Szczęśliwe dni?

Międzynarodowe Święto Teatru w Olsztynie nie udało się. O kończącej XV Olsztyńskie Spotkania Teatralne uroczystej gali 26 marca 2007 roku nie można mówić, że miała podniosły charakter. Jeśli już zabierać głos o "podnoszeniu", to bardzo sprawnie czynili to widzowie uciekający ze spektaklu

A na scenie "triumfował" właśnie gość wieczoru – Teatr Muzyczny z Kaliningradu ze "Szczęśliwym dniem, czyli weselem Figara" Beamarchais w reżyserii Anny Trifonowej. Szczęścia tu jednak ani za grosz. Szkoda, bo na zakończenie Spotkań teatr Jaracza – organizator przedsięwzięcia – serwował zawsze wisienkę z tortu. A tym razem można było oglądać telenowelę brazylijską z równie ekspresyjno-kiczowatą grą aktorską i rażącymi oko strojami. Rosyjski teatr niestety nie zachwycił swoją tzw. niekonwencjonalną interpretacją dzieła. Ba – klasyka w tym wypadku została sklasyfikowana jako teatralne niedołęstwo. Gorzej – tym przedstawieniem olsztyński widz może czuć się nie tyle oszukany, co nawet poniżony. Biorąc przecież pod uwagę święto teatru, finał Spotkań, a przede wszystkim wysoką jak na olsztyńskie realia cenę biletu – 70 zł – oczekuje się czegoś więcej. A tu spektakl na miarę bardzo prowincjonalnego teatru, czyli tortowa wisienka z wielką pestką w środku. W dodatku przeterminowana, bo nowoczesności w sztuce ze świecą można szukać. I nie mowa tu o samym pomyśle (Beamarchais jak wahadło – raz w XVIII, raz w XXI wieku), ale o samej reżyserii. Aktorzy sprawiali wrażenie wyjętych z głębokiej komuny, nie potrafili nawiązać ze sobą kontaktu, ale za to grali patrząc widowni prosto w oczy. Swoje kwestie wygłaszali również niczym manifesty. Bez uczuć, bez ducha. I Figaro cały w czerwieni…

Jednak "Szczęśliwe dni" nie mogą przesądzać o Spotkaniach. Tort – poza wisienką – smakował. W tym roku prezentowane spektakle nie uciekały od trudnych spraw. Jeśli mówić o tych najlepszych, jeśli bawić się w ranking – na pewno wymienić trzeba Scenę Plastyczną KUL Leszka Mądzika i jego autorski projekt "Odchodzi". Widowisko inspirowane tomem wierszy Tadeusza Różewicza "Matka odchodzi" odejść z pamięci nie ma jak. Reżyser bowiem – bez słów – mówił do widza obrazem i dźwiękiem, uzmysławiał ból, z jakim wiąże się odejście kogoś bliskiego. To jakby wyrwanie uczuć z człowieka i przeniesienie ich na scenę. Dramaturgią spektaklu były przede wszystkim emocje, wyobraźnia i wspomnienia. Wizualizacja tego, czego pokazać nie można. A jednak. Powoli zmieniające się obrazy ukazywały wewnętrzne zmaganie się z rzeczywistością. Były niczym lustro. Wiersze Różewicza to oczywiście natchnienie, motyw, tło, ale to widz odnalazł w spektaklu siebie. Śmierć nie jest przecież obca i to nie syn-aktor rozpacza. To widz siedzący w ciemnościach grał główną rolę.

Czy można mówić o pedofilii, wykorzystywaniu dziewczynek w sposób nie budzący odrazy do sprawcy? Można. Przykładem takiej wizji był spektakl "Blackbird", który przyjechał z warszawskiego Teatru Dramatycznego. Sztukę wyreżyserowała Grażyna Kania, a główne role zagrali Julia Kijowska i Adam Ferency. Bohaterowie – spotykający się po latach – wspominają zdarzenia z przeszłości. Ona ma teraz 28 lat, on jest dwa razy starszy. Ona roztrzęsiona, pełna ekspresji, wyrzucająca słowa jak nie swoje. Spłakana, zasmarkana. On raz spokojny, raz jak burza – ale nie chcący wracać do tamtych chwil. Ale coś pęka we dwojgu. Zaczęli więc mówić o swoich uczuciach, poniżeniach, słabościach, miłości, samotności. Dawne uczucia wróciły i tym samym widz mógł postawić sobie pytanie – kto był winien tej "niedojrzałej miłości"? Czy sprawca to rzeczywiście czarna owca? Reżyserka nie dała jednoznacznej odpowiedzi. To już sprawa widza – tym bardziej, że zakończenie niczego nie ułatwia. Bo pojawiła się ta trzecia. Nastolatka.

Od przeszłości uciec się nie da. Nie tylko mowa o zranionych uczuciach, ale też o cierpiących umysłach. "Transfer" Jana Klaty przywiózł do Olsztyna historie osób – i co ważne, nie tych z dyplomem aktorskim i doświadczeniem zawodowym, ale opowiadających swoje losy "z życia wzięte". Tym spektaklem olsztyńska publiczność miała więc okazję zweryfikować talent głośnego reżysera. I rzeczywiście przedstawienie obroniło się bez problemu. Jednak czy można nazwać je spektaklem? To raczej dokumentacja powojennych losów wypędzanych i przypędzanych Polaków i Niemców. Brak tu fabuły. Całość stworzyły bowiem przerywane muzyką opowieści. Co jednak ciekawe u Klaty – historia została opowiadana-widziana z dwóch perspektyw. Na dole "dają świadectwo" świadkowie tragicznych wydarzeń, zaś na wzniesionej platformie – czyli na górze – dobrze bawią się, kreowani przez zawodowych aktorów, Stalin, Roosevelt i Churchill. Oni grają, inni tańczą. Reżyser w ten sposób uchwycił i pokazał nierówność losów. Nasuwa się więc jedno – niektórzy muszą cierpieć, by inni – ci wysoko postawieni – pławili się w dobrobycie.

Wielką uciechą dla widza było obejrzenie "Kowala Malambo" Tadeusza Słobodzianka z Laboratorium Dramatu w reżyserii Ondreja Spisaka. Warszawski spektakl, opierający się na argentyńskiej bajce, to opowieść o kowalu, który sprzedał duszę diabłu, by być młodym. Nie ma w tym jednak wielkiej idei. Stary kowal chce bowiem tylko pić tinto i tańczyć malambo z Lolą. I rzeczywiście tańczył. I on, i inni aktorzy – i właśnie taniec był tu głównym punktem programu. Również prostota, muzyka grana na żywo i wędrówka przez "czasy" (od dawnych do współczesnych) ma swój bajkowy wymiar. Na nic tu filozofie, mądrości życiowe. Jest bowiem jedna i ta najważniejsza – szczerość.

A teatr-legenda Wierszalin? Podczas Spotkań można było zobaczyć spektakl Piotra Tomaszuka "Bóg Niżyński". Reżyser przedstawił wielkiego tancerza baletowego, którego okrzyknięto bogiem już za życia. Jednak w sztuce boskości zabrakło. Zastąpiło je opętanie. Uduchowienie artysty, który odgrywa fragmenty swoich wielkich ról, znikło na tle wariactwa. Nie widać baletu, nie czuć go. Jest tylko panichida. W kaplicy Niżyński inscenizuje bowiem nabożeństwo ku pamięci swojego impresario i kochanka – Diagilewa. Rafał Gąsowski – odtwórca głównej roli – balansuje więc między miłością, nienawiścią, żalem, pogrążając się w coraz większy obłęd. W końcu kreuje scenę ukrzyżowania – niczym Jezus – za grzechy swoje i innych. Ale nie ma w spektaklu katharsis, nie ma zbawienia. Wobec tego – gdzie bóg w Niżyńskim? Kaplica przypomina dom wariatów. Ba – jest nim nawet. Prowokuje. Ale nie zbawia.

Oczekiwanym spektaklem były "Teczki" Teatru Ósmego Dnia ukazujące absurdy PRL-u. Spektakl można określić teatrem dokumentalnym. Aktorzy bowiem przedstawili historie ze swojego życia. Opowiadali o grotesce raportów i donosów Służby Bezpieczeństwa na swój temat. Historie te bawiły, chociaż momentami się dłużyły. Ów eksperyment sceniczny jest bowiem statyczny. Aktorzy siedzą i czytają. Cytują. Tylko czasem przerywają tę swoistą mantrę – grając scenki ze swoich spektakli. Ale i tu nie ma doznań na miarę morałów i puenty. Jest stwierdzenie faktu – było, minęło, ale wciąż trwa. To również podzielenie się z widzami swoim życiem – już nie tylko odgrywanie wyimaginowanych historii na temat historii, ale potwierdzenie swoją twarzą, fotografią, że "Teczki" nie są wyssane z palca. Nawet w świecie teatrów studenckich.

Gwiazdy świecą najjaśniej. Łudzą. I w Olsztynie – zwłaszcza podczas imprez tego rodzaju – można było zauważyć "syndrom gwiazdy". Na "spektakle z nazwiskami" bilety sprzedały się w błyskawicznym tempie. I tak "Władza" z Teatru Narodowego z Januszem Gajosem, Piotrem Adamczykiem, Karoliną Gruszką, Anną Chodakowską była niewątpliwie hitem, ale czy "powaliła na kolana"? Wielki teatr (bo Narodowy), ale bez wielkich rewelacji. Spektakl ukazał smak władzy – ale z tej gorszej strony. Korona dała możliwości, spotęgowała kaprysy, zachcianki, pozbawiła ducha, wysławiła pieniądze. I tyle. Dodać można jeszcze reżyserię Jana Englerta (też gwiazda), który nadał światu Ludwika XIV charakter figlarny, taneczny i… pusty – jako że przestrzeń zapełniały nieliczne przedmioty – tak niepodobne do francuskiego króla.

Olsztyńskie Spotkania rozpoczęły się – podobnie jak i zakończyły – "Szczęśliwymi dniami". I tym razem znów gwiazdy (Krystyna Janda, Jerzy Trela) i znów znak zapytania, bo wielkie nazwiska nie zawsze idą w parze z teatralnym fenomenem. Z tym, że olsztyński tydzień w teatrze Jaracza na pewno lepiej się zaczął, niż skończył.

Ada Romanowska

 

Tekst ukazał się na ww.e-teatr.pl

Dodaj komentarz