Dzikie łabędzie – w teatrze Artura Dziurmana

WIĘCEJ NIŻ BAJKA, WIĘCEJ NIŻ TEATR

Niewidzący. Niedowidzący. Wsłuchani w siebie. W przestrzeń. W słowa. Wyczuwający kształty, formy, odległości innymi zmysłami. Wnikliwie, wrażliwie, dotkliwie. Zapamiętujący gesty, których nie widzą, kroki, które tylko słyszą, kształty, których dotykają.     Kiedyś niewidomy chłopak rzeźbił mój portret. Początek był bardzo nieporadny. Niewidzące oczy, zmysły wyczuwające glinę, ale nie rozumiejące bryły ani jej budowy. Wreszcie ulepił jakiś słupek, na nim ulokował dużą bułę. Potem dłońmi obmacywał moje włosy, twarz, nos, oczy… I stawał bezradny i zagubiony przed bułą. Tata, który był rzeźbiarzem patrząc na jego nieporadne zmagania „ze wszystkim”, powiedział: najpierw rękami „zobacz” przestrzeń. Pustą. Poszukaj w niej bryły. Nie głowy. Bryły. Określ proporcje. Weź glinę i buduj bryłę… Jurek uchwycił myśl. Na szyi, włosach, czaszce czułam mocne dotknięcia jego palców. Odszedł i zaczął w tej glinianej bule coś budować. Buła nabierała kształtu. Twarz badał w ogromnym skupieniu, długo, powoli. Zapamiętany kształt niósł na palcach dłoni i wgniatał go w bryłę. Modelował. Wreszcie – tak, to byłam ja. Najbardziej i najgłębiej ja. Aż żenująco ja.
W teatrze Artura Dziurmana jest podobnie. Niewidzący aktorzy. W „Dzikich łabędziach”. Spektakl powstał w ramach działania „Stowarzyszenie Scena Moliere” w Krakowie. Jako kolejne ogniwo w cyklu integracji poprzez sztukę. Efektem naszego projektu ma być przełamywanie barier oraz rozwój wewnętrzny uzdolnionych artystycznie osób niepełnosprawnych oraz umożliwienie im funkcjonowania na otwartym rynku pracy – mówi Dziurman.
    Kraków jest miastem niezwykłym, miastem magicznym. I jest w nim  wiele miejsc magicznych i niezwykłych, ale jedno wśród nich szczególne: Cafe „Moliere” na ulicy Szewskiej. Lokal Artura Dziurmana wydobyty z gruzowiska wieków i powojnia. Piękne gotycko – renesansowe piwnice i parter. Na parterze jest pub z ogrodem zimowym. W piwnicy – dwa bary, grill z kominkiem i sala teatralna. Chodząc po salach Moliera trafimy na stylizację średniowieczną, renesansową, w stylu Ludwika XVI oraz sale a la Gaudi. Wnętrze, zaprojektowała artysta plastyk Anna Wiśniowska – Dziurman, żona aktora. Można tu smacznie zjeść, posłuchać muzyki, posiedzieć i podumać, poplotkować przy kawie, wypić piwo, spotkać ludzi najprzeróżniejszych, ale ciekawych, obejrzeć spektakl teatralny, m.in. wspomniane „Dzikie łabędzie”. Tu często występują ludzie niepełnosprawni, także dzieci z porażeniem mózgowym. Tu przełamuje się bariery i pozwala chorym ludziom uwierzyć w siebie i spotkać się z nami w magicznym, zaklętym, tajemniczym świecie sztuki. Ludzie niepełnosprawni tu nie są „inni”. Udowadniają to w teatrze, na scenie. Każdy spektakl to spotkanie w określonej przestrzeni i w określonym klimacie.
    „Dzikie łabędzie” jeżdżą po kraju z występami gościnnymi. Wszędzie przyjmowane są z podziwem, niedowierzaniem i entuzjazmem. Publiczność w warszawskim Teatrze „Rampa” biła brawo na stojąco. Pani Xymena Zaniewska w 10 minutowym spiczu wygłosiła przez mikrofon hymn  pochwalny. W dobie jakiegoś chaosu teatralnego, nowej fali, nagle ludzie upośledzeni robią prawdziwy teatr – powiedziała. Ja pracując z tymi ludźmi też uczę się teatru – mówi Dziurman. – Teatru, jakiego wcześniej nie znałem. Dziurman musiał wymyślić teatr w pustej przestrzeni, bez rekwizytów, bez scenografii. I wymyślił: taki teatr w kinie. Są jakby dwa przedstawienia – na ekranie niebo, burza, morze, bagna, zamek, wnętrze, chata. Na tle przesuwających się obrazów żywy aktor i słowo.
Współpraca i porozumienie ludzi z różnych, choć naprawdę tych samych światów to jedna sprawa. A ocalenie istoty, prawdy teatru – druga. Po obu stronach umownej rampy są ludzie. Na tę godzinę czy dwie zamknięci w jednej przestrzeni, oddychający tą samą, fikcyjną rzeczywistością, z której, gdy czar teatru pryśnie, z powrotem zanurzą się w kłopotliwą i trudną codzienność. Ale wrócą do niej bogatsi, pewniejsi siebie, może szczęśliwsi?
    Artur Dziurman traktuje swoich aktorów bez żadnej taryfy ulgowej. Podczas pracy nad spektakle nic go nie obchodzi ani nie wzrusza ich niepełnosprawność. Mają być dobrzy. Tyle. Ograniczenia, jakie wynikają z niepełnosprawności po prostu trzeba pokonać. Nieważne czy ten człowiek jest niewidomy, czy głuchy, na wózku, czy na nogach – mówi. – On ma grać! Ma zagrać swoją postać tak, żeby był to „ktoś”. Żywy, z jakąś swoją ludzką, wewnętrzną prawdą. Ma zagrać tak, żeby widzów ta postać wzruszała. Postać – nie niepełnosprawność aktora. Że pewne rzeczy są trudne? A kto powiedział, że w sztuce jest łatwiej niż w życiu?! Ja im daję warsztat – zajęcia warsztatowe, które prowadzą profesjonalni aktorzy. Oni w zamian mają wydobyć z siebie to wszystko, co jest w danej roli potrzebne. I tu się spotykamy i jest wspaniale. Po spektaklu wracamy do starego świata. Tu mogę im współczuć i staram się pomóc w problemach i kłopotach. Cafe Moliere, teatr w Cafe Moliere, to miejsce dla wszystkich. Występuje u nas też Maria Nowotarska i Agata Kilikowska. Przyjeżdżają tutaj z Toronto z małą formą sceniczną Kazimierza Brauna pt. „Promieniowanie” – rzecz o Marii Skłodowskiej – Curie. Są także poezje ks. Twardowskiego. Są miesięczne warsztaty dla dzieci z porażeniem mózgowym, które kończy spektakl. I są „Dzikie łabędzie”, z których jesteśmy bardzo dumni. Z warsztatów wykluł się piękny spektakl. To była tytaniczna praca i szkoła ogromnej pokory. Każdy krok musieliśmy z tymi ludźmi wystudiować, każdy gest, nawet niewidome spojrzenie: patrz tu, bo ona tu stoi, a ty patrz na niego, bo on tu stoi. Oni musieli czuć swoją obecność niekiedy poprzez padające światło, które im pomagało w nawiązaniu relacji.
    W „Dzikich łabędziach” gra 20 osób w wieku od 20 do 58 lat. Niewidomych i niedowidzących. Śmiało można powiedzieć, że gra 20 aktorów. Gest, ruch sceniczny, impostacja głosu, interpretacja, tekstu, wzajemny kontakt na scenie i z publicznością doprowadzone wręcz do perfekcji. Po miesiącach trudnej i mozolnej pracy osiągnęli imponujący efekt! Warsztaty prowadzili: Artur Dziurman, Janusz Szydłowski (reżyser przedstawienia), Edyta Targosz, Beata Trzaska, Małgorzata Urbanowska, Ewelina Włodarczyk. To niebotycznie trudna praca, nieporównywalna z tą w zawodowym teatrze – mówi Janusz Szydłowski. – Obserwując, jak te osoby z dysfunkcją wzroku, nieraz pozbawione daru widzenia od urodzenia, radzą sobie na scenie, sam nauczyłem się pokory wobec życia i swojego zawodu. One przecież muszą nie tylko opanować tekst, ale także sposób poruszania się po scenie, kontaktu z niewidzianym partnerem… Dostrzegałem też, jak ci ludzie, wykonując niebotycznie ciężką pracę, osiągają rezultaty i jaką radość im to sprawia… Ci ludzie często po raz pierwszy wyszli ze swoich samotnych domów i samotnego świata do ludzi. W pracy nad andersenowską bajką towarzyszył im nie tylko zespół aktorów prowadzących warsztaty, ale i psycholog. I jego zaskoczyły rezultaty. A sami aktorzy? Renata Szczepanik i Małgorzata Banach (przemiennie w roli Elizy), Andrzej Mroszczyk (Brat I), Mariusz Szczepanik (Brat II), Janusz Bąk (Brat III), Adam Łysek (Brat IV), Krzysztof Bartosz (Brat V), Izabela Besztocha i Agnieszka Czekaj (przemiennie w roli Królowej), Marcin Trybuś (Król), Grzegorz Węgrzyn (Kik), Wanda Mizik i Anna Januszewska (w roli Wróćki), Janina Ignacok (Staruszka), Michał Satała (Strażnik), Mieczysław Baczyński (Arcybiskup) i mieszczanie: Maria Bubak, Anna Januszewska, Katarzyna Karlińska, Monika Ludwinowska po premierze mówili podczas jednego ze spotkań z dziennikarzami: To, co się tutaj dzieje, to coś wspaniałego… – Mamy jakąś alternatywę, wspólny cel, robimy coś dobrego, to mnie umacnia… – Mógłbym tak od rana do nocy… – Mieliśmy okazję spotkać się z prawdziwym teatrem, poczuć się jako wspólnota, to dało nam siłę… – Teraz jesteśmy silni, bo tworzymy grupę – Mam nadzieję, że to się tak szybko nie skończy… Zagrali ponad 50 spektakli. Na pewno tak szybko się to nie skończy, bo zainteresowanie „Dzikimi łabędziami” wzrasta. Spektaklowi towarzyszy projekcja specjalnie nakręconego do tej inscenizacji filmu, muzyka Jean-Michela Jarre'a, a także z offu głos Artura Dziurmana jako narratora i, w prologu, jego 7-letniej córki Gabrysi.
    Wszyscy biorący udział w tym przedsięwzięciu nauczyli się czegoś ważnego. Naturalnego bycia ze sobą – to chyba najistotniejsze. Tutaj nauczyłem się tego, co powinno cechować każdego reżysera: pokory i cierpliwości. To była praca sercem. A największą satysfakcją, jaką mam z pracy nad tym przedstawieniem, jest fakt, że zaczęliśmy się wzajemnie szanować. Pracując z nimi, nie myślałem o tym, że robię coś ważnego, bo pracuję z niepełnosprawnymi, ale – że to kawał poważnej i uczciwej roboty. – podkreśla Janusz Szydłowski. Ci ludzie mają tak wielką pokorę wobec słowa, sztuki i teatru, że to wzbudza ogromny szacunek – dodaje Artur Dziurman.
Co dalej w Molierze? Kolejne pomysły, kolejne spektakle, kolejne spotkania. Myślę o zrobieniu „Brata naszego Boga”, opartego na indywidualnym pomyśle. Myślę też o tekście Ślusarskiego „Wizyta młodego pana”. Chcę wystawiać sztuki ludzi, którzy piszą, dostali jakieś wyróżnienia za swoje utwory, ale żaden teatr nie chce ich wystawiać. Wiele z tych sztuk mieści się w charakterze mojej sceny w Molierze, sceny, na której gra się dla obcokrajowców po angielsku, sceny, która może się spodobać jako propozycja studentom, ale może i sześćdziesięciolatkom, sceny, która może budzić kontrowersje, ale i może wzruszać. Mnie interesuje aktor i emocja, którą przeżyje widz – mówi właściciel Cefe „Moliere”.

Justyna Hofman – Wiśniewska

     

   
 

Dodaj komentarz