Ziarno i plewy (po XIX Łódzkich Spotkaniach Baletowych)

Choć to dziewiętnasty łódzki festiwal baletowy, to – jak twierdzi jeden z twórców Łódzkich Spotkań Baletowych, Stanisław Dyzbardis –  liczy on sobie już 40 lat, gdyż jego idea powstała w 1967 r., kiedy oddawano do użytku obecny gmach Teatru Wielkiego. A zatem – Spotkania wkroczyły w wiek średni, pozwalający właściwie ocenić wartość dzieła i odróżnić ziarno od plew. A na XIX Spotkaniach były jedne i drugie.

Festiwal otworzył – jak zwykle – zespół gospodarzy premierowym "Kopciuszkiem" w choreografii Włocha, Giorgia Madii. Do jednoaktowego baletu – a raczej widowiska – choreograf wykorzystał nie muzykę Sergiusza Prokofiewa, a fragmenty znanych dzieł Gioacchino Rossiniego: sonat, preludiów oraz oper, w tym tych najbardziej znanych jak "Cyrulik sewilski", "Sroka złodziejka", czy "Wilhelm Tell". Nie mogło oczywiście zabraknąć i muzyki "Kopciuszka" (La Cenerentola). Jak mówi choreograf – "Moja historia o Kopciuszku /…/ przefiltrowana jest przez moją kulturę, moją epokę i moją wyobraźnię/…/, ma odczuwalne wpływy "Cinderelli" według Walta Disneya, a więc zachowuje głównie pozytywne wymiary życia /…/". Rzeczywiście jest to historia może nie współczesna, ale opowiedziana współcześnie (podobnie widzi "Kopciuszka" Jean Christophere Maillot). Są w niej znakomite pomysły scenograficzne: chińskie cienie w przywoływaniu zdarzeń z przeszłości, znakomicie skracające narrację i wyjaśniające aktualne zdarzenia, winda (rura) z plexiglasu, którą zjeżdża na salę balową książę – playboy, bananowy młodzieniec, niezwykle pomysłowo i dowcipnie przedstawiona kareta, którą  Kopciuszek jedzie na bal, czy perfekcyjny taniec lalek (genialnie wymyślone i wykonane marionetki). Ale wśród tych perełek inscenizacyjnych są i wulgaryzmy widoczne w zachowaniach złych sióstr czy wróżki. Możliwe, że przerysowania sposobów bycia, mimiki, ruchu miały służyć choreografowi do wyolbrzymienia różnic w charakterach postaci, niemniej efekt prostactwa, jaki osiągnął, zniweczył te zamiary. Kontrowersje może budzić także scenografia i kostiumy – na ogół w koszmarne, drobne mieszczańskie wzorki, podkreślające całą infantylność i opowiadanej historii, i analogie z disneyowskim światem. Tańca w tej opowieści niewiele, więcej pantomimy i aktorstwa, z czego artyści dobrze zdają egzamin. W roli Kopciuszka na premierze wystąpiła Monika Maciejewska a Wróżki – Beata Brożek. To tylko dwie kobiece role w tym balecie. Reszta – sami panowie; znakomita Macocha (jakież celne spostrzeżenia dotyczące zachowań pani w  pretensjach!) – czyli Mariusz Caban, i jej dwie córki – Aleksander Miedwiediew i Jerzy Gęsikowski (można powiedzieć: babo-chłopy). Zblazowanego księcia tańczył Gintautas Potockas, a w roli nie mniej wyrazistych służących wystąpili Jan Łukasiewicz oraz Krzysztof Pabiańczyk. W sumie ŁSB  zaczęły się  dobrą zabawą z mnóstwem gagów, zaskakujących rozwiązań scenicznych i w dodatku dobrze wykonanych. Nie bez powodu spektakl otrzymał Złotą Łódkę – doroczną nagrodę krytyków teatralnych Łodzi.
    Ten udany początek Spotkań miał swoje kontynuacje w pozostałych, prawie wszystkich, występach zaproszonych gości. Cullberg Ballet, który pamiętamy z XIV i XVI Spotkań (1997 i 2001 r.) i tym razem przywiózł choreografię Matsa Eka, choć nie tak sławną jak "Giselle" czy "Śpiąca królewna". Widzowie obejrzeli utwór  z 2005 r. pn. "Aluminium" do muzyki Johna Adamsa. Zainteresowania społeczne Matsa Eka tym razem skutkują obrazem relacji miedzy parą i w większej grupie. I jak to u Eka – refleksja wychodzi od banału; domu, stołu, lampy, naczyń. Nie wszystkim podobało się takie ujęcie tematu oporu (bo tak wyjaśnia ideę tego spektaklu sam choreograf) – niektórzy byli zdegustowani użyciem na scenie talerzy i łyżek, niemniej Ek znany jest z rekwizytów, nawet banalnych, które poprzez swoją powszechność użycia w sztuce nabierają innego wymiaru. O choreografii Eka trudno napisać ponad to, co już zostało napisane; że wielką jest. Toteż z ciekawością oczekiwane były dwie inne: Johana Ingera (dyrektora Cullbert Ballet od 2003 r.) – "Walking Mad" (z 2001 r.)  oraz "Blanco" (2006 r.). Pierwsza z muzyką Maurycego Ravela ("Bolero") i słynnego Arvo Pärta ("Dla Aliny") została stworzona dla Nederlands Dans Theater i jest udramatyzowaną historią trzech kobiet i ich związków z mężczyznami. Druga opowiada o poszukiwaniu nieosiągalnego. Cechą obu jest… podobieństwo języka choreografii do Matsa Eka, właściwie można przyjąć, że to jest kontynuacja jego stylu i znaku firmowego Cullbert Ballet.
    Drugim z równie znanych zespołów tańca współczesnego był Ballet National de Marseille, założony przez słynnego Rolanda Petita (znakomitą "Coppelię" w jego choreografii oglądaliśmy na VI ŁSB w 1981 r.). Tym razem, po ćwierćwieczu, zespół z Marsylii, kierowany obecnie przez Belga, Frédérica Flamanda, przywiózł  trzy utwory trzech choreografów: George'a Balanchine'a ("Apollon Musagette" z muzyką  Igora Strawińskiego), Jerome'a  Robbinsa ("In G Major" do muzyki M. Ravela) oraz Davida Dawsona ("Morning Ground" do muzyki Fryderyka Chopina). Każdy z nich to inna epoka i inny styl, niemniej wszystkich łączy dbałość o piękną formę, elegancja ruchu, oraz estetyka, na jakiej zostali wychowani widzowie XX wieku.
   Zespołem, który przyciągnął rzesze miłośników tańca – zarówno w Teatrze Wielkim Warszawy jak i Łodzi był mało znany amerykański Complexions Contemporary Ballet – który dał składankę krótkich choreografii lub ich fragmentów, autorstwa głównie Dwighta Rhodena, jednego z dwóch dyrektorów artystycznych zespołu. CBC (założony w 1994 r.)  to zespół tańca współczesnego z Nowego Jorku, epatujący głównie fenomenalną techniką, w warstwie choreograficznej reprezentujący bardziej brodwayowski musical  niż tradycję baletową. Widzom oszczędzono tylko stepowania. Mimo to, amerykańskie zespoły cieszą się u nas od lat wielkim powodzeniem – bez względu na wartość artystyczną dzieł, jakie pokazują. Owacje, jakimi nagradzano taniec do muzyki pop czy twórców musicali dobitnie pokazywał preferencje artystyczne widowni. A przecież to, co pokazali Amerykanie w żadnej mierze nie dorównywało najwybitniejszemu przedstawieniu w mojej ocenie – "Onieginowi" w choreografii nieżyjącego Johna Cranko, które pokazał Teatr Wielki z Warszawy (recenzowałam już ten spektakl w  portalu "Maestro"). Dynamiczne, wręcz akrobatyczne podejście do sztuki, jakie pokazali Amerykanie zderza się tu z refleksyjnością i finezją w europejskim myśleniu o balecie. Wysublimowana choreografia Cranko, widzenie każdej postaci w jej psychologicznej złożoności i umiejętność, perfekcja w pokazaniu tego na scenie ruchem, tańcem – to nieprzemijające i wybitne walory  tego dzieła. A wykonanie? Warszawski zespół baletowy – jak pokazują występy pozostałych – jest w czołówce krajowej, za którą długo nie ma nic. Ongiś bardzo dobrze prezentujące się zespoły z Łodzi, Poznania i Gdańska pokazały na tegorocznych Spotkaniach jak im daleko do Warszawy. Zwłaszcza Gdańsk, który przywiózł do Łodzi tzw. balet do piosenek Edith Piaf  w choreografii Sławomira Gidla, dyrektora gdańskiego zespołu. Lepiej wypadł już balet Teatru Wielkiego z Poznania, który – po perturbacjach pogodowych (zalane generatory teatralne podczas burzy) pokazał nieśmiertelny rock-balet Antala Fodora – "Próba" do muzyki Jana Sebastiana Bacha i Gabora Pressera. Ten samograj, hit teatralny równy "Grekowi Zorbie", na dobrym poziomie choreograficznym, miał premierę w 1983 r. i od tego czasu był grany ponad 1000 razy na całym świecie. Został także sfilmowany. Łodzianie znają "Próbę" z lat 80., kiedy przez długi czas gościła na afiszu tego teatru, toteż podczas tych Spotkań albo odświeżali sobie wspomnienia, albo przyprowadzali następne pokolenie, gdyż libretto ujmujące się za prześladowanymi jest nie tylko ciągle aktualne, ale i poruszające.
    Walor nieprzemijania i ciągłego zachwytu ma także dobra klasyka. Na tegoroczne łódzkie Spotkania nieoczekiwanie zjechał z perfekcyjnie wykonanym "Jeziorem łabędzim" w choreografii Jurija Grigorowicza zespół Narodowego Baletu Korei! Podobno Koreańczycy (z Korei Południowej) sami się dowiedzieli o łódzkim festiwalu, sami opłacili swój przyjazd – aby tylko wystąpić (po raz pierwszy w tej części Europy) na łódzkiej imprezie! A wykonali "Jezioro" ponoć wspaniale – z żalem przyznaję, że nie obejrzałam. Opowieści o perfekcji koreańskiego wykonania świadczą, że ten najbardziej klasyczny z klasycznych baletów ciągle zachwyca nawet wytrawnych znawców baletu.
    Spotkania zakończył Węgierski Balet Narodowy kierowany przez Gabora Kevehazi "Poskromieniem złośnicy" z 1994 r. w choreografii Lásló Seregi do muzyki Carla Goldmarka, z  pięknymi kostiumami Nelly Vágó, tudzież wspaniałą scenografią Attilii Csikósa. To wielkie, trzyaktowe widowisko na tle małych zespołów tańczących modern uświadamia, jak daleko sztuka tańca odeszła od spektakli teatralno – baletowych. Od przepychu scenograficznego, bogactwa kostiumów, wyrażanych tańcem i pantomimą wzruszających widza opowieści, dużej liczby wykonawców. Powodzenie takich spektakli jak "Jezioro łabędzie" czy "Poskromienie złośnicy" pokazuje, że dawne style, estetyki ciągle mają swoich zwolenników, ale i ciągle wnoszą do współczesnego baletu nieprzemijające wartości. Na ich tle dobrze widać, co mają do zaoferowania współcześni choreografowie, libreciści, muzycy i tancerze – z jakim skutkiem artystycznym wchodzimy w kolejną epokę tańca. Po XIX Łódzkich Spotkaniach Baletowych, owym czterdziestolatku, nie widać jeszcze smugi cienia. I oby jak najdłużej tak zostało.
Anna Leszkowska

Festiwal ŁSB – Teatr Wielki w Łodzi, 12.05. – 3.06.07.

Dodaj komentarz