Udręki sklerotyków, czyli Szczęśliwe dni

Upór, z jakim Beckett trzymał się swoich zapisanych w tekście dramatów wizji inscenizacyjnych, budził nieraz powątpiewanie.

Czy możliwa jest jedynie tzw. wersja kanoniczna? Każda przesada budzi podejrzenie. Jeśli jednak ktoś odrzuca wizję sceniczną Becketta, musi zaproponować wartością dodaną. Tak jednak w Teatrze Polonia nie jest, „Szczęśliwe dni” z komedii metafizycznej przerobione na komedię mieszczańską tracą całą swoją magię, zamiast opowieści o ostatnich rytuałach, które podtrzymują kruchą ludzką egzystencję u kresu życia, Piotr Cieplak snuje chwilami zabawną, chwilami żałosną opowiastkę o udrękach sklerotyków. Rzecz w tym, że to zupełnie inna sztuka. Nie pierwszy raz Cieplak wywraca istotę dramatu na nice. Czasem owocuje to ciekawym odkryciem, częściej wiedzie do katastrofy. Tak było z Szekspirowskim „Learem” przerobionym na komedię gangsterską czy „Słomkowym kapeluszem” z farsy wywindowanej na traktat egzystencjalny. Te niefrasobliwe igraszki formą podobały się wcale licznym recenzentom, a więc Cieplak idąc tą drogą wykroił z Becketta farsę. Wynik jest fatalny – zamiast otwartej symbolicznej przestrzeni, w której Winnie (Krystyna Janda) zapada się w ruchomych piaskach opustoszałego świata, Cieplak umieszcza bohaterkę w pustym pokoju, z którego wybebeszono wszystkie sprzęty wyjąwszy stojący pod ścianą rower. Ma to zapewne dawać do zrozumienia dociekliwym widzom, że kiedyś Winnie się ruszała, a teraz już nie, bo półleży na fotelu, opatulona pikowaną kołderką. Willie (Jerzy Trela) nie pełza wokół kopczyka, w którym utknęła jego żona, ale snuje się po salonie z taborecikiem, dosyć żwawo, wchodzi i wychodzi, sugerując, że widzimy tylko fragment ich wielkiego domu. Konsekwencje tych zabiegów są opłakane: porządek metafizyczny okazuje się casusem medycznym: schorowana (sparaliżowana?) Winnie cierpi na sklerozę, Willy’emu też niewiele brakuje. Obserwujemy postępy choroby, objawy starczej demencji i Parkinsona. Co więcej, przejawy sklerozy bawią nas, ale cierpienie starych ludzi pozostawia obojętnymi. Pomysł, żeby zapadanie się Winnie w ziemi pokazać jako zapaść duchową, okazał się humbugiem: cóż to bowiem za wessanie wewnętrzne, skoro Janda w drugim akcie leży na fotelu owiniętą w kołderkę „na baleron”. Do oklasków zaś objawia się w wytwornej czarnej sukni żałobnej z cekinami (ślubnej a rebours). Sensu w tym za grosz.

 

Tomasz Miłkowski

 

Samuel Beckett, „Szczęśliwe dni”, tłum. Antoni Libera, reżyseria Piotr Cieplak, scenografia Andrzej Witkowski, światło Edward Kłosiński, Teatr Polonia, premiera 12 stycznia 2007

Dodaj komentarz