Wesoło, ale smutno

Bo nic tak nie zbliża do życia jak śmierć. I w tym zdaniu można opisać "Wesoło", sztukę Miłgosta Reczka, która miała prapremierę 17 marca 2007 roku w olsztyńskim teatrze im. Stefana Jaracza.
Żeby śmierć można było na raty odespać! Żeby… Na nic słowa Stanisława Jerzego Leca, bo dowiedzieć się, że się umrze za dwa tygodnie o godzinie piętnastej, to nie powód do żartów. Ba – to raczej powód do namysłu o wartości życia. Bo nic tak nie zbliża do życia jak śmierć. I w tym zdaniu można opisać sztukę Miłgosta Reczka, która miała prapremierę 17 marca 2007 roku w olsztyńskim teatrze im. Stefana Jaracza. "Wesoło" wyreżyserował Tomasz Obara, ale śmiać się można raczej przez łzy niż "pełną gębą".
Tekst Reczka jest groteskowy i tym samym wymusza charakter przedstawienia. Od krzywego zwierciadła uciec się więc nie da i czuć je niemalże w każdym słowie i geście. Aktorzy odgrywają swoje role z "pieczołowitą starannością" – bawią się świetnie na scenie i to też przenosi się na widza. Wyolbrzymiają swoje problemy do rozmiarów Mont Everest, a przecież w obliczu śmierci to coś więcej niż paranoja. Wobec tego naprzeciw nich ustawił autor głównego bohatera, którego gra Artur Steranko. Wobec tego jak na dłoni widać w spektaklu ludzką głupotę i egoizm. I widać, że w życiu piękne są tylko chwile – jak śpiewał Rysiek Riedel. Tak też można określić osobę głównego bohatera.
Czterdziestoletni Józek – bo tak mu na imię – staje się nieporadny wobec śmierci. Błąka się po scenie, jest niczym piłeczka pingpongowa odbijana przez inne postacie. Sam też nie potrafi sobie poradzić. Nie jest mu łatwo również przedostać się przez kokon, jakim jest ludzka ignorancja. Brak mu tej siły przebicia, jaka w dzisiejszych czasach jest pożądana. Inni ją mają, dlatego bohater staje się ich zakładnikiem. To tylko podkreśla jego samotność, a może strach innych przed śmiercią? Bo tego, o czym się nie mówi, po prostu nie ma. Więc na nic powtarzanie: mam raka! Na nic, bo – mimo iż to, co ludzkie nie powinno być obce, to jednak jest bardzo dalekie. Więc jak tu żyć? Sobą można być tylko w monologach, które łudząco przypominają teksty Różewicza. Są poetyckie, ale nie brak w nich też naturalistycznych porównań. Józek więc mówi otwarcie tylko w kilku momentach. Cały spektakl to zaś starcie małego, "niesprawnego" i słabego bohatera z wielkimi – wręcz wyolbrzymionymi – sprawami innych postaci. Ich wielkie brzuchy nie bez kozery podświadomie ukazują dobrobyt życia. Nie tyle byt jako taki, bo ten jest przecież pełen problemów, ale ten, że "żyć nie umierać", że cieszy ich pełnia życia.
Na wielkie brawa zasługuje Marcin Tyrlik, który wcielił się w rolę Janka. Gra pustego, bezczelnego i żyjącego na czyjś rachunek kolegę z pracy Józka. Jest komiczny do tego stopnia, że aż wzbudza litość swoim stylem życia. Przekleństwa to jego sposób na wyrażanie emocji. Czerwona koszula podkreśla jego żywiołowość, ale i slipy w tym samym kolorze mówią same za siebie, jaki to typ. Nic dodać, nic ująć. Tyrlik jest po prostu świetnym Jaśkiem. Nawet sam autor – będący na premierze – nie mógł uwierzyć, że Obara rolę Jasia wyrazi takimi gabarytami. Reczek wyobrażał sobie bowiem chudego gnojka, który tylko "kurwami" potrafi rzucać. A tu współczesna "motyla noga" powiedziana jest znacznie dosadniej. Co prawda pada za często, ale taki już zamysł autora. Poukładani widzowie mogą czuć się zniesmaczeni ostrym słownictwem, ale na pewno nie Tyrlikiem.
Bawią też Maciej Mydlak i Ewa Pałuska – bojowo nastawiona do siebie para. Kto się czubi, ten się lubi – tak powinno być napisane na drzwiach ich mieszkania. Nie ma bowiem chwili, by się nie kłócili – co również podkreślają ich stroje. Nie na darmo reżyser ubrał ich w… bojówki. Ona gra głupawą blondynkę, która za wszelką cenę chce mieć dziecko, a on podstarzałego typa, który boi się dzieci, a tak naprawdę obawia się starości en face z różowym bobasem. Ale że życie idzie do przodu – w obliczu czyjejś śmierci, pojawia się też i nowe życie.
Również Hanna Wolicka – grająca matkę – nie ucieka od groteski. Miłość matki w tym przypadku jest rzeczywiście ślepa, bo – rak nie rak syna – to jednak matczyne serce najważniejsze. "Będziesz zawsze dla mnie moim syneczkiem" – mówi, dając Józkowi dziesięć złotych – "masz, kupisz coś sobie". Nierealne wyobrażanie życia – a może realia niskiej emerytury – skrzywiają jej podejście do rzeczywistości. Zapatrzona w swoje serce nie dostrzega, że serce jej syna może niedługo przestać bić.
Ciekawie rozwiązane zostało przejście ze sceny do sceny – tylko zmiana świateł sygnalizuje, że następuje nieoczekiwana zmiana miejsc. Stąd też akcja dramatu mieści się i w gabinecie lekarskim, i w mieszkaniu – jednym, drugim. Wszystkie łączy zaś remont lub przeprowadzka, więc kartony wypełniające przestrzeń spełniają swoją rolę. Co prawda scenografia – pomysłu reżysera – na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie nieciekawej, to jednak później nie razi. Bo przecież "remontu jeszcze nie skończyli", bo przecież życie wciąż trwa. Podkreśla to również muzyka, którą skomponował Dariusz Puk.
Spektakl trwa prawie dwie godziny. Czas się nie dłuży, ale sztuka momentami sprawia wrażenie miałkiej. Winny jest tu tekst. Autor nałożył nacisk na formę, a nie na treść – mimo iż podejmuje przecież bardzo ważny temat. Bawi się hasłami i często słowo wypływa ze słowa – jedynie w imię zabawy słowem. Groteska groteską, ale życie życiem. Kwestie te wypowiadane przez aktorów tracą moc i pozbawione są uczuć. Nie śmieszą, bo wydają się nierealne – nie zakotwiczone w rzeczywistości, rzucone w próżnię przestrzeni. Aktorzy twierdzą, że Reczek pisał "z serca, z flaków", ale widać też, że bawił się pisaniem jako składaniem wyrazów i zdań. Jednak nie w tym rzecz, by bawił się dramaturg, ale by widzowie dobrze tekst odbierali. Wystarczy spojrzeć na sztuki Różewicza i Gombrowicza… z których Reczek czerpał.
"Wesoło" to przedstawienie, które można określić "tworem nowo-tworowym", ale też w groteskowym znaczeniu. Jednak nie jest to sztuka mówiąca o nowotworze jako chorobie, o zmaganiu się z rakiem. To rzecz o świadomości – zarówno bohatera w obliczu niezdrowego przypadku, ale i innych postaci, które nie chcą być świadome problemów innych. To też rzecz, którą można wyrazić powiedzeniem: nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku… Ciąg dalszy sztuki bowiem ma miejsce już poza sceną.

Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz