Jan Kott, czyli Melpomena jest dumna

To było w Londynie. Podczas konferencji, którą zorganizował ówczesny prezydent AICT John Elsom. Do Young Vic Theatre z całego świata zjechali teatralni praktycy, krytycy i akademicy, by w dwudziestolecie pierwszej edycji Szekspira współczesnego Jana Kotta zastanowić się Is Shakespeare still our Contemporary? Nieco zemocjonowany bohater tego ekskluzywnego spędu zapodział gdzieś płaszcz.             – No, i jak my teraz, Andrzeju, w ten chłód pójdziemy na dziewczynki? – niby bezradnie rozłożył ręce w kłębiących się akolitami kuluarach.

            Żart był, rzecz jasna, skierowany bardziej do otoczenia, niż do mnie. (Notabene, kiedy rozmawialiśmy po polsku, nigdy nie ośmieliłem się przejść z panem Janem na „ty”; gdy natomiast w towarzystwie przychodziło nam gadać z sobą po angielsku, pompatyczność „Mr. Kott” była dlań tak obca, że „ty” stawało się oczywiste.) Przypominam ten drobiazg z płaszczem, bo rzucone przez Kotta zdanko było dlań charakterystyczne. Tu głowacze dumają o Szekspirze i jego wedle Kotta współczesności, a on ni stąd ni zowąd o dziewczynkach. Lubił – jak to mawiał Stul Hebanowski – „zmazywać” hieratyczność.

            Aliści te dwa zjawiska – Szekspir i dziewczynki – zawsze fascynowały Kotta bodaj najgłębiej. (Nie trywializujmy: dziewczynki dziewczynkami, niemniej pani Lidia była dlań niezmiennym „słupem świata”. To Lidii zadedykował swą bodaj największą, światowej sławy książkę, właśnie Szkice o Szekspirze; także, rzecz jasna, ich późniejszą wersję, czyli Szekspira współczesnego. Był to doprawdy wzruszający moment podczas tamtej londyńskiej konferencji, kiedy po laudacji i przyjęciu wszelakich honorów pan Jan zszedł ze sceny, ruszył przez pół widowni i ucałował panią Lidię w czoło. Przeżył ją, ale przecież, przeżywszy, już do końca prawie nie żył.) Niemniej owe dwa zjawiskowe szczyty świata – Szekspir i dziewczynki – były dla Kotta fascynacją nieustanną, która – co kluczowe i jakże wytryskające ponad biograficzne błahostki – profitowała w jego twórczości. Po uporaniu się z Wielkim Mechanizmem deliberował (i to jak!) nad płcią Rozalindy. To się idealnie komponuje z jego łapczywością poznawczą i magią interpretatorską. Zjadał nie tylko bogów – przegryzał mity i utarte klisze kulturowe. A czynił to ze świeżością… dziecka. Szeroko otwierał oczy (nam także) na niespodziewane horyzonty i perspektywy oglądu zjawisk.

            Swoista – w najlepszym tego słowa znaczeniu – dziecięcość wydaje mi się i dla osobowości, i dla twórczości Jana Kotta niezbywalna. Bywała kluczem, którym otwierał wprzódy niedostrzegane rejony penetracji naukowej, i była bodaj jednym z kluczy do motywacji stylu jego prywatności. Ta zdumiewająca mnie, z latami coraz bardziej – iście dziecięca radość, jego falsetowy śmiech, bezpośredniość w stosunku do wszystkich, którzy mu do gustu przypadli, bez względu na ich wiek i mózgowe zasoby… Ten osadzony w bezpretensjonalności urok osobisty. Uwodził – po prostu, uwodził.

            Urzekła mnie lekkość, która nie miała w sobie ni śladu lekceważenia, z jaką wiedliśmy spór (przesada, że spór: przyjacielską konwersację) podczas kolacji, na którą Jon Elsom zaprosił grono kolegów do domu. (To notabene jeden z tych Anglików, dla których home is not castle.) Podczas konferencji wygłosiłem – bynajmniej nie laudacyjny – referat, w którym poddałem w wątpliwość historyczność w Kottowej koncepcji Wielkiego Mechanizmu; mówiłem o w istocie jej ahistoryczności, skoro Kottowy mechanizm toczy się w nieustannie powracającym kręgu i przeciwstawiałem go spirali wzwyż w XVIII-wiecznej wizji procesu historycznego u de Vico. Jan (piszę bez „pan”, bo rozmowa musiała się toczyć po angielsku) nie bardzo (właściwie tylko „nie bardzo”) chciał się z tym zgodzić; aliści tonacja dyskursu jakże istotnie pomogła mi w otrząśnięciu się z zażenowania publicznym sprzeciwem wobec teorii Mistrza. Bo Mistrzem był; to oczywiste.

            Owa młodzieńczość… I, niezbywalnie z nią związana, chłonność. Tu – bo jakże by dzisiaj bez tego! – należy poddać Jana Kotta lustracji. Przeszedł od komunizmu – co tam komunizmu: stalinizmu wręcz – do  koncepcji i konstatacji  zgoła ostro pozadoktrynalnych. Niech się tym szerzej i wnikliwiej zajmują Inkwizytorzy; skromnie natomiast  pozwolę sobie suponować, że dziecinny Kott niezmiennie wierzył. Wierzył w aktualne doktryny i uprawiał swą teatrologię w obrębie ich pryncypiów. Prawda, nie namawiam swoich studentów do literalnego odbierania jego konstatacji dotyczących na przykład angielskiej literatury oświeceniowej. To teksty, których dziś czytać „wprost” prawie nie sposób. Lecz czy cyniczne? Nie sądzę. To teksty ukąszonego. Z którego to ukąszenia – jako jednemu z pierwszych – lotność pozwoliła się mu wyzwolić.

            Wspominał zresztą ów czas z – generalnie mu właściwą – autoironią. Opisałem już kiedyś ten fragment naszej rozmowy: „Dlaczego Jan Kott został profesorem Uniwersytetu we Wrocławiu – wiadomo; trzeba go było czym prędzej wypchnąć z Warszawy gdzieś choćby trochę na ubocze. Natomiast jak został profesorem, opowiadał mi u Johna:

            – Wezwano mnie – mówił – do KC, do wysokiego funkcjonariusza, chyba od nauki albo od kultury.

            – Zostaniecie, towarzyszu Kott, profesorem romanistyki we Wrocławiu, od zaraz.

            – Ale ja – Kott na to – towarzyszu sekretarzu, jestem tylko prosty doktor, żadnej habilitacji…

            – Toż wam mówię, nie będziecie docentem, tylko profesorem.

            – I tak – zachichotał mi Kott – zostałem prostym profesorem.”

            Habilitacji, oczywiście, nie zrobił nigdy. (Też mi problem!…)

            Od owej właściwej mu autoironii wróćmy jeszcze do – cudownie po późną starość zachowanej – dziecięcości, która w odbiorze spektaklu pozwalała Kottowi na nieposkromioną świeżość. Rzecz wydaje się anachroniczna – zwłaszcza wobec mądrości wielu dzisiejszych „luminarzy” krytyki teatralnej, z charakterystycznym dla nich „profesjonalnym dystansem” do analizowanego przedstawienia. Tak się złożyło, że miałem pana Jana vis a vis na Upiorach z Vanessą Redgrave jako panią Alwing, które w Londynie grano w teatrze en rond. Przeszkadzał mi, doprawdy. Reakcje Kotta na niuanse gry Redgrave przykuwały mnie bardziej niż jej kreacja. Ta spontaniczność odbioru, to reagowanie na każdy detal aktorskiego prowadzenia postaci… A miał wówczas za sobą tysiące przedstawień i na karku siedemdziesiątkę z okładem.

            Fascynacja zwykle prowadzi do zachwytu powierzchownego. Kotta fascynacja teatrem profitowała i niezmiennie dziecięcą autentycznością, ale i głębią odbioru. Z perspektywy lat zdaje mi się, iż owa niezachwiana fascynacja tkwiła u podstaw tajemnicy jego wielkości jako krytyka. To w istocie nie była żadna tajemnica – to był niebywały talent, który żywił się spostrzegawczością, popartą niecodzienną erudycją i ostrością własnych miar estetycznych. Był Kott, także w związku z tym, i wielki, i… nieprzejednany. Wielbił na przykład Ryszarda III Woszczerowicza i – bezsensownie! – chlastał Wilama Horzycę za wrocławski Sen nocy letniej. Jak „oceniał” – mniejsza; kiedy pisał (choćby najniesłuszniej), jego krytyka teatralna – ba – nawet doraźne recenzje – to było pisarstwo całą gębą; to była literatura.

            Okropnie mówił po francusku. Po angielsku nielepiej. Podczas pewnego kolokwium w Nowym Sadzie, znudzony bleblaniem referentów, jako przewodniczący obrad nagle przeszedł z francuskiego na angielski i ogłosił: – Ponieważ nie jestem w stanie zmienić tu nic więcej, zmieńmy przynajmniej język. I wszyscy przeszliśmy na angielski.

            Chyba i za tym językiem nie przepadał. Kiedyś powiedział mi coś, co raz po raz wraca mi do głowy i uszu za granicą. – Wiesz, życie poza językiem ojczystym, to życie w szumie. Nie chwytasz słów, zdań, sensów – trwasz w szumie. A w tymże „szumie” przez kilkadziesiąt lat gadał i wykładał…

            A jednocześnie – mam dowody – tęsknił, wręcz ogromnie. W całych, chwilami wszak dlań niełatwych, emigracyjnych czasach Jana Kotta niezachwianą jego miłością były Polska i Warszawa. Tu, by nie być gołosłownym, trzeba powołać się na źródła. Pisał do mnie w liście 15 maja 1987 roku: Drogi, bardzo mnie zainteresowała [twoja] książka o Szekspirze i jego polskim odbiorze, co to jak dla mnie napisana. […] Myślałem, że podziękuję za nią osobiście w kraju, ale znowu odmówiono mi wizy. I to wygląda, jak dotychczas, beznadziejnie. Zatelefonowałem do Kotta z Paryża (wonczas było to z Polski nader uciążliwe), gdzie akurat wkrótce byłem. Czuł się podle (że słyszałem w słuchawce płacz, wyznaję jedynie ze względu na niego). Prosił, abym – nie tylko jako (jak mawiał) „kolega po Szekspirze”, ale oficjalnie jako ówczesny wiceprezydent AICT i prezes polskiego Klubu Krytyki Teatralnej, próbował interweniować w sprawie jego wizy, gdzie uznam za stosowne. Jak więc ongiś Kott po decyzję o nominowaniu go na „prostego profesora” – z nieco większym trudem – dotarłem do kolejnego w KC „od kultury”. Ze stosownym listem:

[papier firmowy, nadruk: International Association of Theatre Critics]                                                                                                                                                                     Warszawa, 17 czerwca 1987

            Sekretarz Andrzej Wasilewski

            Komitet Centralny PZPR

                        Ostatnio skontaktował się ze mną członek naszej organizacji, prof. dr Jan Kott, z prośbą o pomoc w fundamentalnej dla niego sprawie. Otóż w kwietniu br. złożył on w Konsulacie Generalnym PRL w Nowym Jorku wniosek o przyznanie mu wizy na przyjazd do Polski. W połowie maja otrzymał odpowiedź odmowną. Jest to już czwarta odmowa, jaką Jan Kott otrzymał w ostatnich latach. Niezwłocznie złożył odwołanie od tej decyzji.

            Prof. Jan Kott od dwudziestu kilku lat przebywa poza Polską, jest obywatelem Stanów Zjednoczonych. Nie jest, czego nie ukrywa, zwolennikiem ustroju socjalistycznego. Niemniej ten najsłynniejszy na świecie pisarz i krytyk teatralny o ogromnym międzynarodowym autorytecie, który zawsze podkreśla swoją polskość, jest – w swoim przecież niepolitycznym pisarstwie – jednym z wiodących ambasadorów polskiej kultury na  świecie.

            W ubiegłym roku w Wydawnictwie Literackim ukazała się książka Jan Kotta „Zjadanie bogów”. Za tę książkę autor otrzymał nagrodę Polskiego Ośrodka ITI „za najwybitniejszą książkę teatralną roku”. W tygodniku „Kultura” ukazał się obszerny szkic (mojego autorstwa) poświęcony myśli teatralnej Jana Kotta w 25-lecie jego książki o światowej sławie „Szekspir współczesny”. Artykuły i recenzje poświęcone ostatniej książce Kotta publikowane były w periodykach literackich, np. w „Dialogu” i „Twórczości”. Tak więc, jak na świecie, jest Kott obecny również w życiu intelektualnym naszego kraju.

            Największym marzeniem tego starego i schorowanego człowieka jest odwiedzenie raz jeszcze ojczyzny.

            W świetle przedstawionej sytuacji zwracam się z gorącą prośbą o pomoc w umożliwieniu Janowi Kottowi wizyty w Polsce.

            Oczywiście, skończyło się na niczym. I to był koszmar. Więdnący pan Jan to właśnie marzenie hołubił bodaj najgłębiej. Liczne telefony, które w tym czasie do mnie wykonywał, utwierdzają mnie w tymże przekonaniu. Kiedy stało się to już zwyczajne – Jan Kott wracał do Warszawy wielokrotnie. Jakże znamienne, co powiedział podczas Kongresu Kultury Polskiej w 1981: – Parę lat temu zaproszono mnie na spotkanie pisarzy żydowskich polskiego pochodzenia. Oczywiście – odmówiłem udziału. Bo ja nie jestem pisarzem żydowskim pochodzenia polskiego, ja jestem polskim pisarzem żydowskiego pochodzenia. Jan Kott był niekwestionowanie pisarzem i intelektualistą polskim – Polakiem wieloetnicznego kraju, patriotą o niezachwianej narodowej i kulturowej tożsamości.

            Rzadko mi to słowo przechodzi przez usta; wobec Kotta nie mam wątpliwości: był na swój sposób genialny. Jako że i pan Jan nie był pruderyjny, pozwólmy sobie na przytoczenie tu mało obyczajnego sformułowanie wielkiego aktora tamtych czasów. Po jakiejś ostrej popijawie, w słynnej szatni SPATIF-u Jan Świderki chwycił Kotta za gardło i tłukąc jego głową o kontuar wrzeszczał: „Ty mendo na jajach polskiego teatru”. Miał Świderki swoją rację: Kott bywał w teatrze polskim„mendą”, zdarzało się – nieznośną. Bo mu na teatrze polskim naprawdę zależało, bo umiał o nim pisać i go racjonalizować. Taka „menda” to dla teatru skarb.

            Coś tu dodać należy nieodzownie, choćby dlatego, że w historii teatru takowe sytuacje zdarzają się nad wyraz rzadko. Mawiają: Kott był wielki. I mawiają słusznie. Tyle, że należy uzasadnić – co to znaczy i dlaczego wielki był rzeczywiście. Otóż, po pierwsze, co wydaje się poza dyskusją, było to najprzedniejszej klasy pisarstwo. Aliści rozmaici świetni pisarze o teatrze pisywali brednie niebywałe. Jan Kott w swym pisarstwie  w rzadki sposób łączył kilka z krytycznoliterackich rudymentów. Że erudycję, oczywista; że dziecięcą wręcz świeżość oglądu – była o tym mowa; kochał teatr i… nienawidził go, jeżeli ten nie potrafił sprostać jego wyobrażeniom o dziele sztuki.

            W jakiej mierze Jan Kot zyskał w skali światowej status teatralnego guru, świadczy uznanie – wręcz spolegliwość – i szerokiej publiczności, i największych spośród krytyków, ale nade wszystko pośród praktyków teatru. To się krytykowi teatralnemu zdarza nader rzadko. Nie bez pewnych oporów opowiadał mi Peter Brook, jaką inspiracją były dlań szekspirowskie rozmowy z Kottem. Ta fundamentalna nade wszystko – kiedy późnym nocnym popołudniem wyszli z „Krokodyla” i na warszawskim rynku zwinęła ich milicja, a Kott w… Izbie Wytrzeźwień wyłożył Brookowi całą koncepcję Leara jako Końcówki. – To, oczywiście, ja –  mówił mi Brook w Taorminie – zrobiłem ten spektakl – ale to Jan  wiedział pierwszy, jak mam poprowadzić scenę pod Dower [akt IV, sc. 6]. Giorgio Strehler, który nienawidził na próbach „cywilów”, zaprosił Kotta do Mediolanu, by siedział z nim, konsultował i krytykował podczas prób Burzy – jednej na największych, jak się okazało, w epoce.

            Świadczę, bo rozmawiałem o tym z Brookiem, podpytywałem o to Strehlera. Obaj – prawda, niezbyt chętnie, czemu się nie dziwmy – o inspiratorskiej dla nich potędze Kotta mówili to samo, z uznaniem najwyższym.

            Co to znaczy być geniuszem w krytyce? Trudno to sformułować. Podobnie jak nie potrafię w pełni rozgryźć geniuszu Kotta. Że nim był, nie mam wątpliwości.

            Bywał zmienny, pokrętny, arbitralny. Czego nie potrafił, to pozostawić czytelnika obojętnym.

A że potrafi czasem i zza grobu irytować – w tym też wielkość się zasadza.

            Tomasz Miłkowski jako redaktor tej broszury prosi o cytaty, które by bohatera „uwypuklały”. Przy Kotcie żaden z tym kłopot; całe jego pisarstwo to istna puszcza potencjalnych cytatów. Wolę tu jednak przytoczyć Horacego: Wybudowałem pomnik…; będę wciąż młody…; Bądź dumna z moich zasług Melpomeno… Nie mam wątpliwości, że Melpomena jest z zasług Jana Kotta dumna.

Jestem też pewien, że gdyby miał to uczynić sam, pan Jan dobrałby cytat przewrotnie. Proszę więc: Człowiek, który uczył nas żyć. To, lekko strawestowany, tytuł „nekrologu” z 1953 roku, którym Kott uczcił pamięć… Stalina. Tak, można się było od niego uczyć jak żyć. Nie od Józefa Wisarionowicza, od Jana. Pozwólcie jeszcze przytoczyć jedną z dedykacji, które mi napisał i którą spośród innych cenię sobie szczególnie: Andrzejowi, z szekspirowskim uściskiem. To jest uścisk, który nie mija; nigdy.

                                                                                                          Andrzej Andrzej Żurowski

 

Jan Kott, urodzony w Warszawie 27 X 1914, zmarł w Santa Monica (USA) 22 XII 2001. Krytyk teatralny, eseista, historyk teatru i literatury, prozaik, tłumacz, poeta, dramaturg, kierownik literacki teatrów. Od 1966 r. na stałe mieszkał w USA (obywatelstwo od 1979) – przede wszystkim w Stony Brook (New York), a po przejściu na emeryturę głównie w Santa Monica (Kalifornia). Odznaczony Krzyżem Walecznych (1945), Złotym Krzyżem Zasługi (1946), Orderem Sztandaru Pracy (1950), francuskim Merita des Arts et Lettres. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim (1936), Certificat de lettres uzyskał w Instytucie Francuskim w Warszawie (1935). Od 1933 członek Związku Zawodowego Literatów Polskich, od 1948 Polskiego PEN Clubu, od 1956 członek Klubu Krytyki Teatralnej SDP oraz AICT (International Association of Theatre Critics), od 1964 Modern Language Association of America, od 1989 Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Przez rok 1938 w Paryżu jako stypendysta rządu francuskiego; w 1939 ożenił się z Lidią Steinhaus; podczas wojny żołnierz AL i (w partyzantce) AK; członek PPR, a po wojnie PZPR (1948-57), sygnatariusz Listu 34 (1964). Doktorat z zakresu filologii romańskiej uzyskał na Uniwersytecie Łódzkim (1947), profesor uniwersytetów we Wrocławiu (1949-53), Warszawie (1953-66), Yale (1966/67, 1968/69), Berkeley (1967/68), Louvain (Belgia, 1968), Stony Brook (State University of New York, 1967-83) oraz visiting profesor wielu uniwersytetów na całym świecie. Współzałożyciel Instytutu Badań Literackich PAN, w którym pracował na różnych stanowiskach (1948-57, 1960-65). W połowie lat 50. zajął się studiami nad twórczością Szekspira, które z czasem przyniosły mu światową sławę. Redaktor serii wydawniczych (Teatr polskiego Oświecenia, 1955-66; Studia z okresu Oświecenia, 1964-69) oraz zbiorowych książek naukowych (Teatr Narodowy 1765-1794, 1967). Redaktor i współpracownik wielu periodyków polskich, m. in. Kuźnia Młodych (1932-34), Życie Akademickie (1932-34), Pion (1934-38), Kamena (1935-36), Okolica Poetów (1935-36), Przegląd Współczesny (1935-37), Sygnały (1937), Wiedza i Życie (1937-38), Kuźnica (1945-48), Odrodzenie (1945), Przekrój (1946), Twórczość (1945-46, 1949-52), Pamiętnik Literacki (1950-57), Przegląd Kulturalny (1952-62), Kwartalnik Neofilologiczny (1954), Dialog (1957-66 i od 1989), Wiadomości (Londyn, 1969-81), Zeszyty Literackie (Paryż, od 1983), Tygodnik Powszechny (od 1989), Rzeczpospolita (od 1996), a także zagranicznych, głównie amerykańskich, m. in. Tri-Quarterly, Performing Arts, Theater Quarterly, Arion, The New Republic, Salmagundi, Partisan Review, The New York Review of Books, The Drama Review. Autor książek: Mitologia i realizm (1946), Szkoła klasyków (1949), Jak wam się podoba (1955), Postęp i głupstwo, t. I, II (1956), Poskromienie złośników (1957), Szkice o Szekspirze (1961), Miarka za miarkę (1962), Szekspir współczesny (1965, pierwsze wydanie angielskie: Shakespeare our Contemporary, 1965), Aloes (1966), The Theater of Essence (1984), Kamienny potok (1986), Zjadanie bogów (1986), Przyczynek do biografii (1990), Płeć Rozalindy (1992), Szekspir współczesny 2 (1999), Powiastki dla wnuczek (2002). Przekłady, zwłaszcza szekspirowskich, książek Jana Kotta wydano w wielu krajach kilku kontynentów.

 

Opublikowany w AKT

Dodaj komentarz