Na przykład na Krymie

Oczywiście, że to dzieje się w Rosji i Rosji dotyczy, narzuca się samo: pierwsza część w stylu Czechowa (trzy siostry na dworcu kolei żelaznej, Raniewska sprzedaje wiśniowy sad itp.), druga między Bułhakowem a Majakowskim, trzecia gazetowa, między Putinem a Warszawą…

A jednak w „Miłości na Krymie”  są i inne możliwości – bierze pokusa, aby czytać ten dramat jako opowieść o człowieku w pułapce historii, zmagającego się z okolicznościami zewnętrznymi, trochę daremnie, trochę bezwiednie, ale jednak koniecznie, jeśli chce zachować tożsamość. Ten wielki temat – człowiek i historia – został wpisany w ostatnie stulecie za wschodnią granicą, ale może dlatego, że łatwiej nam rozmawiać o Rosji niż o sobie, choć historia i ichnia, i nasza zawiła, meandryczna i licho wie jaka. Mrożek okazał się głębszym historiozofem niż podejrzewano, kiedy za „Miłość na Krymie” zbierał cięgi, że taki powierzchowny, taki bez wyczucia i urazowy. A tymczasem minęło lat kilkanaście i „Miłość na Krymie” nie tylko zachowała świeżość, ale do tego dowiodła swej proroczej siły – oto wielka przemiana postkomunistyczna nie doprowadziła do szczęśliwości ogólnej tylko do eksodusu, poczucia przegranej i zwycięstwa sił niecnych (mafia i okolice). To oczywiście wyostrzona diagnoza, ale hasło, że nie „o takie Polskie walczyliśmy” gdzieś dźwięczy u spodu i ciągnie człowieka do tajgi. I do Anglii może bardziej niż Ameryki, gdzie bohaterowie dramatu jadą z ochotą i nadzieją, aby kontynuować karierę jako ozdoby burdeli dosłownych i intelektualnych. Jarocki wyostrzył Mrożka, dodał to i owo (np. sporo Lenina, ale i kpiarską scenę o filozofii tzw. nowego wieku w brawurowym wykonaniu Anny Seniuk i Janusza Gajosa), trochę też łagodnie pożartował z autora (cytat z Mrożkowego „przepisu”na wystawianie „Miłości na Krymie” został potraktowany jak niewydarzony świstek). Gorzkie to przedstawienie, ale potrzebne, bo skłania do namysłu, gdzie właściwie jesteśmy, co się dzieje wokół i kim staliśmy się po trąbie powietrznej rewolucji-kontrrewolucji. A tak naprawdę  pozbawia inteligenta alibi – to on poszczególny, nie jakiś mniej lub bardziej wyobrażony ogół, odpowiada za świat. Taki sens ma ostatni monolog Zachedrynskiego (poruszająca rola Jana Frycza), poety, lunatyka historii, który chciał tylko kochać, a wylądował na śmietniku historii.

Jak zwykle u mistrza Jarockiego cała machina teatralna działa z precyzją. Wielka przestrzeń sceny powiększonej o kilka rzędów widowni daje poczucie bezmiaru, w którym człowiek jak drobina miota się w pułapce, aby znaleźć swoją drogę. Mistrzowskie prowadzenie aktorów (kolejna warta odnotowania rola Małgorzaty Kożuchowskiej, mistrzowska kreacja Mariusza Bonaszewskiego w roli Wolfa, zakochanego bez pamięci inżyniera kolei żelaznej i Jolanty Fraszyńskiej, jego żony, błyskotliwy debiut Pawła Paprockiego, porucznika w stylu Lermontowa, doprawdy, trzeba by przytoczyć całą obsadę!) , klimat miejsca wspomagany pieśnią, szumem fal i nastrojowym światłem – wszystko to daje w rezultacie spektakl magiczny, a zarazem krystaliczne jasny. Patrzcie młodzi, jak to się robi.

 

Tomasz Miłkowski

 

Sławomir Mrożek „Miłość na Krymie”, reżyseria i adaptacja Jerzy Jarocki, scenografia Jerzy Juk Kowarski, muzyka Stanisław Radwan, ruch sceniczny Tomasz Tworkowski, premiera 17 stycznia 2007, Teatr Narodowy

 

Dodaj komentarz