Poproszę o Anioła Stróża

Gdyby tak można pójść sobie do teatru i wypożyczyć chociaż na trochę… Anioła Stróża. Z telefonem komórkowym… Byłabym pierwsza w zapewne niebywale długiej kolejce!
Aby jednak w ogóle mieć szansę na spotkanie z Aniołem Stróżem trzeba się wybrać do piękniejącego w oczach, magicznego Wrocławia (w ostatnich latach wyraźnie widać, że to nie Kraków jest miastem magicznym, lecz właśnie Wrocław). Tam to w Teatrze „Komedia” możemy podczas krótkiego, niestety, wieczoru teatralnego pośmiać się, posmucić odrobinkę, odprężyć, zrelaksować, podumać o wartościach życia i Anioła Stróża przy pracy popodglądać. Pracy anielskiej, oczywiście. I… stróżniczej?
    Ale ab ovo. Oficjalna światowa prapremiera „Przyjaznych dusz” odbyła się 13 maja (pierwszy spektakl widzowie mogli zobaczyć 13 kwietnia w piątek!). Te daty to chyba jakieś zaklęcie przciwpechowe, bo wiadomo, że teatry unikają premier 13-go jak ognia. I jeśli 13 okaże się „tym” 13, to będzie się działo. W świecie duchów i miłości wszystko może się zdarzyć. Ale skoro czuwa Anioł Stróż, to nawet najbardziej pechowe wydarzenia nie będą dla nikogo groźne. „Przyjazne dusze” to oddech, odpoczynek, odprężenie w świecie zagonionych. Znakomicie teatralnie przystrojony przez tłumaczkę Elżbietę Woźniak, reżysera Pawła Okońskiego, scenografa Wojciecha Stefaniaka, projektantkę kostiumów Bajkę Tworek i zespół aktorów. Świetne tempo, bardzo precyzyjnie związywane w supeł i z niego efektownie, ale logicznie wyplątywane wątki i kwestie pointujące dany fragment. Dobrze rozłożone akcenty, zdecydowanie budowane napięcia, a chwilami żywioł maleńki, ale kontrolowany. Pyszna intelektualna zabawa. Z ożywczym niczym strumyk zimnej wody w dzień upalny naturalnym śmiechem. Nikt się do publiczności nie umizguje, nikt jej nie łechce pod pachami. A ludzie się śmieją, a ludzie się bawią.
    „Przyjazne dusze” można określić komedią romantyczną, wyrastającą z tradycji klasycznego humoru sytuacyjnego. Ma czytelny morał, nieskomplikowaną fabułę i obowiązkowy happy end. Jest w niej wiele zabawnych sytuacji, ale są i prawdziwie wzruszające. Temat, jak na ten gatunek przystało lekki, dużo świetnie pointowanych i bardzo zabawnych sytuacji plus delikatna mgiełka zadumy nad kolejami ludzkiego losu, plus nutka refleksji nad tym, co w życiu najważniejsze i nad przemijaniem, plus aluzyjka maleńka (niepotrzebna zgoła) a propos naszej partii wiodącej.
Jest pełna ciepła, miłości, prawdy o życiu, marzeń, żalu i niespełnionych snów. Pobudza do refleksji, ale czyni to w sposób naturalny, wesoły, szlachetny. „Przyjazne dusze” zapewniają dwie godziny pysznego obcowania z duchami! I Aniołem Stróżem. I żywymi zakochanymi oczekującymi przyjścia dziecka na świat.
Rzecz dzieje się w Anglii. Do urokliwego domku pod Londynem, będącego właśnie do wynajęcia, wprowadza się młoda para: Mary i Simon. On – początkujący pisarz powieści kryminalnych, ona – ciepła, dobra, kochająca młodziutka kobieta. Jest w ciąży. Rusza karuzela nieprzewidywalnych wydarzeń i emocji. W wynajętym przez młodą parę domu, mieszkają duchy poprzednich właścicieli: Jacka i Suzy. Jack – znany autor powieści kryminalnych, idol Simona. Suzy, jego żona, wrażliwa i pełna uroku, zakochana kobieta. Pewnego dnia wypłynęli łódką i utopili się. Lakoniczne stwierdzenie faktu. A, że rzecz dzieje się w Anglii, więc wrócili do swojego domku jako duchy. Angielski więc domek w sielskim krajobrazie. Za oknami widać… Ależ tak, polskie wierzby rosochate i łąkę rozległą. Wierzby nasze wcale a wcale nie przeszkadzają, znakomicie wpisują się w ogólny klimat, wręcz dodają pewnego smaczku, wnoszą ton nostalgiczny, jako że nostalgiczne są z natury (tzn. my w literaturze, sztuce, muzyce wmówiliśmy im pewną nostalgię). Tak czy tak jest to zabawnie i ładnie wgrane w klimat całości.
