Teatr ma przedziwny smak – rozmowa z Arturem Barcisiem

Na stronie internetowej www.barcis.pl witają nas takie oto sympatyczne słowa aktora: Niech wam będzie dobrze na świecie…
Życzę tego każdemu, sobie także. A strona internetowa? Postanowiłem iść z duchem czasu. I może dowiem się o sobie czegoś nowego od internautów? Na stronie funkcjonuje forum, ja jestem dostępny po 23. Na forum wypowiadają się ludzie myślący podobnie, jak ja. Ta strona internetowa jest też dla mnie znakomitym relaksem.
 
Serial „Miodowe lata” Pana zaszufladkował jako aktora komediowego, film ujawnił, że jest Pan także świetnym aktorem dramatycznym…
 
Decydując się na zagranie Norka w „Miodowych latach” spodziewałem się, że tak będzie, ale wszystko ma swój czas i swój kres, więc nie wzbudzało to mojego niepokoju. Cały czas grałem w teatrze, bo z teatru nie odszedłem dla serialu. Nawet postawiłem warunek, że będę grał Norka, jeśli pracę w serialu da się pogodzić z teatrem. A zaszufladkowanie udało mi się po pewnym czasie „odkręcić”. W serialu „Ranczo”gram znowu w tandemie z Cezarym Żakiem, ale jest to zupełnie co innego niż w „Miodowych latach”. Inny jest nasz wzajemny układ ról i zupełnie inna niż Norek jest postać Czerepacha, którą gram. To taki nieprzyjemny, oślizły typ urzędnika. To znowu był mój warunek: zagram w kolejnym serialu, jeżeli będzie to postać daleka od Norka. Nadal gram w teatrze, bo teatr był, jest i będzie dla mnie bardzo ważny.
Ostatnie filmy, w których gram – „Braciszek” Andrzeja Barańskiego  i „Bezmiar sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego faktycznie umożliwiły mi pokazanie się jako aktor dramatyczny. Nie czuję się więc zaszufladkowany. Najbardziej groziło mi zaszufladkowanie jako pan psa Pankracego! Kiedyś był taki program dla dzieci w telewizji pt. „Okienko Pankracego”. Przyniósł mi ogromną popularność, ale i zagrożenie, że zostanę psem Pankracym do końca życia. Musiałem to przerwać.
 
Lubi się Pan uczyć roli?
 
Nie znoszę! Za każdym razem jest to walka z własnym lenistwem. Zawsze, gdy muszę się uczyć jakiejś dużej partii tekstu na pamięć znajduję tysiące wymówek i zajęć, które w danej chwili są ważniejsze. Odkładam to, odkładam, ale w końcu wiem, że muszę opanować tekst pamięciowo, więc stwierdzam, że nie ma wyjścia i się uczę. Na szczęście uczę się szybko. Czekam na taki moment, że będzie można połknąć jakąś pigułkę, potem przeczytać tekst i on sam się wleje do głowy. Lubię ten czas pracy nad rolą, który zaczyna się po opanowaniu tych technicznych szczegółów. Wtedy mogę dłubać w postaci, szukać wyrazu, tworzyć postać.
 
Gdy Pan rozpoczynał wspinanie się na aktorską drabinę było rzeczą naturalną, że aktor zaczyna w teatrze, potem jest film, telewizja. Było łatwiej?
 
Nie. Było więcej zasad, były autorytety, mistrzowie, był świat, do którego wejście stanowiło pewną nobilitację, było wyróżnieniem. Człowiek kończył studia, wchodził do teatru i tam poznawał wybitnych aktorów,  których darzył ogromnym szacunkiem i nawet do głowy by mu nie przyszło, żeby do któregokolwiek z nich zwracać się np. per „ty”. Teraz młodzi ludzie, zaraz po studiach czy nawet studenci, klepią mnie po ramieniu i mówią np. fajny jesteś. Na porządku dziennym jest wypisywanie różnych paskudnych rzeczy na temat np. Zygmunta Hubnera czy Gustawa Holoubka, jakieś manifestacje pod teatrem Ateneum studentów wiedzy o teatrze… Totalny brak szacunku dla kogokolwiek – to okropne. Znak czasu.
 
Jak się Pan czuł stając po raz pierwszy na scenie jako już nie student, ale aktor?
 
Moja pierwsza rola to był jakiś epizod w Teatrze na Targówku. Miałem poczucie, że jeszcze jestem studentem, który nic nie umie. Skończyłem szkołę teatralną i stwierdziłem, że niewiele umiem. Myślałem – naiwnie –  że szkoła nauczy mnie zawodu, zdradzi jakieś kruczki, tajemnice, sposoby. Owszem, nauczyła mnie szermierki, podstaw warsztatu, piosenki, impostacji głosu, judo, jazdy konnej, wprowadziła mnie w ten świat, ale nie nauczyła – i nie mogła mnie nauczyć – aktorstwa! Dała mi podstawy do tego, by móc uczyć się aktorstwa. To się zdobywa z doświadczeniem, graniem, uprawianiem tego zawodu. Jedną z metod było podglądanie starych mistrzów –  fantastyczne doświadczenie. Gdy byłem aktorem Teatru Narodowego podglądałem np. Tadeusza Janczara, Zosię Kucównę, Kazimierza Wichniarza, Annę Chodakowską… Siedziałem za kulisami i podglądałem, jak oni to robią, jak grają, jacy są. Na próbach obserwowałem jak dochodzą do tego końcowego efektu. To jest najciekawsze – ta droga do skonstruowania postaci. Podglądając wybitnych aktorów można się wiele nauczyć. A poza tym trzeba grać. I pracować, pracować, pracować. Nie odpuszczać. Nawet najmniejsze epizody grać tak, jakby się grało Hamleta. Zawsze tak do tego podchodziłem.
Naprawdę okrzepłem dopiero w Teatrze Narodowym. Po czterech latach odszedłem do Ateneum, gdzie jestem do dzisiaj. Ten teatr był moim marzeniem, ma swój zapach.
 
Oklaski chyba trochę oszałamiają?
 
Ukłony, oklaski to część przedstawienia, która wieńczy dzieło. Ludzie klaszczą, aktorzy się kłaniają, czyli spektakl jeszcze trwa. Dla mnie, a myślę, że także i dla widzów spektakl zaczyna się znacznie wcześniej niż po odsłonięciu kurtyny czy po trzecim dzwonku. Widz wybiera teatr, przedstawienie, na które pójdzie, kupuje bilet, czeka na rozpoczęcie przedstawienia, antrakt, oklaski – to wszystko stanowi część spektaklu. Oklaski to też jest teatr. Bardzo lubię ten moment, gdy wychodzę na scenę i oklaski rosną o parę decybeli. Wtedy jestem szczęśliwy. Wtedy wiem, że moja praca miała jakiś sens.
 
Co Pan sądzi o dzisiejszym teatrze? Czy się nie wdarł na jakieś bezdroża?
 
Teatr to jest konwencja, umowa. My, widzowie przychodzimy do teatru i będziemy oglądali spektakl, który jest w ramach tej konwencji, czyli nie dzieje się to naprawdę. Jeżeli konwencja zostaje złamana, to widz czuje się oszukany: nie tak się umawiał. Jeżeli na scenie naprawdę będą kogoś bili i będzie się lała krew, bo kogoś skatują, jak to się czasem dzieje w ślepej uliczce teatru brutalistów, to ja jako widz czuję się niezręcznie. Nie przyszedłem do teatru po to, by oglądać jak kogoś naprawdę katują. To jest szokujące, a teatr, jak i inne media, robią wiele, by epatować szokiem. Dla mnie to ślepa uliczka. Aktor rozebrał się na scenie, biega nagi. Ja w takim teatrze jako widz czuję się skrępowany, jak każdy zwyczajny człowiek, przed którym ktoś obnażył swoją intymność. W teatrze aktor jest blisko widza, można niemalże dotknąć człowieka.
Są widzowie, którzy lubią być szokowani, lubią przeżywać takie rzeczy. Ale co dalej? Aktor jest nagi, aktorka jest naga i – co dalej? To już było powie widz. No, dobrze, to teraz będą na scenie kopulować. Naprawdę, bez udawania. Po prostu na oczach widza dokonają aktu seksualnego. I co dalej? Można na scenie urodzić dziecko, można kogoś zgwałcić. I znowu: co dalej? To będzie mało, bo widz, który obejrzał gwałt będzie żądał tego gwałtu więcej. Wreszcie kogoś zabiją i… W czasie spektaklu aktor się rozbiera, odwraca tyłem do publiczności, przykuca i robi kupę. No dobrze. Ludzie mówili: bardzo szokujący teatr. Ja tego nie nazywam teatrem. A ci widzowie, którym takich emocji ciągle mało niech się nie zdziwią, gdy następny aktor też zrobi kupę, weźmie ją w ręce i będzie rzucał w publiczność. Wtedy poczują czym jest ślepa uliczka.
 
