Zapomniana opera

Brakującą cegiełką nazwał Stefan Sutkowski, dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej, wystawienie na tej scenie barokowej opery francuskiej – Jephté.
Brakującą, gdyż  WOK z oper baroku wystawiła już dzieło Lully'ego ("Alceste") – twórcy francuskiej formy opery, utalentowanego kompozytora, zasłużonego także dla sztuki baletowej oraz późniejszego Campry ("Tankred"). Między nimi sytuuje się natomiast zapomniana dla teatru operowego na 270 lat twórczość Michela Pignoleta de Monteclaira, głównie Jephté. Mamy więc w Warszawie możliwość zapoznania się z twórczością triady kompozytorów francuskiego baroku, okresu bardzo interesującego dla historii teatru operowego, zwłaszcza francuskiego, podlegającego w owym czasie szybkim przeobrażeniom pod wpływem sztuki włoskiej. Z tradycji teatralnych obu tych narodów powstaje w owym czasie opera-balet z rozbudowaną formą dramaturgiczną, bez mówionych dialogów, gdzie każdy akt dotyczy innego wątku snutej opowieści. Jest jeszcze prolog i apoteoza, tzw. entrées dla tancerzy, którzy między aktami tańcem wyjaśniają pojawiające się sceny, niemniej jest to już forma znacznie odbiegająca od wcześniejszych widowisk dworskich, w których dominuje tematyka mitologiczna, sceny pasterskie ubarwione śpiewem i deklamacjami, a taniec służy za ozdobne wstawki.
Libretto opery biblijnej, jaką jest Jephté napisał Simon – Joseph Pellegrin na podstawie opowieści z  Pisma Świętego o przywódcy Izraelitów Jephté, który pochopnie przysiągł Bogu, że w zamian za zwycięstwo nad wrogiem złoży w ofierze pierwszą osobę, jaka wyjdzie mu na powitanie. Tą pierwszą okazuje się jego córka, Iphisée. Mamy zatem bardzo silne napięcia dramaturgiczne w sferze moralnej, a w dodatku wszystko dzieje się na tle wojennym: trwają walki Izraelitów z Ammonitami, jest zdrada Efraimów. Nie brakuje też dodatkowego, choć już nie tak wyrazistego wątku – potajemnej miłości córki Jephtégo z księciem Ammonitów, Ammonem. Jednym słowem – dzieje się dużo i bardzo poważnie, w dodatku widz do ostatniej sceny jest trzymany w napięciu i niepewności: jak to wszystko się skończy?
Wystawienie Jephté obrosło bogatą historią. Sam temat nie był w owym czasie odkrywczy, w XVI w. tragedie pod tytułem "Jephté lub przysięga" napisał angielski poeta George Buchanan, inspirując nią kilku poetów francuskich. W 1692 r. wystawiono też trzyaktową tragedię w klasztorze St. Cyr, dedykowaną spowiednikowi Ludwika XIV, ojcu de la Chaise. Opowieść biblijna dała też asumpt do stworzenia wielkich oratoriów kompozytorom: Giaccomo Carissimiemu oraz Jerzemu Fryderykowi Haendlowi ,też zatytułowanych "Jephté" ( 1650 i 1751). Ostatnim większym dziełem scenicznym o tym temacie była wystawiona w 1812 r. "Przysięga Jephtégo" Giaccomo Meyerbeera.
Opera Monteclaira "Jephté" z librettem Pellegriniego miała aż trzy wersje: premierową z 1732 r., drugą – z 1733 r. i trzecią, ostateczną (graną w WOK) – z 1737 r. Kolejne wersje wynikały ze zmian w libretcie, dostosowywanym do obyczajowości epoki i państwa, a także roli kościoła. Pellegrini, mający wcześniej kłopoty z cenzurą, zmieniał w nim akcenty, proporcje między wątkiem świeckim a religijnym, nawet zakończenie. Co ciekawe, do opery, zaczynającej się przecież od prologu, w którym widz otrzymuje "pouczenie", czego dotyczy dzieło i jak należy je rozumieć, sam autor libretta napisał obszerną przedmowę, wyjaśniającą swoje intencje twórcze. Takie "zabezpieczenie" widać musiało mieć racjonalne podstawy, skoro opera po 1744 r. na 17 lat zniknęła ze scen wskutek ingerencji władz kościelnych. Widać biblijna tematyka na scenie operowej nie znalazła akceptacji kleru. Niemniej, "Jephté" była najczęściej wystawianą operą we Francji w XVIII w. – w samym Paryżu wystawiono ją aż 68 razy.
Dlatego zagadkowym jest, dlaczego melomani nie pamiętali o niej przez ponad dwa wieki?  Dlaczego sami Francuzi nie zadbali o jej przypomnienie światu? Wskutek tego, a może dzięki temu zaniechaniu, Warszawska Opera Kameralna może nieść kaganek oświaty Francuzom, w myśl konstatacji mickiewiczowskiej: "co Francuz wymyśli, to Polak polubi".
Zwłaszcza, że ma co nieść. Realizacji dzieła podjęła się bowiem ekipa starannie dobrana. Nad stroną muzyczną czuwał Kai Bumann, który wraz z Kennethem Weissem – znawcą francuskiej opery barokowej – stworzyli pełen uroku spektakl, w którym podkreślono artyzm i bogactwo dźwiękowe zarówno  arii, duetów, czy muzyki do fragmentów baletowych. Zespół  Musicae Antiquae Collegium Varsoviense, założony 50 lat temu przez Stefana Sutkowskiego gra na instrumentach z epoki barokowej, wydobywając rzadko słyszane brzmienia, wzbogacone przez  trójkę muzyków realizujących continuo: Lilianę Stawarz (klawesyn), Antona Birulę (teorba) i Justynę Rekść – Raubo (viola da gamba). Reżyserii podjęła się Romana Agnel – współinscenizatorka także "Alcesty" Lully'ego, znawczyni baletów dworskich, kierująca występującym w przedstawieniu zespołem baletowym – "Cracovia Danza". Z pewnością nie miała łatwego zadania, biorąc pod uwagę, iż różnica miedzy baletem w okresie baroku a obecnym jest nieporównywalna wobec zmian, jakie zaszły w muzyce czy śpiewie. Opera Jephté w warstwie wokalnej jest przykładem bel canto – dużo w niej pięknego śpiewania, bogactwa ozdobników muzycznych, czego zawsze słucha się z wielką przyjemnością. Tymczasem balet z tamtej epoki dla dzisiejszego widza przypomina bardziej pląsy niż balet. Toteż  nawet jeśli zdaje on sobie sprawę z faktu, iż ogląda tańce historyczne, początki baletu, choreografii, trudno mu się zachwycać dość monotonnymi pas. Nawet w pięknej scenie pasterskiej, ubarwionej obecnością  muzyków – grających m.in. na francuskich XVIII-wiecznych dudach, musette (Jean-Pierre Van Hees). Z takimi wyzwaniami wynikającymi z odległej epoki pani reżyser musiała się borykać pewnie częściej, chociażby w przypadku  Prologu, który nie jest najciekawszy dramaturgicznie (nie taką rolę ma przecież pełnić) i nie zawsze też był grany. Rezygnacja z niego zapewne nie przyniosłaby szkody całemu przedstawieniu, choć tak skrócone dzieło nie dawałoby z kolei świadectwa historii. Ale największymi bohaterami tego przedstawienia są soliści wykonujący główne partie: Jarosław Bręk (Jephté), o pięknie brzmiącym, ciepłym głosie, z oszczędnym aktorstwem wynikającym z powagi roli, urzekająca – zwłaszcza w arii z IV aktu Marta Boberska w roli nieszczęśliwej córki Iphisée, znakomita  Dorota Lachowicz w roli żony Almasie, w trudnej psychologicznie roli matki tracącej córkę. Piękny śpiew i aktorstwo – można to powiedzieć także i o pozostałych wykonawcach tego dzieła: Sławomirze Jurczaku (kapłan Phinée), Zdzisławie Kordyjaliku (Ammon), Wojciechu Parchemie (Abdon, powiernik Jephtégo), czy Dariuszu Górskim (Abner, zausznik Ammona). Scenografię – także w stylu epoki, czyli bogatą w złoto, czerwień i biel – stworzyła Marlena Skoneczko, także autorka pięknych, bogatych kostiumów.
Anna Leszkowska

Premiera: WOK 18.04.07.

Dodaj komentarz