Duchy próbują przestrzec młodych przed powtórką własnych błędów, przed rozpaczą i hipokryzją. Jack, Suzy (zwłaszcza Suzy) i Anioł Stróż niemal pazurami drą powietrze wokół, by podpowiedzieć młodym kolejny ruch, by szeptem, szelestem kartki papieru, emocjami drżącymi w powietrzu powstrzymać ich przed błędem czy głupstwem, niepotrzebną kłótnią, na którą przecież szkoda czasu, niepotrzebną zazdrością, małostkami, drobiazgami. Wezwany na pomoc Anioł Stróż doprowadza ich do szewskiej pasji (duchy?!) swoim stoickim spokojem i powolnym działaniem. Ale… to on dzierży wszystkie nitki w ręku. A może w telefonie komórkowym? Zabawy i śmiechu przy tym, co niemiara. Bawią się swoimi rolami aktorzy, bawią się teatrem widzowie. I to bawią szczerze, zaśmiewając się chwilami niemal do łez.
Najbardziej uwiodła mnie niemal piankowa lekkość dowcipu, ów klimat pełen zabawostek i śmiesznostek językowych i sytuacyjnych, ów komizm podszyty leciutko refleksją i to specyficzne ciepło osłaniające wszystkich sobie bliskich – i ludzi i duchy – przed zimnem tego świata. Oraz styl i elegancja dobrze skonstruowanej, perfekcyjnie wyreżyserowanej (Paweł Okoński) i zagranej komedii. Styl, z którym w dzisiejszym teatrze nader rzadko mamy do czynienia. Rzeczywistość przeplata się tu z nierzeczywistością w sposób baśniowo – poetycki, a zarazem subtelny i po prostu elegancki. Prostota konstrukcji dwóch współistniejących światów – duchów i realnych ludzi jest konstrukcją finezyjną, trochę wręcz barokową, ale w bardzo dobrym, stylowym znaczeniu tego określenia. Całość poprowadzona czysto, z dużą wrażliwością i ogromnym wyczuciem komizmu sytuacji, słów, zdarzeń.
Na kanapie leży sobie… duch. Tomasz Lulek (Jack) finezyjnie wygrał tu wszelkie niuanse zmaterializowanej duchowatości. Elegancki, bo za życia był wziętym pisarzem, więc nosił się z wytworną elegancją, cały w bieli (biały garnitur) leży sobie, jak to mężczyzna na kanapie i czyta gazetę (niby dlaczego duch nie miałby się interesować tym, co się w danej chwili dzieje na świecie?). Żona, Suzy (Marta Kuźniewska), jak każda żona w tej sytuacji usiłuje tego ducha nieco ożywić, no, choćby zmusić do rozmowy. Trochę duchowatego flirtu, uwodzenia, kobiecych gierek, minek, słodkich słówek i gestów. Aktorka jest zwiewna jak piórko, niemal się unosi wokół męża – ducha, w końcu dopina swego: duch się ożywia, wstaje, wykazuje odrobinę zainteresowania otoczeniem, które przecież doskonale zna, bo to jego dom, jego pokój, jego książki. No i jego urocza żona, która podoba mu się jako duch nie mniej niż, gdy była żywa. Zabawne, jak krążą wokół siebie, jak spragnieni są swej fizyczności, swych ciał, pocałunków… Nic z tego. Mogą sobie rozmawiać, mogą flirtować, ale nie mogą się dotknąć. Przenikają przez siebie jak… duchy właśnie, bezcielesne jakby skondensowane mgiełki. Świetnie zagrane, bardzo zabawne, śmieszne, ale i poezji pełne, pragnień, marzeń, rozterek. Nie wszystko w życiu doczesnym dane im było przeżyć. Nie mieli dziecka, nie było ciąży. A tu, w ich domu właśnie jest miłość, jest brak pieniędzy i mające się urodzić dziecko. Duchy zaczynają coraz wyraźniej uczestniczyć w życiu młodej pary, pragną im pomóc, ale i ogrzać się w żarze ich miłości, współuczestniczyć w oczekiwaniu narodzin i narodzinach samych. Suzy i Jack dostali drugą szansę. Na inne życie, ale jednak życie.
A dlaczego Jack i Suzy nie żyją a są nadal na ziemi? No cóż, Jack był dobrym człowiekiem, ale ateistą, więc św. Piotr nie wpuścił go do nieba. A Suzy tak kochała męża, że nie chciała się z nim rozstać… Pozostali więc jako duchy na ziemi. I mają jakże ziemskie, jakże ludzkie pragnienia! Marzą o tym, żeby na moment, chwilę, chwilkę, chwileczkę jedną się zmaterializować. Ich miłość duchów jest piękna, wzruszająca, prawdziwa, ale pozbawiona – jak to u duchów – zapachu, cielesności, seksu… Nie, seks w niej jest, ona aż kipi, wrze seksem, ale niespełnionym i niespełnialnym. Chociaż, pod koniec, są tuż, tuż, blisko, bliziutko…
Młode małżeństwo gra Aneta Zając (Mary) i Mikołaj Krawczyk (Simon), para aktorów znana z serialu „Pierwsza miłość”. To ich debiut sceniczny. Udany debiut, zwłaszcza Mikołaja Krawczyka, który tworzy postać żywą, nie papierkową, ładnie mówi słowo, umiejętnie operuje gestem i ruchem. I jest zupełnie, ale to zupełnie inny niż w „Pierwszej miłości”, co należy mu zapisać na ogromny plus. Wiadomo, jak trudno jest czasem wyzwolić się z przykrojonego w serialu kostiumu. W mniejszym stopniu udało się to Anecie Zając, która chwilami jest Marysią z telewizyjnej produkcji z jej wyrazem twarzy, spojrzeniem, grymasem ust. Tam, gdzie aktorka próbuje odejść od serialowej postaci, widać, że „coś” w niej drzemie, że szuka wyrazu, próbuje budować postać. Gdyby przyodziano ją w inny kostium, myślę, że pomogłoby to jej nieść tę rolę. W codzienno-ulicznych, ale nietwarzowych (raczej „niefiguralnych”) portkach i jakiejś szaro-burej (podobno błękitnej!) kiecce jest trochę z innego świata: z codziennego realu źle ubranych dziewczyn czy młodych kobiet. Uroda niemal madonny i chwilami wręcz taki wyraz postaci czy styl niweczony przez niefortunny kostium. Jest w niej jakaś delikatność, ale i twardość kobiety stale walczącej o swoje szczęście, jest kruchość, jest „błogosławieństwo” dla kobiety przy nadziei, są niuanse emocjonalnej prawdy. I, niestety, jest Marysia Radosz.
    Dorota Kamińska w roli despotycznej teściowej jest typową teściową – wydrą znaną z wielu dowcipów. I życia. Zagrana brawurowo, drapieżnie, z dużym nerwem, wyrazistymi środkami aktorskimi, rysowana ostrym konturem. Konturem, bo gdzieś w środku – odkryte i ujawnione perfidnie przez duchy – drzemią w niej damskie tęsknoty za mężczyzną, pragnienia kobiety, która przecież nie jest jeszcze za stara ani na sex, ani na miłość. Przezabawna scenka z Pawłem Okońskim w roli pośrednika handlu nieruchomościami. Ona, bardzo napalona (dzięki działaniom duchów), on przerażony impetem kobiety, ale, ale… Ten błysk w spojrzeniu w bok… Ona, resztkami sił i wstydu, ucieka z tego domu, w którym dzieją się sprawy tajemnicze i niezrozumiałe.
    No i Anioł Stróż Emilii Krakowskiej, którą można tu łyżkami jeść! Opiekuńcza, jak na Anioła Stróża przystało. I przezabawna. I lekka jak piórko, mimo swej wcale nie zwiewnej postury przecież. Zjawia się na scenie, gdy sytuacja tego wymaga, koryguje, prostuje, poprawia to i owo wedle własnego scenariusza, czuwa nad wydarzeniami, wścieka się na drogowe i uliczne korki i w ogóle to całe życie codzienne, w którym musi uczestniczyć, ale jednocześnie otacza ciepłymi ramiona gąszcz spraw zapędzonych, zaplątanych w tysiące rzeczy ważnych i zupełnie nieważnych, ludzi. Gra brawurowo, z ogromnym ładunkiem kobiecego, ludzkiego ciepła, którym emanuje nawet, gdy już znika ze sceny. To ogromny kunszt aktorski: być na scenie, gdy się już na niej fizycznie nie jest. Anioł Stróż z telefonem komórkowym przy uchu… Dzwoni do… nieba, bo gdzieżby Anioł Stróż miał telefonować po instrukcje? I śle sms-y pocieszenia do swoich…klientów? W głosie, tym ciepłym, niskim, rozpoznawalnym po tonacji głosie drżą emocje. Pięknie wypowiadane słowo, które aktorka tak kocha i chroni, niemal muzyczne zeń czyniąc chwilami frazy, i łączność z widownią i aktorami na scenie, umiejętność koncentrowania uwagi wszystkich na sobie, bo to Anioł Stróż te węzły gordyjskie rozplącze i rodzące się nowe życie uratuje i rozpraszania tej uwagi na inne postacie, w tej chwili ważne. Krakowska ma nieustanny kontakt ze wszystkimi, z którymi w danym momencie jest na scenie. I z publicznością. Ona wyłapuje niczym „łapacz snów” wszystkie prądy i fluidy płynące w tym najważniejszym, pointującym całość momencie z widowni i od postaci scenicznych łącząc je w jeden strumień: pomocy w narodzinach. No, ale i któżby miał to robić, jak nie Anioł Stróż właśnie! Oczywiście, wszystko, jak na lekką komedię romantyczną z morałem (nienatrętnym wszakże) i refleksją, kończy się dobrze. A ja, po wyjściu z tego zaczarowanego baśniowo – poetyckiego świata pełnego zabawostek, śmiesznostek i momentów nawet dramatycznych, marzę o wypożyczeniu choćby na trochę takiego Anioła Stróża. Będę go hołubić, nie będę obciążać nadmierną pracą…

Justyna Hofman – Wiśniewska
Pam Valentine  „Przyjazne dusze”, przekład: Elżbieta Woźniak, reżyseria: Paweł Okoński, scenografia: Wojciech Stefaniak, kostiumy: Bajka Tworek, Wrocławski Teatr Komedii, prapremiera światowa 13 maja 2007 r.

Dodaj komentarz