Nostalgia, wściekłość i śmiech

Po 40. festiwalu teatrów jednoosobowych we Wrocławiu.

Image

Wojciech Siemion i Tomasz Miłkowski

To były piękne dni. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora świętowały swoje 40-lecie. Świętowali ten jubileusz artyści-założyciele gatunku: Danuta Michałowska, Wojciech Siemion, Tadeusz Malak, a także Irena Jun i Wiesław Komasa. Świętował również Wiesław Geras, dyrektor festiwalu, od początku z nim związany.

To banał, ale w kulturze liczy się tradycja, toteż sam fakt, że spotkania we Wrocławiu odbywają się od tylu lat godny byłby odnotowania i refleksji. Na nostalgii jednak na tym festiwalu nie poprzestano, choć słowa Wiesława Komasy, że dobrze jest spotkać ludzi, którzy mają w oku tę samą łzę, długo będą bohaterom tych dni dźwięczeć w uchu. Bo obok nurtu wspomnieniowego, jak zwykle we Wrocławiu (a potem w Toruniu) pokazano garść spektakli nowych lub wcześniej na festiwalu nie oglądanych z zagranicy z Polski.

 

Nostalgia

 

Królowali, rzec z jasna, klasycy. W dniu inauguracji festiwalu, wszyscy z wielkiej trójki przypomnieli się publiczności. Wojciech Siemion jako strażnik poetyckiego słowa, który niestrudzenie zachęca do wgryzania się w sens i logikę poezji, Tadeusz Malak jako wierny interpretator Tadeusza Różewicza i Danuta Michałowska, swój sposób istnienia na scenie wywodząca z Teatru Rapsodycznego i tej formule do dzisiaj wierna (mówiła fragmenty prozy Sienkiewicza!). Jednak dopiero drugi występ Wojciecha Siemiona – jego godzina – dowiódł, że to on jest patronem teatru jednoosobowego we wszystkich jego postaciach.

 Prawdę mówiąc to był bardziej jubileusz monodramatyzowania Siemiona niż Wrocławia monodramatycznego. Za rok bowiem upłynie pół wieku od czasu, kiedy Wojciech Siemion zajął się scenicznym portretowaniem poetów – w roku 1957 dał swój pierwszy monodram poetycki do tekstów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Potem było tych monodramów (nie tylko poetyckich zresztą) co najmniej kilkanaście, a jeśli liczyć ich rozmaite wersje pewnie kilkadziesiąt.

Za kamień węgielny nowoczesnego teatru jednego aktora najsłuszniej w świecie uchodzi „Wieża malowana”, zrealizowana w warszawskim STS (1959) ze scenografią Adama Kiliana i muzyką Edwarda Pałłasza. To po tym spektaklu Ludwik Flaszen napisał pamiętne i znamienne słowa: „Siemion to teatr. Osobliwy Teatr Jednego Aktora. W tym teatrze jest coś ze starego ludowego rzemiosła, gdzie cały proces produkcji spoczywa w rękach jednego człowieka. Narzędzia jego są ubogie. Za to przedmiot stworzony nie ma w sobie nic z szablonowej łatwości produktów seryjnych. Jest spontaniczny – i nosi bezpośredni stempel swego twórcy…”

Trochę przesadził Flaszen, że aktor – przynajmniej na początku drogi – był zdany tylko na siebie, ale z czasem Siemion rzeczywiście przejął wszystkie funkcje: scenarzysty, scenografa, reżysera. To był jego teatr autorski. Chociaż… pewnie aktor nie zgodziłby się z taką kwalifikacją. Wszem i wobec głosił bowiem, że jest sługą poetów, który na serio przejął się fraszkę ukutą na niego przez Andrzeja Szczepkowskiego”:

 „Nie wypije, nie zje,

wciąż mówi poezje”.

Pomysł Siemiona na swoją „godzinę” we Wrocławiu był taki: to już nie aktor, ale publiczność decyduje (do pewnego stopnia, rzecz jasna), co usłyszy i zobaczy. I widz, i aktor bywają zaskakiwani, co przyniesie przypadek. Do puli wrzuca się tytuły monodramów, recitali itp., które widzowie losują. Po wylosowaniu aktor prezentuje fragment wskazany przez los. A nie wiadomo, co przyniesie. Obie strony – aktor na scenie i widzowie na sali – wydani są na jego wyrok. I dlatego to jest teatr probablistyczny.

