Someone who’ll watch over me w Teatrze Konsekwentnym

Grywają tę sztukę rzadko z godną podziwu intensywnością. Młodzi aktorzy mowią o świecie coś, co warto usłyszeć. Najbliższy spektakl "Someone who'll watch over me" w Starej Prochoffni 19 czerwca.
Wszyscy jesteśmy zakładnikami

Do lochu trafiają kolejno amerykański doktor, irlandzki dziennikarz i angielski nauczyciel. Porwani z ulicy w Bejrucie, Bogu ducha winni, ani bojownicy, ani przeciwnicy. Wystarczyło, że znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Jednak Franka Mc Guinnessa, autora dramatu "Someone who'll watch over me", opartego na autentycznych wspomnieniach zakładników, nie interesuje analiza politycznego tła ich porwania ani żądania porywaczy. Nawet nie wiadomo, kim są, jakie przyświecają im cele. Może są zwykłymi rabusiami? To najgorsi z wrogów: bez twarzy. Dość na tym, że w naszym pełnym przemocy świecie każdy może paść ofiarą polowania, każdy może stać się zwierzyną. Autor skupia uwagę na psychice uwięzionych, na ich wewnętrznej przemianie w obliczu uwięzienia, oderwania od informacji, izolacji od świata i stłoczenia w celi.
W Starej Prochoffnii na środku sali teatralnej wzniesiono ring, niecałe cztery metry wzdłuż i wszerz. To na tej niewielkiej przestrzeni rozegra się dramat trzech mężczyzn skazanych na siebie, lekceważonych i poniżonych przez anonimowego wroga. Najdzielniej trzyma się Amerykanin (Wojtek Błach). Oddaje się systematycznym ćwiczeniom fizycznym. W ten sposób lekceważy niewidocznego wroga, nie przyjmuje do wiadomości sytuacji, w jakiej się znalazł. Ale to właśnie on, paradoksalnie, pierwszy nie wytrzymuje psychicznie – pękają zapory, traci poczucie rzeczywistości, popada w stany histeryczne. Irlandczyk (Adam Sajnuk) żyje w ciągłym napięciu. Próbuje zrozumieć swoją sytuację, wyczekuje jakichkolwiek znaków, wspomina rodzinę. Kiedy do lochu trafia jako trzeci Anglik, w nim odnajduje worek treningowy – teraz może dać upust zadawnionym niechęciom i przywołać uśpione demony nienawiści. W celi czuje się jak ranne zwierzę, choć przecież wie, że znalazł się tu na własne życzenie, gnany nadzieją przygody i dziennikarskiego tematu. Anglik (Wojtek Solarz) przyjechał tu za pracą. Znawca staroangielskiego po śmierci żony stracił posadę na uczelni. W Libanie miał zacząć od początku, ale zamiast tego trafił do lochu. Właśnie wyszedł po gruszki, szykował dla przyjaciół ciasto gruszkowe.
Młodzi aktorzy zdają w tym spektaklu najtrudniejszy egzamin: bez przerwy na scenie, ponad dwie godziny, bez wspomagania, bo ani tu filmu, ani wielkiej inscenizacji, ani innych chwytów, muszą sami uwiarygodnić dramat trzech mężczyzn, wyrwanych z ich zwykłego życia i umieszczonych niczym zwierzęta doświadczalne w klatce. Rzetelnie, krok po kroku ukazują zaciskanie się pierścienia niewoli. Atmosfera gęstnieje jak psychodramie. Tu nic nie przemija z czasem. Nie pomagają "zabawy" z wrogiem: pisanie listów na głos do najbliższych, wzajemne drwiny, zabawy w film czy udawanie zwierząt. Kiedy jeden z zakładników znika, wezwany przez oprawców, staje się oczywiste, że nadziei jest coraz mniej. I nawet piękna tytułowa piosenka Elli Fitzgerald nie rozproszy dławiącego lęku. A jednak do końca usiłują wierzyć, póki ktoś czeka.
Tomasz Miłkowski

Frank McGuinnness, "Someone who'll watch over me", reż. Łukasz Kos, scenografia Sylwia Kochaniec, premiera 14 kwietnia 2007 (spektakl 24 maja), Teatr Konsekwentny w Warszawie

Tekst publikowany w "Trybunie"

Dodaj komentarz