Elżbiecie Barszczewskiej pro menoria

Od pewnego czasu trwają starania, by jeden ze skwerów warszawskiego Śródmieścia nosił imię wspaniałej i – niestety – po części zapomnianej, polskiej aktorki, Elżbiety Barszczewskiej. Wspierają je zarówno Teatr Polski, z którym Aktorka  przez lata była związana, jak i polska sekcja A.I.C.T. – Klub Krytyki Teatralnej.
Elżbieta Barszczewska pisała dziennik, który znajduje się w posiadaniu Rodziny Aktorki. Jak dotąd żadna instytucja zajmująca się historią polskiego teatru nie wykazała zainteresowania tym zapisem. Poniżej – fragment z dziennika.
Pisze Elżbieta Barszczewska, krótko po śmierci męża, Mariana Wyrzykowskiego – prawdopodobnie we wrześniu lub październiku 1970 roku:

Kilka tygodni temu, na uroczystym spotkaniu z okazji 25-lecia „Stolicy” w Radzie Narodowej, spotkałam wśród wielu miłych mi ludzi – mniej lub bardziej bliskich – kolegę Jana Ciecierskiego, który nie raz na łamach tego pisma umieszczał swoje wspomnienia. Powiedział do mnie: „Napisz o Warszawie”. Odpowiedziałam, że chyba nie potrafię… A on mi na to tylko dwa słowa: „Napisałabyś – sercem.”
Dzisiaj, w ostatnią listopadową niedzielę, w „Życiu Warszawy” jak zwykle przeczytałam felieton Jarosława Iwaszkiewicza pt. „Nathalie i Alexander” – wspomnienie o dwojgu aktorach, grających przed wojną w jego sztuce „Maskarada”, a których już nie ma na świecie. Na zakończenie felietonu pisze – cytuję słowa:
1. „Chciwie wychwytuję drobne szczegóły w opisach gry poszczególnych artystów i myślę, że to jest w tych książkach najcenniejsze.”
2. „Jestem wielkim wielbicielem ostatnich prac Grzymały-Siedleckiego: ostatnio wyszła książka o Tadeuszu Pawlikowskim i jego aktorach”.
3. „I myślę także, że takie szczegóły, jakimi się tu zajmuję, mają także swoją cenę, choć nie przez takiego znawcę jak on, pisane. Przecież ci, o których tu mowa, ku wielkiemu naszemu żalowi już od nas odeszli, wspomnienia teatralne są najczęściej karykaturą, a zapisy głosów tylko cieniem prawdy. Ich piękne postaci istnieją już tylko w księgach naszej pamięci.”
A więc tak! My, aktorzy doskonale sobie z tego zdajemy sprawę, jak bardzo sztuka nasza jest ulotna, nietrwała. Zapada kurtyna i kształt postaci stworzonych przez nas rozpływa się, niknie w kulisach opuszczonego przez nas teatru… Bo w ostatecznym rezultacie pracy nad tekstem sztuki, nawet napisanej przez najwspanialszego dramaturga, to właśnie my, którzy tworzymy na scenie – ludzie, to naszymi głosami zostają przekazane najmądrzejsze, najdramatyczniejsze i najśmieszniejsze sprawy tego świata zawarte w utworach nazywanych ogólnie sztukami, opatrzonych czasem podtytułem: dramat, komedia itp. Oczywiście, im bogatszy mamy materiał myślowy, tym łatwiej jest nam stworzyć wewnętrzny, a nawet zewnętrzny wizerunek tego człowieka – czy też tylko postać, która ma przekazać widzowi zawartą w utworze dramatycznym treść. Im jaśniej autor wie, co chce powiedzieć – przekazać publiczności – ludziom, tym łatwiej jest i nam znaleźć najtrafniejszą formę tego przekazania – tym ciekawsza i wartościowsza jest nasza osobista praca!

Oczywiście, z doświadczeń osobistych i z wielu dawnych relacji wiemy, że aktor  – w porozumieniu z reżyserem, który całość przekazu prowadzi – może stworzyć coś więcej, niż daje mu możliwości sam tekst! I wtedy wiemy, że publiczność wychodząc z teatru zatrzymuje w swej pamięci nie tylko treść i głębszą myśl sztuki, ale i znakomite szczegóły gry aktorów – czy też: to coś… coś nieuchwytnego, emanującego z niektórych indywidualności aktorskich. I – to coś, czego nie umiem dokładnie wyrazić – jest tym, co nas odróżnia od siebie. Tak, jak jedna rola – grana przez dwóch aktorów o równorzędnych wartościach fachowych, zawodowych – nie będzie taką samą.
A więc wracam teraz do celu mego wstępu, choć zdaję sobie sprawę, że nie zawsze najpiękniejsze zamiary dają się urzeczywistnić najlepiej. Proszę mi wybaczyć, Czytelniku, ale przede wszystkim chciałabym, aby aktor, o którym chcę napisać, a najbliższy mi człowiek – powrócił! Żeby wracał w pamięci tych, którzy go widzieli na scenie – może czasem w telewizji, może słyszeli przez radio, czy bezpośrednio na estradzie, gdy mówił swoje ulubione, wspaniałe wiersze wielkich poetów. Żeby wracał w pamięci swych kolegów, w pamięci swoich uczniów. A dla tych, którzy go nie znali, nie widzieli – niech wysunie się z przeszłości, jako jeden z tych aktorów, którzy umieli porywać swoim zapałem wewnętrznym, szlachetnością uczuć, pragnieniem sprawiedliwości i dobra na Ziemi!
Jak znajdę słowa proste, ale takie, które podobne będą do sposobu malowania El Greco – malarza, którego Marian uwielbiał? Nie, chyba nie był podobny do postaci z tych obrazów, bo przecież Maryś, Marych, Maniuś, Wyrzyk, Marian, Żuk – tak bardzo różnie nazywali go różni ludzie – potrafił być radosny, beztroski, umiał się bawić – pić – śmiać się, a przecież… w oczach miał smutek, żarliwy smutek – tęsknotę – niepokój. Miał ciemnopiwny kolor oczu. Oczy, o których Jarosław Iwaszkiewicz pisze: „niezapomniana była gra oczu”.
Wiem, wiem już – to w Jego oczach można było zobaczyć to wszystko, czego wpierw nie umiał wypowiedzieć, bał się; potem wybuchał żarliwością pracy, talentu, aktorskiego temperamentu w takich rolach, jak Gustaw Konrad w „Dziadach” Mickiewicza, w roli Wysockiego w „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego, Czarowic w „Róży” Żeromskiego jeszcze w Wilnie, a w Warszawie – porywający w roli Mazepy i Kordiana Słowackiego, Puszkina w „Maskaradzie” Iwaszkiewicza, w pełnym goryczy Edypie, Szczęsnym w „Horsztyńskim” Słowackiego, w wierszach takich jak: „Reduta Ordona” Mickiewicza, „Uspokojenie” Słowackiego, w utworach Norwida („Bema pamięci żałobny rapsod”, „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”), w Broniewskiego „No pasaran” i „Komunie paryskiej”… Był wszędzie tam, gdzie w karcie praw człowieka były słowa: wolność, równość, braterstwo!
Nie należał do żadnych partii. Jego ojciec był (słowo nieczytelne) potem, gdy już mu sił brakło pracował, aby utrzymać rodzinę (słowa nieczytelne). Matka drobna, malutka – a przecież to ona pierwsza zobaczyła w swoim synku palący się żar – już tam, w podwarszawskiej wsi deklamował wiersze, powtarzał słowa uroczystych kazań. Błądził po polach i lasach kabackich, zbierając swych rówieśników, przewodząc im, rozbudzając zainteresowania. Gdy skończył wiejską szkołę, to matka zrobiła wszystko, aby umożliwić mu dostanie się do gimnazjum. Co nie było łatwe, bo należało płacić, a przecież chciała do by syn trafił do najlepszego – Gimnazjum Zamoyskiego.
Drobny, mały zalękniony nowym otoczeniem, a jednak – zdał.
Trudno mu było jeździć codziennie wilanowską ciuchcią, więc matka znajdowała mu lokum – a to w suterynie, to znów w jakimś wspólnym pokoju. Uczył się, dostał nawet ulgę w opłatach, a jednak po ukończeniu 4. klas było już zbyt trudno… Dostał się do Seminarium Nauczycielskiego w Ursynowie – to bliżej, można było dojść na piechotę…

(z udostępnionych przez Rodzinę fragmentów dziennika Aktorki – oprac. Walentyna Trzcińska)

Dodaj komentarz