Wszystkie karteczki, wypisane czytelnie pewną ręką młodziutkiej kuzyneczki Siemiona, Agnieszki z Wrocławia, wsypane do puli. A na nich nazwy,  a w nawisach komentarze artysty:

Tadeusz Różewicz („bo tak naprawdę od czasu "Starej kobiety" Tadeusz Różewicz uznał, że jestem aktor prawdziwie "Różewiczowski"; no właśnie, wydał Siemion swoją "Lekcję czytania" o Różewiczu);

Mickiewicz (też ma swoją Siemionową "Lekcję czytania": „tak, "Łzy", dlaczego, zobaczysz”, ale nie zobaczyłem, bo Mickiewicza nikt nie wylosował);

Co chce powiedzieć aktor („a to taka wolność dana aktorowi, czyli mnie – wybieram, co chcę”);

"Jak to było" Słonimski („ach, to było wtedy, kiedy nazwiska Słonimski nie wolno było drukować; ale władze nie zabroniły Słonimskiego mówić i ja to wykorzystałem”);

Stachura („te jego zająknienia – kiedy mówisz czy śpiewasz Stachurę bez jego zająknień, to nie ma głębi, tego specjalnego dźwięku, dobywanego z trudem, który znaczy więcej, niż napisane suchym drukiem”);

"Zdrada" Izaaka Babla („dostałem maszynopis od Jerzego Pomianowskiego, Babla jeszcze się wtedy nie wydawało, więc ja pierwszy; premiera itd., a potem, już na zapleczu w STS, Stanisław Wohl do Pomianowskiego mówi z pretensją: „Ale z tym 1940 rokiem to przesadziłeś; w 36 to byłoby zrozumiałe, wtedy to Żydów się w Rosji rozstrzeliwało na potęgę, ale żeby w 40. rozstrzelali Babla? Nie, to jakaś pomyłka”. A Pomianowski na to: "Kiedy tak właśnie było, co ja poradzę". Wohl kręci głową: "Dziwne, dziwne". Wtedy Izaak Lichtenbaum, magik od dźwięku, nadzwyczajny fachowiec: "Co pan chcesz? Każdy rok jest dobry na zabicie Żyda");

KIG, czyli Konstanty Ildefons Gałczyński (wiadomo, pierwszy monodram, 1957, pół wieku mija);

Co sobie życzy publiczność („a to taki oddech, dla równowagi; jak aktor może sobie życzyć to i publiczność);

Nowi poeci („ monodram in potentia, może kiedyś powstanie, kto wie”);

Mironczarnia („od tego zaczął się teatr probabilistyczny, jeszcze w Starej Prochowni w Warszawie to wypróbowałem w wersji uproszczonej – publiczność, ściślej jej reprezentant, dyrygował spektaklem. okreslając za pomocą kolorowych chorągiewek, jaki fragment spektaklu ma być pokazany”);

Leśmian („wiadomo, kraina słowa”);

O kudżawa? („dlaczego pisane osobno? Dla podziwu. Jeszcze wtedy nikomu się nie śniło śpiewać Bułata, ja byłem pierwszy na świecie, potem najpiękniej wyśpiewywał go Gustaw Lutkiewicz, więc ja przestałem”);

Norwid (znowu "Lekcja czytania": „jak wypadnie, to powiem kawałek Fortepianu Szopena, bo mówią źle i nie słyszą śmierci”);

Piosenki legionowe (bez komentarza);

"I diabłu" W. Dymny („no tak, no tak”)

"Wieża malowana" Tuwim (klasyk, mnóstwo anegdot. Z Marią Dąbrowską choćby: „Przyszła na spektakl, więc po zakończeniu schodzę, klękam i dziękuję, że przyszła. "Nie, to ja dziękuję. Dziękuję za arcydzieło". Ale potem się wyjaśniło, dlaczego. Pierwszą książką, jaką Maria Dąbrowska wydała, była antologia poezji ludowej z okolic Kalisza. "Wieża malowana" musiała się jej podobać”).

Karteczki wrzucone, jeszcze tylko Siemion wypożycza budzik – zażądał, żeby postawić, a ktoś z widzów nastawi wcześniej, inaczej spektakl może się ciągnąć w nieskończoność. I jazda! Losowanie. Kawek. Losowanie, kawałek. Losowanie… Publiczność się rozgrzewa, między fragmentami spektakli Siemion sypie anegdotami, pokazuje swoją niebywałą skalę. Jak rusza z przyśpiewkami z "Wieży malowanej" zamaszyście, rytmicznie, tańcując, wszystkich nachodzi chętka, aby powywijać na ludowo („kiedyś to przytupywałem, teraz nadrabiam sztuką” – komentuje Siemion). Wreszcie nadchodzi wylosowana "Zdrada" Babla. Siemion siada jak na przypiecku na górnej krawędzi krzesełka (trochę zadrżałem, to dość ryzykowna pozycja, może się wywrócić, nawet się nieco zachwiał, ale szybko skorygował pozycję) i poczyna snuć opowieść niespiesznie z lekkim nalotem żydowsko-rosyjskim w polskim wydaniu. Ach, jak to brzmi, a przy tym, jak to artysta cyzeluje, sala słucha niby zaczarowana, kiedy powiada: "Benek mówi mało. Ale smacznie". A tu budzik, Siemion przerywa w pół słowa. Jęk zawodu. Jednak zasady były jasne. Teraz burza oklasków na stojąco.

Potem już tylko smakowanie tego, co było. I nagroda dziennikarzy, mimo, że na festiwalu teatrów jednego aktora klasykom miało się żadnych nagród nie dawać, bo są i tak poza konkurencją. Ale, co robić, skoro Siemion, jeden ojców założycieli gatunku wszystkich zaskoczył?

 

Wściekłość

 

Zaczęło się od konkursu „nowego zaciągu”, ale w tym roku wielkich odkryć nie odnotowano, najwyżej nadzieje. A w jubileuszowych spotkaniach prawdziwym perłami stały się spektakle polskich artystów, którzy wcześniej monodramem się nie parali, albo omijali festiwal. Przed największym wyzwaniem stanął Bronisław Wrocławski, aktor znakomity, który zasłynął swoimi spektaklami według Erika Bogosjana. We Wrocławiu pokazał trzy spośród nich (stale w repertuarze Teatru im. Jaracza w Łodzi, wszystkie w reż. Jacka Orłowskiego), każde trwające niemal dwie godziny bez przerwy: „Seks, prochy i rock’n’roll” (na scenie od 9 lat, niemal 500 razy!), „Czołem wbijając gwoździe w podłogę” i „Obudź się i poczuj smak kawy”. We wszystkich tych one man show tworzy Wrocławski po kilka, kilkanaście postaci, dając przed widzami paradę pokracznych marzeń, będących wytworem kultury masowej i globalnych ideologii. To bardzo drapieżne, niebezpieczne teksty, które mogą wyprowadzić niejednego ze stanu samozadowolenia. Toteż, charakterystyczne, młoda widownia przyjmowała spektakle Wrocławskiego z entuzjazmem, część starsza, jakkolwiek doceniała jego wspaniały warsztat, dystansowała się, pomrukując, że to marne literacko, że w ogóle to żaden monodram, ale popis sprawności. To tak na pociechę, że sprawy, o których mówi Wrocławski, nas nie dotyczą. A dotyczą, i to boleśnie. Mówi przecież o strachu, towarzyszącym wyścigowi szczurów, o lęku przed społeczną degradacją, o wyobcowaniu, o agresji zastępującej więzi z otoczeniem, o kulturze masowej wypierającej autentyczne wartości. Jest o czym myśleć po obejrzeniu Wrocławskiego. Ale, oczywiście, to nie jest przyjemne… Znam takich młodych ludzi, którzy na spektakle Wrocławskiego chodzą po kilka, kilkanaście razy, widząc w nim swojego guru. Ze zdumieniem dostrzegają, że ktoś, kto mógłby być ich ojcem, idealnie wyraża ich wściekłość.

Obok Wrocławskiego zobaczyliśmy debiutantów na scenie jednoosobowej. I to, nieprzypadkowo, reprezentujących rozmaite pokolenia: Małgorzatę Rożniatowską, artystkę dojrzałą, o pięknym już dorobku, i Kamila Maćkowiaka (także łódzki Teatr im. Jaracza), przed którym dopiero otwiera się aktorska droga. Warto przy okazji zauważyć, że coraz częściej artyści doświadczeni sięgają po formę monodramu i to zwykle z wielkim sukcesem (dość wymienić z ostatnich prób na tym polu spektakle Barbary Krafftówny czy Jerzego Treli). Monodram Rożniatowskiej „Uwaga, złe psy” Remigiusza Grzeli i Maćkowiaka „Niżyński” (w reż. Waldemara Zawodzińskiego) zasłużenie zebrały wiele pochwal. Bardzo odmienne w kształcie i treści, były jednak bliskie „wściekłej” ścieżce wyznaczonej przez Wrocławskiego. Rożniatowska niemal beznamiętnie odpowiedziała historię żony wielkiego dramaturga, Jerzego Szaniawskiego, oskarżanej o doprowadzenie do jego społecznej izolacji, a potem przedwczesnej śmierci. Pełna dramatyzmu spowiedź wdowy, nie daje jednoznacznej odpowiedzi, jak było naprawdę, ale przynosi portret kobiety walczącej o tożsamość, ale zamkniętej w swojej obsesji jak woskowa lalka (taki na koniec wizerunek bohaterki pozostaje w pamięci widzów). Maćkowiak ukazał studium szaleństwa. Monodram, oparty na dziennikach wybitnego tancerza w ostatniej fazie przed dozgonną izolacją w zakładach psychiatrycznych, ukazuje narastanie uczucia osaczenia i opętania przez rozmaite manie i schizofreniczne zwidy. Świadomy swej przypadłości, Niżyński przechodzi katusze, a Maćkowiak odsłania jego duchowe cierpienia nie tylko w szczerych do bólu monologach, ale także w tańcu (aktor jest absolwentem szkoły baletowej) i zapisie na taśmie wideo, ukazującej przygotowania Niżyńskiego do swej ostatniej podróży w szaleństwo. Zamknięty w klatce – sali ćwiczeń baletowych, odsłania przed nami aktor świat człowieka pogrążającego się w psychicznej zapaści, a zarazem osaczonego przez wrogie otoczenie.

 

Śmiech

 

Na szczęście nie zabrakło we Wrocławiu tonacji buffo. Przymieszka śmiechu pojawiała się w wielu spektaklach – właściwie we wszystkich spektaklach Wrocławskiego i prezentacjach „klasyków”, a także w przedstawieniach gości z zagranicy. Nawet w wyróżnionym przez publiczność przedstawieniu Nikołaja Urumowa z Bułgarii „Życie w kartonach”, o bezrobotnym, zdegradowanym na dno ludzkiej egzystencji Beckettowskim obcym.

Rozbawiła publiczność Milka Zenkova ze Słowacji, ukazując rozterki kobiet niezbyt wykształconych, ale temperamentnych. Już nieco w wieku zaawansowanym, ale ciągle ponętna i rozglądająca się za przygodą. Piękny, posthrabalowski liryzm.

Ale mistrzem bawienia publiczności okazał się znakomity aktor z Rosji, Siergiej Barkowskij, który przedstawił monodram oparty na prozie Aleksandra Puszkina „Historia wsi Goriuchino”, będącej inteligentną parafrazą dziejów Rosji. Barkowskij, sięgając po środki wypracowane w szkole aktorskiej Konstantego Stanisławskiego, dał zachwycający popis komicznych etiud, a zarazem sięgnął po wypracowane przez nowy teatr formy nawiązywania kontaktu z publicznością. Zaczepiał widzów (jak Wrocławski), a nawet do nich przepijał, częstował okowitą, a przede wszystkim demonstrował budzące szacunek mistrzostwo aktorskie (od mimu po animację).

Tak więc w swoje następne czterdziestolecie festiwal teatrów jednoosobowych wstępuje w dobrej kondycji. Świadczą o tym także burzliwe dyskusje po spektakle, które rozgrzewały publiczność do czerwoności. A co najważniejsze, nie brakuje nowych chętnych, aby sprawdzać się na najmniejszej scenie.

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz