Hedda Gabler – dyplom reżyserski w AT

O dyplomie reżyserskim Pii Partum w warszawskiej AT pisze Tomasz Miłkowski.
Ibsenowskie wampiry

Lech Sokół nazywa bohaterów "Heddy Gabler" i innych dramatów Ibsena – wampirami. Bliskie to Witkacemu, może nieco na wyrost określenie, ale co tu kryć – Hedda i jej najbliżsi bardzo brzydko się bawią, a ona sama na koniec pada ofiarą tej gry.
Rozmaicie to próbowano interpretować (także jako przypadek medyczny!), ale młoda reżyserka Pia Partum, która obrała ten właśnie dramat Ibsena na swój dyplom, odrzuciła pokusę budowania na tekście własnej wizji świata, niekoniecznie związanej z utworem (jak to często ostatnimi czasy widujemy). Wgłębiając się w tekst, potwierdziła tę infekcje zła, jakie w świecie "Heddy Gabler" zbiera obfite żniwo. Aktorzy, o zgrozo!, występują w kostiumach epoki i wcale im to nie przeszkadza, dekoracja (oszczędna i skrótowa) sugestywnie sugeruje zimny skandynawski labirynt, w którym kryją się tajemnice, światło wydobywa cienie, a muzyka neurotyczny podtekst pozornie kulturalnych rozmów, wyznaczając rytm spektaklu. Tekst rozsądnie przykrojony, wydobywa małomówność i pozorną obojętność Heddy. Najważniejsze w tym wszelako, że dramat wynika tu ze związków między ludźmi, rozgrywa się w dialogu, że ich rozmowy są pełne znaczeń i podtekstów. Całe przedstawienie staje się kontrargumentem wobec heroldów kolejnej rewolucji w teatrze, która odtrąca tradycyjny dramat jako zawadę, zmurszały mebel, archaiczny nawyk. Młodzi aktorzy tymczasem świetnie czują Ibsenowski dialog, tworząc godną pozazdroszczenia przez niejeden teatr kolekcję pełnokrwistych postaci.
Aleksandra Bożek jako Hedda emanuje chirurgicznym spokojem (niczym Magdalena Cielecka), w każdej chwili można się spodziewać cięcia. Jej obojętne riposty, życzliwe gesty, a nawet przeprosiny – ranią. Interesuje ją tylko jedno: absolutne panowanie nad otoczeniem, podporządkowanie sobie innych. Kiedy okaże się, że sama staje się ofiarą podporządkowania, sięga po broń – ona nie nadaje się na ofiarę.
Karolina Gruszka (pani Elvsted) tworzy postać skrajnie przeciwną: ufna, pełna oddania (choć w tym oddaniu także na bluszczowaty sposób wampiryczna), naiwna, pełna uroku papla.
Łukasz Garlicki (Eilert Lovborg) to sympatyczny drań, inteligent ze skaza samozatracenia, delikatny na pozór brutal, niebezpieczny kompan i niepewny kochanek.
Wojciech Żołądkowicz (Jorgen Tesman), znowu kontrast – życiowy fajtłapa, mol książkowy, uzależniony od innych niedorajda, z ogładą, ale odrażająco zawistny, wilk w owczej skórze.
Michał Piela (radca Brack), cynik, męski wampir, sybaryta, bezwzględny gracz, budzący sympatię wyglądem (aktor ogrywa swoją potężną sylwetkę i niepospolitą tuszę) szantażysta,
Ewa Konstancja Bułhak (ciocia Julia, zdecydowanie na nią za młoda), uczynna samarytanka, która może zamęczyć swoją pomocą.
W takim towarzystwie musi dojść do dramatycznych spięć i tragedii. I dochodzi, choć po samobójczym strzale Heddy radca Brack powie ze zdziwieniem: "Tak się przecież nie robi". Nic dziwnego, zwierzyna wymknęła się z potrzasku.
Budujące przedstawienie, zrobione na przekór modzie, przemyślane i czytelne. Wcale nie spłowiałe czy przestarzałe: nie trzeba Heddy przebierać w waciak i kalosze, kwaterować w blokowisku i sadzać przez telewizorem albo Norze zawieszać indiańskie pióra (jak to zrobiła Olsten w Narodowym), żeby przebić się do widza. Współczesność – ta prawdziwa, głęboka – polega bowiem na wrażliwości, a nie na drugorzędnych rekwizytach i na tym, że odsłania istotne, skrywane motywy i mroczne zakamarki duszy.

Tomasz Miłkowski
________
Henryk Ibsen, "Hedda Gabler", reżyseria Pia Partum, scenografia Pia Partum, Małgorzata Doraczyńska, światła Pia Partum, Marian Czechowicz, spektakl Dyplomowy Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie, Teatr Collegium Nobilium, premiera 19 maja

Dodaj komentarz