśmy małą rodzinę, bo obsada była niewielka. Grał Olo Łukaszewicz, dopiero co podziwiany w „Soli ziemi czarnej” Kazimierza Kutza. Daniel Olbrychski, który musiał się tu bardzo postarzać – to była rola w sam raz dla niego, do tej pory grał młodzieńców, Hamleta… Andrzej Wajda mówił, że „Brzezinę” nakręcił, żeby zająć ludzi. Był okres przestoju, więc trzeba było tych ludzi zająć, by się nie rozproszyli. Początkowo miał to być film telewizyjny, ale z kameralnego przedsięwzięcia narodził się znakomity film. Wajda miał naganiaczy: jego ensemble wyławiał każdego, kto w danej dziedzinie był w danej chwili „pełnym owocem”. Byłam wtedy aktorką, która coś już zrobiła i we mnie był już ten „dojrzały owoc” – byłam chętna do proponowania. U takiego reżysera, jakim jest Wajda trzeba pokonać wstyd i być twórczym. Spędziliśmy 6 tygodni w leśniczówce, żeby opowiedzieć o kilku dniach przedświątecznych kogoś, kto przyjechał i już tam został. Zaczęły się dyskusje, Mistrz słuchał i budował film. Każdy, kto brał udział w filmie Wajdy przez cały okres prób i poszukiwań czuł się człowiekiem niezbędnym. Wajda wysłuchuje każdego, co nie znaczy, że się z każdym zgadza. Ale jak się trafi na trop jego pomysłu, to on mówi z takim specjalnym akcentem i westchnieniem: Och, mów mi tak, mów mi tak…
Otworzył mnie twórczo do tego stopnia, że po zrealizowaniu filmu wypisywałam mu niestworzone rzeczy. Wajda ma taki bardzo piękny obyczaj, że ledwo zmontowany materiał pokazuje ludziom, których opinie chce usłyszeć. Gdy oglądałam ten film, moim partnerem od serca i życia w tym filmie miał być Perepeczko, moją matką była Irena… Wajda tak otwiera człowieka, że każdy czuje się tą cząstką tworzącą. Pisałam więc do niego, że jeżeli nie zestawi tej sceny z tą, to w ogóle będzie klęska, skandal itd. Wypisywałam mu potworne rzeczy. On przyjmował to spokojnie. Potem sobie zdałam sprawę, że przesadziłam, że już mi się zaczęło wydawać, że sama tworzę ten film… Odpisał mi, że dziękuje, ale będzie tak, jak on uważa i żebym takich rzeczy innym reżyserom nie mówiła, bo spotkam się ze niedobrym przyjęciem. Wzięłam to sobie do serca i byłam mu za to bardzo wdzięczna. Nigdy już takiego błędu nie popełniłam. Gdy zbliżał się dzień zdjęciowy mówił, że chyba wszystko odwoła, że czuje się chory, że boli go brzuch i wszyscy stawali na głowie, żeby ten dzień zdjęciowy się odbył! Wszyscy się spinali, otwierali serca, głowy. I wszystko dalej szło swoim rytmem. W końcu film wchodził na ekran. Wajda czerpał ze wszystkich. Każdy miał poczucie uczestnictwa w akcie twórczym. Potem miałam często propozycje, żeby zagrać coś jak u Wajdy. Mówiłam: idź, wytnij sobie ten kawałek i wstaw w odpowiednie miejsce. Nie będę niczego powtarzała.
Wajda, przed przystąpieniem do pracy, siadał i mówił: musimy to opowiedzieć. Opowiedzieć. Opowiadamy historię. To opowiadanie było specyfiką pracy Wajdy. Inni reżyserzy, z którymi pracowałam, często mówili: nie, nie, to jest poza ekranem. I na ekranie często była nuda, bo wszystko, co ciekawsze działo się poza ekranem.

Notowała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz