Guru

Andrzej Falkiewicz jest twórcą i człowiekiem niecodziennym.

Image

Krystyna Miłobędzka i nAndrzej Falkiewicz w Puszczykowie


  Fizyk, ekonomista, eseista, krytyk teatralny i literacki, prozaik (powieść Ledwie mrok), filozof, wybitny znawca twórczości Witolda Gombrowicza, Tadeusza Różewicza i Tymoteusza Karpowicza, czujący teatr każdym nerwem, wspaniale go rozumiejący, bo traktujący go z pasją i miłością, a nie tylko chłodem krytyka, nigdy nie ulegający modom ani krytykanctwu, zawsze niezależny w swoich sądach i osądach… Był też instruktorem… pszczelarstwa i kontrolerem technicznym w Wytwórni Win i Miodów Pitnych w Poznaniu. Instruktor teatralny. Kierownik literacki w teatrach w Koszalinie, Kaliszu, Łodzi, Wrocławiu, redaktor miesięcznika „Odra", wykładowca filozofii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. I Guru Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Zawsze „osobny", bardzo własny, niepowtarzalny, jak kot chodzący swoimi ścieżkami.

Napisał (i opublikował) książki: Mit Orestesa, Teatr i społeczeństwo, Polski kosmos, Fragmenty o polskiej literaturze, Jeden i liczba mnoga, Takim ściegiem, Nie – Ja Edwarda Stachury, Coś z mądrości i lenistwa, snu prawie, Istnienie i metafora, Ledwie mrok, Być może… Być – w stu trzydziestu odsłonach – to ostatnia, na razie, jego książka, wydana w roku 2002. Niezwykle wyczulony w prozie i swych rozważaniach filozoficznych na to, na co Krystyna Miłobędzka, jego żona, jest wyjątkowo wrażliwa w swojej poezji: „zapisać bieg myśli słów w biegnącym świecie" (cytat z tomu K. Miłobędzkiej Imiesłowy). Czułość na upływ czasu, na zmienność świata, na drgnienia psychiki. Przygotowuje do druku prozę Świetliste.

Tak skondensowane wyliczenie mojej… wszechstronności każdemu, kto mnie nie zna, da mylące – bardzo mylące! – wrażenie, że jestem , byłem, człowiekiem bardzo aktywnym. Absolutnie nie – mówi Andrzej Falkiewicz wręcz przytłoczony tą „wypominanką". – Zawsze stałem obok. To było obijanie się po życiu. W tym, czym się zajmowałem zawsze mnie coś uwierało, więc przekraczałem granice i nigdzie nie zagrzałem miejsca. Może najbardziej po drodze był mi Teatr Współczesny za Kazimierza Brauna… Zwłaszcza w ostatnim okresie, czyli czasy wojennych Dziadów, Dżumy, Pułapki, Nienasycenia. Jedyną sprawą, którą zawsze traktowałem bardzo poważnie to było – i jest – pisanie. Najbliższym mi człowiekiem – twórcą jest Antonin Artaud – marzyciel teatru, wariat, teozof kultury. W jego dziwacznych poszukiwaniach, drogach, usiłowaniach widzę przerysowanego siebie. Gdybym żył po raz drugi byłbym filozofem z prawdziwego zdarzenia ze wszystkimi tego konsekwencjami. Filozofia zawsze była – i jest – dla mnie oparciem, światem, w który mogę przenieść własne problemy „z życia" i tam je zobaczyć w zupełnie innym wymiarze. Oświetlić tak, by dało to oparcie, przyniosło ulgę i wskazało drogę do ich rozwikłania".

            O ukazaniu się książki Andrzeja Falkiewicza Być może wspomniałam już w Yoricku w momencie, gdy została wydana. Być może to nie tylko próba rozwikłania siebie w wymiarze filozoficzno – psychologicznym, ale i podsumowanie siebie. Falkiewicz ma dzisiaj 76 lat, mieszka z żoną w porodzinnym domku w Puszczykowie i, gdy rozmawiam z nim przez telefon, czuję wyraźnie to „spojrzenie z oddalenia", ten dystans właściwy ludziom bardzo wrażliwym i obdarzonym zdolnością do wielkiej, syntetycznej refleksji. To jakby latami odkrywana, krok po kroku i zakręt po zakręcie, droga do siebie samego. Do jądra tego, kim jest Andrzej Falkiewicz. Jako człowiek i jako twórca. I jako komentator literatury i teatru. I, naturalnie, świata. Przywdziewając owe rozsypane i rozedrgane cząstki swojego ziemskiego jestestwa i bytowania, obcowania ze sobą i innymi w kostium filozoficznych myśli i odniesień do wielkich myślicieli Falkiewicz uzyskał – chyba – Całość, jakiej zawsze, nieustannie, uparcie poszukiwał. Całość siebie i swojego oglądu innych i świata.

            Uzyskałam zgodę Autora na przedruk kilku fragmentów z jego książki. Oczywiście, wyrwane z całości cząstki nie oddadzą całej głębi refleksji, poszukiwać i drążenia w „czarnej dziurze" ludzkiego bytu, ale zarysują tok myślenia i drogę, która przynosi ulgę tak bardzo samotnemu w dzisiejszym świecie człowiekowi. „Moja książka jest przeznaczona dla tych, którzy zechcieliby zainteresować się każdym z nas  j e d y n y m. Ku temu prowadzą formułowane tu myśli, czynione wyznania i notowane obserwacje. (…) Własne myśli kierujemy dziś ku samotnemu człowiekowi, ale naprawdę rozumiemy to, co nie jest pojedynczym każdym z nas. Odnotowujemy skrzętnie wszystkie przejawy zewnętrznego zniewolenia ludzi i w zamian – żeby ulżyć doli samotnych i zniewolonych – pomnażamy „wspólny dorobek", „tworzymy kulturę", doceniamy wagę i znaczenie kulturowego dziedzictwa dla lepszego samopoczucia jednostek. Na tym polega – moim zdaniem – paradoks dzisiejszej myśli. Zakładając, że zaangażowana jest głównie nasza pojedynczość – właśnie od niej odwracamy teoretyczną uwagę i zajmujemy się zbiorowymi przejawami życia"pisze Falkiewicz.

 

Zdecydowałam się przytoczyć tu Odsłonę 22 i 23.

           

                                                      ***

 

22. Podmiotowa natura umysłów. „Umysł" – jeden, uniwersalny, istotowo określony i wyróżniony umysł – jest wygodną abstrakcją powołaną przez filozofów dla przejrzystości wykładu. W rzeczywistości nie ma „umysłu"; są poszczególne, różniące się między sobą, wzajemnie do siebie nieprzywiedlne, wzajemnie dla siebie nieprzenikliwe, różnego typu i rodzaju,  u m y s ł y. Każdy w pierwszej osobie liczby pojedynczej, w obierzy własnego podmiotu. Tylko jeden z nich – mianowicie jednostkowy umysł ludzki, umysł ludzkiej jednostki – jest mi częściowo dostępny. Jest to jedyny obszar, który ja, skazany na nieprzenikliwą rzeczywistość, mamiony nieskończonością – działając zawsze w zbiorowości – w jakiejś mierze samodzielnie zagospodarowuję.

            I dlatego Świat wprawdzie jest „mój", zawsze należy „do mnie" – lecz ten zawsze- mój świat jest zawsze dziełem cudzym. Jest mi  d a w a n y.

            Żyjąc, pracując, współstwarzam go – powinienem być z tej roli dumny i wiem o tym – ale nie umiem poczuć się do samodzielnego autorstwa żadnego jego fragmentu. Na dobrą sprawę nie potrafię nawet oddzielić mojej wiedzy o świecie od świata, nie wiem, czy obiektywnie istniejący świat przesądza moją wiedzę, czy też ta wiedza kształtuje (w moim umyśle, w naszych umysłach) fizyczny świat. Nic nie wskazuje także, żeby ten spór – decydujący dla samopoczucia nauki i statusu poznania – mógł zostać kiedyś w przyszłości rozstrzygnięty. Jak się wydaje, jest on nieodłączną częścią tej wątpliwej i chwiejnej całości, którą nazywamy kulturą.

            To stwierdziwszy mógłbym wywód zakończyć. Mógłbym, przyznawszy ludzkiej kulturze pewną samoistność, bytową autonomię, zamknąć wszystkie pozostałe wątpliwości w Popperowskim, samobieżnym „trzecim świecie". Co więcej.

            Moje wszechpodmiotowe rozumienie bytu dałoby temu twierdzeniu coś w rodzaju – brakującej Popperowi – filozoficznej legitymacji: nie „my" poznajemy; „ona", ludzkość, poznaje. Poznanie ludzkie, rozważane jako całość, nie jest dziełem umysłu jednostek, lecz „umysłu" ludzkości, obszerniejszego podmiotu. Wierzę, że tak właśnie jest – że tak należałoby to powiedzieć i uparcie trwać przy swym twierdzeniu.

            Tu wszakże jeden szkopuł. Jak wyobrazić sobie przyrost wiedzy, nowe słowo w kulturze? Nie da się przecież zaprzeczyć, że zawsze ktoś jeden, twórca, „wpada na pomysł" – daje nowemu dokonaniu początkowy impuls. Moje doznawanie, postrzeganie, uświadamianie postrzeganego jest  p r o c e s e m  r a d y k a l n i e  p i e r w s z o o s o b o w y m, dzieje się przecież nieuchronnie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

            To prawda. „Wpadając na pomysł", nie jestem nigdy w pełni wolny. Jako twórca jestem przecież, mnie lub bardziej świadomie, związany wierzeniami i przeświadczeniami własnej kultury, aktualnym stanem jej wiedzy o świecie, zastanymi wyobrażeniami o celach i metodach mojej pracy, immanentnymi standardami właściwymi w danym czasie danej dziedzinie i powszechnie uznanymi za obowiązujące, zastanym repertuarem form wypowiedzi, określonym etapem form ewolucji języka i języków fachowych, który przesądza, co i czy, i jak, mogę powiedzieć.

            Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że jako twórca jestem twórcą na tyle, na ile potrafię wykroczyć poza to, co zastałem.

            Akt twórczy jest naprawdę twórczy jedynie wtedy i tylko w tej mierze, w jakiej jest przekroczeniem zewnętrznego przymusu, który niesie zastana rzeczywistość: przekroczeniem osiągniętego stopnia zbiorowej świadomości, przekroczeniem nakazów zdrowego rozsądku aprobowanych przez powszechną opinię, przekroczeniem aktualnego stanu posiadania danej dziedziny wiedzy lub wiary,  jakiejś powszechnie podzielanej normy, niedopełnieniem jakiegoś oczywistego dla współczesnych oczekiwania.

             Słowem. Tym, co znamionuje twórcę jest pewna nowość bezwzględna, odwaga tworzenia rzeczy i wygłaszania sądów dotychczas niebyłych, niebywałych – a stać na nią jedynie kogoś, kto uniezależnił się od rzeczy i sądów zastanych.

            Poza naszym światem fizycznym i poza naszą (jego) już dokonaną kulturą jest pewien rzeczorodny, myślodajny obszar – który rozeznać mogę tylko podmiotowo; na który zawsze wstępuję samotnie.

 

 

23. Ktoś jeden, ten pierwszy „wpada na pomysł. Potem… potem, tak, jego pomysł znajdzie się w umysłach bliźnich, w „cudzych rękach". Nikt nie będzie się czuł jego właścicielem; nieliczni narażą się na śmieszność, dochodząc nadal praw autorskich. Jesteśmy właścicielami tylko swych pomysłów bezpłodnych, myśli przeoczonych. Te przyjęte stają się cudzą własnością, składają się w większe, już nie moje, całości…, które z kolei, pozwalają przeczuć całości jeszcze większe. Stają się kamykami do cudzych puzzli.

            To prawda, wiedzę tworzą umysły jednostek. Ale ludzkie poznanie nie jest dziełem człowieka – lecz dziełem ludzi.

            Tak oto znaleźliśmy się ponownie w kulturze, w świecie cudzym, na przykład Popperowskim „trzecim świecie", tym „naturalnym produkcie zwierzęcia ludzkiego" z jego Wiedzy obiektywnej. Tu – odparte na chwilę wątpliwości pozostają. Pierwsza. Jak wytłumaczyć ludzki konsens, który pewne moje pomysły jako trafne każe przyjmować, inne odrzucać? Odpowiedź najprostsza, za którą między innymi opowiada się Popper (jeszcze konsekwentniej – Feyerabend, Rorty) tłumaczy to układem sił w demokratycznym parlamencie. Decyduje kultura polityczna i maszyna do liczenia głosów.

            Wątpliwość druga… lub raczej pierwsza, ta podstawowa. Dlaczego w ogóle stać mnie na pomysły nowe, które na domiar okażą się trafne? Popper mówi o „falsyfikacji", top jest eliminowaniu pomysłów błędnych, i o tym, jak ta nasza wiedza „obiektywna", to jest otwarta na argumenty przeciwników wiedza, w efekcie – metodą prób i błędów – „dostraja" się do świata. Innymi słowy. Jeżeli jako krawiec będę szył spodnie we wszystkich możliwych rozmiarach, to któraś para uszytych przeze mnie spodni będzie pasowała na klienta jak ulał!

            Wszystko to brzmi rozsądnie, oddaje w jakiejś mierze stan faktyczny i zdaje się podzielać aktualną wiedzę przyrodników o ewolucji i doborze naturalnym. Ale chciałbym powiedzieć (już powiedziałem!) więcej. Dla zrozumienia obiektywności i trafności naszej wiedzy decydujące jest źródło myślenia, czyli podmiot. Tak, tak – ta lekceważona przez Poppera subiektywność twórcy. Tworzywem moich myśli jest bowiem nie tylko osobista empiria, własne osobnicze doświadczenie, i nie tylko już skodyfikowane doświadczenie kultury, które mogę poznawać. Tworzywem jest także to, co ze sobą, bez mego przyzwolenia, na świat przyniosłem. To tu znajduje się źródło nowych myśli, z którego czerpie twórca.

            Czy zatem jest… czym może być „myśl" i jak rozumieć „tworzywo"? Lub inaczej. Czym jest sam proces myślenia, czym – to, co myślenie myśli? Czym – myśl w sensie subiektywnym, czym – w znaczeniu „treści" myślanego? Czy jest to „zawsze moje". Czym – to „zawsze cudze"?

                                                      

                                                             ***

            Myślę, że na razie wystarczy. Być może, bo wszystko, jak w tytule książki, jest „być może", znowu do refleksji Falkiewicza powrócę, być może się do nich odwołam, chociaż mam wrażenie – nieodparte – że niezmiennie to czynię. Warto tu być może także przytoczyć myśl Falkiewicza dotyczącą teatru, bo jako myśliciel, instruktor od hodowli pszczół itd. z nim się na lata całe związał, w nim zatonął, z niego czerpał.  No więc teatr… „Mnie nigdy nie interesowała technika teatralna – mówi –  techniczne możliwości sceny, możliwości aktorskie, sprawy czysto teatralne. Teatr, to, co działo się w teatrze, literatura w teatrze i literatura teatralna, praca nad przedstawieniem zawsze były dla mnie okazją do teoretyzowania w szerszym kontekście. O właśnie – sposób istnienia sceny, odniesienie sceny do widowni. W istocie było to myślenie o zbiorowym życiu ludzi. Teatr społeczeństwo, teatr-model – napisałem na ten temat książkę. Wiem i zawsze wiedziałem, że pierwsza jest pewna inscenizacja społeczna, a dopiero wtórnie, daleko, daleko, jest ten artystyczny teatr, którym już nie potrafiłem się zająć. Teatr zawsze będzie tym, co znajduje się i znajdzie w ludziach".

 

Justyna Hofman-Wiśniewska

Dodaj komentarz