Kij w mrowisko

O "Napisie" Géralda Sibleyrasa w reżyserii Norberta Rakowskiego w olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza przewrotnie napisać trzeba, że ani żaden aktor, ani reżyser, ani scenograf… nie równa się chuj.

Czyli że warto obejrzeć? Ci, którzy szukają w teatrze morału – znajdą go na pewno. Ci zaś, którzy idą, by pośmiać się i "odchamić" – również wyjdą zadowoleni. A co z powyższym niecenzuralnym słowem? Otóż – pada w sztuce często i jest spiritus movens historii, a właściwie zaczynem monotonnej fabuły, bo o rozwoju akcji nie można mówić. Spektakl to raczej delektowanie się słowem, niż zachwycanie się biegiem wydarzeń czy nawet zbiegiem okoliczności. Owszem, jest śmiesznie, bo można popatrzeć na ludzką głupotę. Jest zabawnie, bo można "na niby" odciąć się od bohaterów. Jednak sztuka jest nadzwyczaj aktualna i – jako że opowiada o "Europie i w ogóle", więc granica między widzem, a sytuacją na scenie jest nikła. Tym bardziej, że widzowie siedzą na scenie, więc poniekąd uczestniczą w problemie.

W czym rzecz? Gérald Sibleyras – autor dramatu – wymyślił groteskową historię o tym, że wprowadzający się do porządnej kamienicy państwo Lebrun (Agnieszka Grzybowska i Grzegorz Jurkiewicz) przywitani są obelżywym napisem w windzie, a dokładniej pan Lebrun przyrównany jest do haniebnie nazwanej części ciała. Oburzony tym faktem, postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo. Jednak do Sherlocka Holmesa mu daleko. Ale nie w tym sens sztuki. Nie chodzi tu o bohatera chodzącego ze szkłem powiększającym – chociaż lupa jak najbardziej jest na miejscu. Ta podszyta metaforą oczywiście. Reżyser – jak i autor – pokazuje w sztuce średniowieczne zapędy współczesnego społeczeństwa. Bo przecież "Europa i w ogóle", bo "tolerancja i jawność" – tyle że te hasła nic nie mówią. Tylko postaci – świetnie zagrane przez Joannę Fertacz, Cezarego Ilczynę, Irenę Telesz i Mariana Czarkowskiego – wypowiadają je często niczym mantrę wyuczoną z gazety. Rakowski pokazuje więc – jak na talerzu – salonową grę pozorów, grupową mentalność i tego nowego, obcego w jej obliczu (bądź w jej szponach). "Napis" to więc dwa światy pod jednym dachem. I który jest lepszy? Ten nonkonformistyczny, czy ten wpasowany i uległy? "Napis" to też pytanie – czy zostać samemu, czy wspólnie iść na święto chleba? Ale że nie samym chlebem człowiek żyje… więc odpowiedź nie jest prosta. Bo czy być chujem, czy też nim nie być? Oto jest pytanie.

Spektakl bawi, ale jednak brak w nim groteski, która uwypukliłaby problem. Reżyser podchodzi do historii bardzo poważnie. Pokazuje dramat człowieka żyjącego w zgodzie z własnymi przekonaniami w obliczu zbitej masy. Wszystko przedstawia jednak w czarnych kolorach, co momentami nudzi. Większą siłę rażenia miałaby przyjęta konwencja groteski, bo… "z czego się śmiejecie? – z siebie się śmiejecie!". Tego odczucia nie ma. Widz nie raz, nie dwa – mimo iż w towarzystwie śmiechu rodem z sitcomu – spogląda na zegarek, bo debatowanie nad "wspólnotą mieszkaniową" momentami nuży się i dłuży. Dopiero ostatnie dziesięć minut z ponad godzinnego spektaklu porywa i rozrywa. Wobec tego po długiej grze wstępnej – dziać się zaczyna, ale i szybko się kończy. Przedstawienie więc jest nierówne. Zaczyna się groteskowo, potem przychodzi czas na mędrkowanie z nutą dowcipu i szczyptą gorzkiej prawdy, a na końcu znów do głosu dochodzą salwy śmiechu. Odpowiedź na pytanie – być czy nie być – de facto nie pada. Widz – jeśli chce – musi odpowiedzieć sobie sam. I tym samym musi stanąć – bądź po stronie Lebruna, bądź wybrać głos opozycji. "Napis" więc zmusza do myślenia… ale tylko tych myślących.

Wymowy spektaklu nie zagłusza scenografia Wojciecha Stefaniaka, a wręcz ją podkreśla. Co prawda przestrzeń tworzą aktorzy, ale jej tłem jest sugestywna imitacja białej przezroczystej ściany dzielącej pokój od przedpokoju. Podkreśla ona nowoczesność, "Europę i w ogóle", ale również symbolizuje hasło "tabula rasa". Bo jak inaczej nazwać mentalność mieszkańców kamienicy w obliczu sąsiedzkiej godności? Napis nie wziął się znikąd, ale też nikt nie widzi problemu – poza samym zainteresowanym.

Premiera olsztyńskiego "Napisu" – mająca miejsce 3 marca 2007 roku – na pewno świata nie naprawi, nie sprawi, że wszystkie napisy z wind zostaną zamazane, ale zdecydowanie poprawia nastrój. Ale czy w związku z tym pojawią się nowe graffiti? Jeśli już – można wyryć zdanie, że "Napis" to popis gry aktorskiej. I warto sztukę zobaczyć przede wszystkim ze względu na to. Można też wyryć hasło: "tolerancja, jawność i solidarność" – bo te słowa jak żadne inne – odzwierciedlają zabawę i na scenie, i na widowni. A co jak co – śmiech łączy ludzi.

Ada Romanowska

 

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz