Dobre smoczyska jak żywe

Smoki od zawsze miały jakiś niewytłumaczalny związek z wodą. Smok Wawelski mieszkał nad brzegami Wisły. Smoki chińskie latają wśród chmur i drążą tunele w ziemi, ale najczęściej żyją w wodach jezior i rzek. Mówią o sobie: My, smoki, bez wody jesteśmy straszliwie nieszczęśliwe. Na obczyźnie marzą jak ludzie: Drugiego takiego jeziora nie ma na świecie – a mnie od niego dzieli taka dalekość.

            Zawsze też były wielkie, silne i groźne. Ale miały dobry charakter. Tak było w starożytnym Egipcie i w starożytnym Rzymie. Potem stały się złe. Już Smok Wawelski według opowieści Wincentego Kadłubka „Kroniki Wielkopolskiej” i „Historii Polski” Jana Długosza był wielki, silny, groźny i zły.

            Ale smoki chińskie, choć wielkie, groźne i silne, pozostały dobre – ludzkie.

            W Warszawie, gdzie mieszkam, trudno o smoka z baśni. Bo emancypacja teatru lalek w II poł. XX wieku zaowocowała między innymi tym, że aktorzy i reżyserzy wykształceni w polskich szkołach lalkarskich są niechętni baśniom dla małych widzów i nie lubią lalek. Uwielbiają raczej repertuar dla dorosłych, grę w żywym planie, naśladowanie takiej awangardy teatralnej, którą wybitny krytyk Józef Kelera opisał w swojej książce „Teatr bez majtek” (Warszawa 2006!).

            W warszawskich teatrach dla dzieci (m.in. „Baj”, „Guliwer”, „Lalka”), tylko w „Baju” jest dyrektor, który dba o widza najmłodszego. To Krzysztof Niesiołowski, syn sławnego malarza, absolwent Akademii Lalkarskiej w Pradze, wieloletni pedagog Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, jeden z twórców świetności szczecińskiego teatru lalek „Pleciuga” i warszawskiego „Baja”, wytrawny reżyser.

            Natomiast w Lublinie można Smoka spotkać. Lubelski Teatr im. Hansa Christiana Andersena należy, jak warszawski „Baj”, do chlubnych wyjątków. Gra przede wszystkim dla dzieci. Jest teatrem lalek. Pozostaje w trwałych związkach z baśnią.

            Ostatnią jego premierą jest baśń chińska pt. „Córka Króla Smoków Li Czao Wej”. Włodzimierz Fełenczak przełożył tę baśń na język polski, adaptował na scenę, stworzył partyturę teatralną i nadał jej bogaty, barwny, urozmaicony kształt inscenizacyjny.

            W ten sposób wprowadził młodego lubelskiego widza w świat jednego z najstarszych teatrów na świecie, bo wedle dzisiejszego stanu badań teatr narodził się w trzech ośrodkach na kuli ziemskiej: w Grecji, Indiach i Chinach (inne hipotezy, że z Grecji dotarł do Indii, z Indii do Chin – mają swoich zwolenników, ale słabe argumenty). Zapoznał z chińską literaturą, chińska baśnią, światem chińskich wierzeń i chińskich opowieści ludowych o stworzeniu Nieba i Ziemi, o zasiedleniu ziemi przez ludzi, bogów, smoki i inne fantastyczne stwory.

            Sięgnięcie do literatury chińskiej jest chwalebne. Jest to jedna z najstarszych literatur świata (pisane zabytki sięgają 1500 roku p.n.e.). Stanowi skarbnicę powieści, dramatów, poezji, które – rozwijane przez stulecia, zostały zapisane dopiero w XX wieku naszej ery, więc zachowały pełną żywotność i oryginalność.

            Włodzimierze Fełenczak, tłumacz i adaptator tekstu, stworzył partyturę teatralną, wzbogacając polski teatr lalek o scenariusz teatralny, możliwy do wykonania w innych teatrach. Na jego podstawie stworzył przedstawienie interesujące i dla dzieci, i dla dorosłych, zrealizowane środkami teatru lalek i teatru żywego planu.

            Tekst jest ciekawy. Opowiada o przygodach z życia młodzieńca imieniem Liu. W nagrodę za serce czułe na niedole innych, godność własną, wierność w miłości został trzykrotnie wynagrodzony (bogactwem, ukochaną, synem), a zakochana w nim księżniczka, Córka Króla Smoków, przyniosła ludziom w darze taniec: tańcząc teraz właśnie// sztukę przekażę ludziom// na ziemskim padole.

            Ale jest to tekst trudny. Wymaga od widza i słuchacza dużej koncentracji i uwagi. Wprowadza postacie z baśni chińskich mało w Polsce znane, pełniące funkcje egzotyczne i noszące obco brzmiące imiona (Liu, Księżniczka Wonny Obłok, Brat Króla Smoków Czitichen – chang). Posługuje się realiami chińskich baśni. Odwołuje się do chińskich wierzeń ludowych, z którymi polski widz, tak dorosły jak dziecięcy, nie jest obyty.

            Ten wysiłek zostaje nagrodzony. Opowieść narratora, wprowadzająca w skomplikowane pradzieje Chin, ich bogów i bohaterów, znajduje przeciwwagę w stosunkowo prostej fabule, wyrazistych postaciach, jasnym przesłaniu dydaktycznym. Inscenizacja jest bogata i barwna. Reżysersko przedstawienie jest świetnie zaaranżowane./ Grę aktorów, w pełni profesjonalną – tak w recytacji, jak w dialogu – wzbogacają wstawki śpiewane i taneczne oraz muzyka grana „na żywo”, co już dziś należy w teatrze do zdarzeń zupełnie wyjątkowych.

            Wśród aktorów wybija się Ilona Zgiet. Rolę ma pierwszoplanową i utrzymuje ją na pierwszym planie. Wygląda prześlicznie i jej wygląd usprawiedliwia jen powodzenie, niezagasłe przez całe życie marzenia o niej młodego Liu. Wdzięczna w postawie, ponętna w ruchu, potrafiła wyposażyć postać Księżniczki w liryzm, czułość i poezję. Jej skargi, troski wywołują autentyczne współczucie wśród małych widzów, a pomyślny obrót spraw prawdziwe wzruszenie.

            Sekunduje jej świetnie Jacek Dragun jako Liu. Jest bezpośredni i rycerski. Potrafi mówić poważnie i rzeczowo, jak przystało mężczyźnie. Potrafi głosem tylko przekonać o swej dumie i honorze, jak tylko głosem wyrazić ciepłe uczucia. Powolny, stateczny i oszczędny w ruchu stanowi dobry kontrast dla wiotkiej i tanecznej w ruchu Księżniczki.

            Pozostałe postacie Król Smoków (Marcin Kłodnicki) i Brat Króla Smoków (Marek Grabowski) oraz Strażnik (Piotr Gajos), dyskretnie schowane w tle, wobec protagonistów stanowią świetny kontrast dla protagonistów. Nie tylko fachowo wypełniają plan epicki, ale rozszerzają paletę barw widowiska, jasno, wyraziście, plastycznie podają swoje komentarze i opowieści. Umiejętność mówienia w teatrze lalek i wywoływania głosem obrazów przed wyobraźnią widzów to dziś wcale nie taka popularna sztuka. To trzeba umieć i wymienieni trzej aktorzy lubelscy tę sztukę mają opanowaną.

            Protagoniści i charakterystyczni bohaterowie drugiego planu znaleźli z kolei godne siebie dopełnienie w ansamblu. Ten ansambl ma w tym przedstawieniu ważną rolę do spełnienia – tworzy nastrój, przestrzeń, koloryt. Dobrze się rusza, dobrze animuje lalki, przedmioty, dekoracje, rekwizyty. Umie tańczyć, czuje rytm i muzykę, rozumie odmienność teatru chińskiego, potrafi utrafić we wrażliwość polskiej widowni dziecięcej, budząc jej namysł, zainteresowanie, zachwyt. Bożena Dragun, Roma Drozdówna i Maria Wąsiel – każda barwna w ruchu tanecznym i mimice twarzy zadziwia odmiennością sylwetki i wewnętrznej fizjognomii tworzonej bardzo prostymi środkami.

            Zachwyt i barwy przedstawienia znakomicie podnosi muzyka Jahiara – Azim Irani wykonywana na estradzie i nęcąca ucho egzotyką brzmienia.

            Scenografia projektu Jarosława Koziary skromnymi środkami wyznacza miejsce gry. Jest funkcjonalna, ale nie traci barw i życia. Zachwyt widowni budzi Smok, Smoki, podwodny świat jeziora Tung-tching: Mątwa – Piastunka Księżniczki (Córki Króla Smoków), inne jeziorne stwory – ryby, kraby, ośmiornice, żółwie, muszle…

            Choreografia Władysława Jackiego w geście, ruchu i tańcu wystylizowana, ale bez nadmiaru i przesady, daje wrażenie płynności i naturalności, adekwatnej do prostoty przeżyć bohaterów oraz do zwykłości wykładanych zasad moralnych: Trzeba każdego dnia próbować trzech rzeczy. Czyśmy nie stracili wiary w człowieka? Czyśmy nie zdradzili wierności w przyjaźni? I czyśmy nie przestali piastować moralnych nauk odziedziczonych po rodzicach?

            Ewolucje taneczne, solowy śpiew, muzyka grana na żywo (kompozytor: Tomasz Łuc) – bardzo podnoszą atrakcyjność widowiska, co mali i duzi widzowie nagradzają gromkim aplauzem i długimi brawami po zakończeniu przedstawienia.

            Szkoda, że scena Teatru im. Hansa Christiana Andersena jest mała i płytka. To efektowne i egzotyczne widowisko o smokach – pełne ruchu w przestrzeni, tańca, efektów inscenizacyjnych – mieści się na niej z trudem. Brakuje przestrzeni i swobody ruchu – odsunięcia aktorów (narratorów i bohaterów) w głąb sceny, szerokiego pola dla grających lalek, perspektywy. Większa i głębsza scena ogromnie zwiększyłaby walory widowiskowe tego przedstawienia. Wyraźniej także można byłoby wyodrębnić postacie narratorów i ich wstępne opowieści, wyraźniej oddzielić epickie ramy widowiska od akcji.

            Poszerzenie sceny, nawet kosztem kilku rzędów widowni, jest niemożliwe. Może więc warto byłoby pomyśleć o bardziej wyrazistych, choć umownych, przerywnikach pomiędzy częściami narracyjnymi a dramatycznymi (z akcją i dialogiem). Może przez wyraźniejsze niż teraz wydzielenie miejsca dla narratorów, może przez zaznaczenie ich jakimś umowny rodzajem światła, może określonym sygnałem dźwiękowym, może przez wszystkie „hasła” razem wzięte (miejsce, światło, dźwięk)? Obecne manipulacje na małej i płytkiej scenie są słabo dostrzegalne.

            Nic dziwnego, że i twórcy przedstawienia, i cały zespół aktorów, i widzowie – z utęsknieniem czekają na wybudowanie nowego teatru. Dobrze, że wydany przez teatr projekt, informacje prasy, a zapewne i obietnice władz – stwarzają takie nadzieje.

            Nic w tym nadzwyczajnego – lubelski teatr lalek latami swojej pracy w pełni zasłużył sobie na dużą i funkcjonalną siedzibę – ma przecież historię jednej z najświetniejszych scen lalkowych w Polsce, dysponuje w pełni profesjonalnym zespołem aktorów, jest jednym z niewielu teatrów w Polsce grających przede wszystkim dla dzieci, nie zapomina o teatralnej lalce, ma – jako rezultat nieustannych poszukiwań dyrektora Włodzimierza Fełenczaka – interesującą ofertę repertuarową i inscenizacyjną.

Bożena Frankowska

  Teatr im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie: „Córka Króla Smoków Li Czao Wej”. Przekład, adaptacja, inscenizacja: Włodzimierz Fełenczak; scenografia: Jarosław Koziara; muzyka: Tomasz Łuc wg Jahiara – Azim Irani; choreografia: Władysław Jacki.

Dodaj komentarz