 
Przed laty Tadeusz Kantor na jednym ze swoich wernisaży elegancko ubranych gości obrzucił ugotowanym makaronem. To, co dzisiaj proponuje teatr czy owa „ślepa uliczka” było wiele lat temu i nazywało się happeningiem. Owszem, były w tym nurcie także rzeczy interesujące, ale były też tylko szokujące i nic więcej…
 
Jeszcze dawniej były igrzyska i gladiatorzy. Wtedy nie nazywano tych widowisk teatrem. To, o czym mówimy, to jest droga nieszlachetna. I bardzo krótka, za chwilę ten teatr spadnie w otchłań braku konwencji. Teatr zawsze broni się konwencją, umową, która polega na tym, że my aktorzy będziemy coś przedstawiali tak, żeby to wyglądało, jakby się działo naprawdę. Ale to nie jest naprawdę. Konwencja pozwala widzowi wejść w ten świat, ale się w nim nie ubrudzić. Widz powinien przeżywać psychicznie, nie fizycznie. Jest coś trywialnego i tandetnego w obnażaniu się, ekshibicjonizmie, który ma na celu wyłącznie zaszokować na zasadzie: no, ile jeszcze wytrzymacie.
 
O teatrze i aktorze wyśpiewał Pan wszystko w piosence „Gramy, gramy”. Teatr ma przedziwny smak, tu blask gwiazd, karier szlak / teatr to jak z diabłem pakt, choćby Faust to jest fakt. / Kiedy wejdziesz w świateł blask, wystarczy raz, jeden raz, / życie dla teatru dasz, wciągnie cię, tak jak hasz. / Zechcesz stanąć w rzędzie sław, czemu nie. Szczęścia traf, oddasz życie za garść braw. / Płaci widz, to go baw. Jeszcze krok, osiągniesz szczyt…. Z jakiego materiału Pan czerpie budując postać?
 
Z ludzkiego. Obserwuję ludzi i uważam, że jako aktor mam prawo te obserwacje wykorzystać. Czerepacha złożyłem chyba z 3 czy 4 postaci, które zaobserwowałem wśród urzędników.
Nie przyglądam się ludziom w sposób nachalny, nie łażę za nikim. Chociaż… W ostatnie wakacje zdarzyło mi się „przyssać” do pewnego jak to się mówi, nierozgarniętego człowieka, chciałem z nim porozmawiać. On był z tego bardzo zadowolony, a ja nie przyznałem się, że będę grał kogoś w jakimś stopniu podobnego. Wstydziłem się.
 
Czy zdarzyło się, że w kreowanej przez Pana postaci ktoś coś z siebie rozpoznał?
 
Nie. Nigdy nikogo nie naśladuję, bo to byłoby nie w porządku i zbyt ubogie. Takie małpowanie robi się parodią. A postać, którą gram, musi być prawdziwa, autentyczna, wiarygodna. Musi się składać z iluś postaci, w tym mnie samego. Sporo wprowadzam w postać z siebie, czasem trzeba głęboko pogrzebać, żeby znaleźć w sobie jakieś pokłady, z których można czerpać. Jestem generalnie człowiekiem łagodnego usposobienia, życzliwym i pogodnym, a żeby zagrać Czerepacha musiałem głęboko w sobie poszukać czegoś złego. To jest człowiek głęboko nieszczęśliwy, musiał dużo przejść w życiu, wiele rzeczy go zraniło…Stworzyłem postać człowieka zamkniętego w sobie, nieżyczliwego, próbującego się odegrać na innych za swoje krzywdy itp. Często przyczyną takiego zachowania jest samotność.
 
Takie grzebanie w sobie może stać się w jakimś momencie dość niebezpieczne…
 
Jeżeli się straci kontrolę to tak. Zawsze muszę pamiętać o tym, po co to robię, do czego jest mi potrzebne. Nie grzebie się, żeby być kimś innym, tylko, żeby umieć zagrać kogo innego.
 
Nie zdarzyło się Panu, że jakaś postać weszła Panu głęboko w psychikę i trudno było się jej pozbyć?
 
Nie. To graniczyłoby z chorobą psychiczną. To jest nieprofesjonalne. Trzeba umieć oddzielić granie, tworzenie postaci od siebie samego. Jeżeli ja zagram na scenie tak, że zapomnę o tym, że mnie ogląda publiczność, to zachowam się nieprofesjonalnie.  Aktorstwo to jest permanentna kontrola tego, co się robi. Również wtedy, kiedy przekracza się granice prawdy. Kiedy się jest jednak tak potwornie prawdziwym, że przestaje się kontrolować, to już jest źle. Brak kontroli może sprawić, że uduszę Desdemonę albo wbiję komuś nóż w plecy – to raz. Dwa – obnaży mnie jako aktora, co widz zawsze zauważy. Widz natychmiast rozpozna, że ten aktor nie gra już postaci, że jest po drugiej stronie i poczuje się oszukany. 
 
Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiała: Justyna Hofman

Dodaj komentarz