Moja, amerykańska, Kartoteka rozrzucona

Gdy Kartoteka rozrzucona ukazała się drukiem, a także, gdy słyszałem i czytałem o „przymiarce” samego autora do jej realizacji – wiedziałem od razu trzy rzeczy: (A) To jest tekst nowy, ważny, wielki, potrzebny polskiemu teatrowi, polskiej publiczności teatralnej. (B) To jest kolejny Różewicza dramat „nie napisany” – otwarty, domagający się pracy reżysera, oczekujący na teatr. (C) Jest moim obowiązkiem wobec Tadeusza Różewicza, wobec Wrocławia, wobec polskiego teatru zmierzyć się z tym tekstem – zrealizować go.

Image

W czasie próby: Kazimierz Braun i Matt Gellin (Bohater). Fot. Carl Modica

Zaraz też, a potem jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, proponowałem realizację Kartoteki rozrzuconej we Wrocławiu. Odpowiedziami były po kolei: milczenie, odmowa, wykręt, milczenie. To tyle na razie na ten temat. Jednak ta sprawa jest otwarta. Jednak ten obowiązek ciąży na Wrocławiu, na polskim teatrze. Czy mnie się uda – a raczej, czy będzie mi dane go spełnić – to już inna sprawa? Jednak wobec odmowy kraju – postanowiłem rzecz zrealizować za granicą.

Warsztatem pracy, jakim dysponuję, na co dzień jest mój Wydział Teatralny na Uniwersytecie Stanu Nowy Jork w Buffalo. (Jest to zresztą znakomity warsztat: mamy około dwustu zdolnych i dobrze wyszkolonych studentów, którzy zgłaszają się na „przesłuchania” i konkurują o role, mamy świetnie wyposażone warsztaty, mamy pięć sal teatralnych, mamy żywą, akademicką widownię.) Postanowiłem zrealizować Kartotekę rozrzuconą jako przedstawienie dyplomowe. Zdecydowałem grać je w teatrze z przestrzenią zmienną, gdzie mogłem zaaranżować „scenę ulicową” – centralny teren gry, na którym stoi łóżko Bohatera (jak chce autor), a widzowie są po dwóch stronach.

Pierwszym zadaniem było stworzenie tekstu-scenariusza, tak, jak czyniłem to zwłaszcza w wypadku Aktu przerywanego i Przyrostu naturalnego. Autor upoważnił mnie do tej pracy. Oczywiście, przygotowywałem zawsze adaptację z myślą o określonym zespole aktorskim i o określonej publiczności. Tak było i tym razem. Z faktu, że planowałem przedstawienie z obsadą młodych ludzi wynikła rezygnacja z „drugiego Bohatera” – starego. Z faktu, że miało to być przedstawienie grane na amerykańskim uniwersytecie wynikły zabiegi adaptacyjne przybliżające tekst do doświadczenia i aktorów, i widzów. Wymienię je, przykładowo:

Bohater był zapewne – bo nie było to powiedziane wprost – Amerykaninem… A raczej był „każdym” („everyman”) ze średniowiecznego-współczesnego moralitetu…

Chłop (partyzant) stał się – zapewne – żołnierzem amerykańskim z Wietnamu. To było zasugerowane, nie oczywiste…

Dziewczyna Niemka – była – zapewne – dziewczyną Wietnamką, może wietnamską studentką w Ameryce.

Nauczyciel – był profesorem na moim uniwersytecie – rozpoznawalnym dla studentów… (Tu anegdota: aktor grający Bohatera, aktor grający Nauczyciela oraz mój asystent, będący zresztą moim doktorantem, zasugerowali, aby Nauczyciel był moim portretem, może moją karykaturą… Zgodziłem się. Zostawiłem ich samych – aby zrobili tę scenę. Była śmieszna, ale nie ośmieszająca… Widzowie-studenci cieszyli się nią bardzo…)

Scena w Sejmie – była sceną w amerykańskim Kongresie – wyraźnie, jednoznacznie.

Przeróżne ogłoszenia – były ogłoszeniami w prasie amerykańskiej.

Dziewczęta idące na plażę w Bukareszcie (scena przesłuchania) stały się uczestniczkami konkursu piękności w Ameryce, a może gdzieś indziej…

 

Kartoteka rozrzucona jest otwarta na takie zabiegi – niejako ich oczekuje, wręcz domaga się ich…  Ważne: jako epilog przedstawienia wprowadziłem ten różewiczowski tajemniczy tekst o twarzy – „twarz ludzka…” On był epilogiem Przyrostu naturalnego. Aktorzy mówili go indywidualnie, bezpośrednio do widzów, rozrzuceni między nimi, nawiązując silny, bezpośredni kontakt… Oczywiście moja adaptacja byłaby inna dla przedstawienia realizowanego w kraju.

Dlaczego Kartoteka rozrzucona? Bo to jest tekst uniwersalny, żywy, trudny – ale możliwy do przekazania – słowem, obrazem, nastrojem, wszystkimi zmysłami. Artaud chciał, aby „metafizyka wchodziła przez zmysły” – takie przekazanie treści, poezji, historii XX w. wpisanej w Kartotekę, doświadczenia wielu już (a nie tylko jednego) pokoleń rozczarowanych, zagubionych… Ta sztuka ukazuje los człowieka i rzeczywistość – jako materię wielowarstwową. Sceny „dziś”, zderzają się ze scenami „kiedyś”, „jutro”, „w marzeniu”, „we śnie”. Człowiek jest i umiera (Bohater w moim ujęciu umiera dwa razy), i żyje znów, i znów umiera…. Życie jest złożone z tego, co jest, z tego, co się śni, marzy, wspomina; czego się nie rozumie; czego się człowiek lęka i za czym człowiek tęskni. Jest więc „realizm” i „poezja”, jest ciało i dusza. Są elementy zrozumiałe i jest tajemnica.

Aktorzy w czasie prób, a potem widzowie w czasie i po spektaklu wchodzili w tę materię powoli – i ona ich pochłaniała. W rezultacie powstawała niezmiernie żywa interakcja. A po zakończeniu akcji widzowie reagowali wręcz entuzjastycznie. Na czym to polegało? Chyba na tym, że przedstawienie zawierało pewne elementy rozpoznawalne, niejako punkty zaczepienia (ale tylko pewne – jakby delikatne wskazówki, drogowskazy) i dla aktora, i dla widza, odnosiło ich do ich własnego doświadczenia, ale zarazem uświadamiało, że sami noszą w sobie jakąś tajemnicę, której to przedstawienie dotyka – dotyka, naprowadza na nią, ale przecież jej nie wyjaśnia. Odkrywali więc siebie w tym przedstawieniu zarówno na poziomie rzeczywistości sprawdzalnej, jak i tej tylko przeczuwanej. Zresztą, tak przecież dzieje się – powinno się dziać – w każdym wielowarstwowym widowisku. Tak działo się tyle razy w moich przedstawieniach w kraju. Tak stało się i tym razem.

Opowiem początek i koniec przedstawienia: Przed spektaklem – aktorzy – w „podstawowych”, ciemnych strojach witali (ale nie nachalnie) widzów, rozmawiali z nim, pomagali znaleźć miejsce na widowni… Po spektaklu, już po przekazaniu tej dziwnej opowieści o „twarzy ludzkiej”, aktorzy zostawali z widzami, interakcja trwała, wywiązywały się rozmowy, przyjaźnie, niektórzy widzowie były oczarowani (w konkretnym znaczeniu: przedstawienie rzuciło na nich czar), inni zbulwersowani, inni jakoś wyciszeni – wszyscy poruszeni….

Dla porządku: moja praca obejmowała przekład, adaptację, reżyserię, układ przestrzeni oraz, można by pewnie powiedzieć „reżyserię widowni” – bowiem usytuowanie widzów, kontakt aktorów z nimi w czasie akcji, oraz przed i po spektaklu – to były oczywiście świadome zabiegi budowania wspólnoty…

To tylko kilka słów na ten temat. Na razie…

Kazimierz Braun

Dodaj komentarz