Przez całe życie gramy w życie

Na wirtualnym fotelu zasiada artysta plastyk, grafik, Janusz Golik. Jest znakomitym rysownikiem – komentatorem, łapaczem życia codziennego z jego wszelkimin śmiesznostkami większego i mniejszego kalibru. To niezwykle trudna sztuka znakiem graficznym wyrazić… wszystko. I zrobić to dowcipnie! Mamy nadzieję, że Janusz Golik, znakomity plakacista, twórca świetnych kalendarzy i rysownik – komentator na stałe zasiądzie w naszej Loży tak, jak my (Klub Krytyki Teatralnej – przyp. red.) wprowadziliśmy się do jego Galerii Van Golik.
Image

Rozmowa z Januszem Golikiem, artystą grafikiem

W salonie firmowym Porthosa „Kapelusz & Czapka” przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie w Galerii „Do Trzech razy… Sztuka” pewnego dnia powstała galeria autorska „Van Golik”…

Moja współpraca z Ryszardem Wrzesińskim, właścicielem firmy Porthos, trwa 29 lat. Miałem pomysł na nazwę galerii, podzieliłem się nim z Ryszardem Wrzesińskim, który zareagował nań z uśmiechem. Od tamtej rozmowy minęły cztery lata. Któregoś dnia Ryszard zadzwonił do mnie i zaprosił mnie jako „galernika” do swojego salonu na Marszałkowską. Zobaczyłem lokal wyjątkowy. Pusty, z antresolą. Pan Wrzesiński powiedział: Pamiętam, gdy opowiadałeś o galerii „Do Trzech razy… Sztuka”. Mogłaby być tu, w tym miejscu. Miejsce kultowe. Blisko Placu Konstytucji, z klimatem socrealizmu, co także znalazło swój wyraz w detalach wystroju sklepu. I tak trzy lata temu powstała ta galeria. Nazwa Galerii „Do trzech razy… Sztuka” odpowiada temu, co może być w niej przedstawione.

Stworzył Pan miejsce niebanalne, ze specyficznym klimatem, osadzone poprzez liczne nawiązania wprost i nie-wprost w architekturze ulicy i pobliskiego Placu Konstytucji. Co uznałby Pan za najważniejsze osiągnięcie galerii?

Zaczęliśmy wspólnie z firmą Porthos tworzyć tu pewne fakty, zdarzenia, komentarze artystyczne. Założeniem Galerii było promowanie ciekawej, interesującej sztuki, dobrych, profesjonalnych artystów. Cyklicznie były tu wystawiane prace grupy Via Varsowia, takich artystów, jak m.in.: Anna Trochin, Delfina Krasicka, Barbara Redlińska, Teresa Pastuszka-Kowalska, Zbigniew Nowosadzki, Dariusz Kowalski, Grzegorz Szkopowicz, i moje. Te wystawy odbywały się w okresie letnim. Cieszyły się dużym zainteresowaniem, mimo czasu urlopów. Był to przegląd malarstwa, rzeźby, grafiki, tkaniny, malarstwa na jedwabiu, gdy doszedł do tej grupy Stanisław Trzeszczkowski. Były także wystawy artystów zza granicy, m.in. dwóch artystów z Austrii, Michaela Jamnigga malarza i Wolfganga Perchtolda rzeźbiarza – ceramika. Za ważne wydarzenie w Galerii uważam ostatnio dwie wystawy – Zdzisława Majrowskiego. To bardzo płodny, bardzo ekspresyjny malarz. Jeden z nielicznych, którego pasją i życiem jest malowanie. Jak również wystawa rzeźby Tomasza Szumińskiego, rzeźbiarza rozmiłowanego w tworzeniu oryginalnych kompozycji przestrzennych.

Ta Galeria nigdy nie była komercyjna. Dlaczego?

Firma Porthos użyczyła pomieszczenia na prowadzenie działalności non profit, więc komercja byłaby sprzeczna z ideologią firmy. Były sytuacje, że ktoś ze zwiedzających chciał kupić pracę – mógł to zrobić tylko bezpośrednio u artysty – nie poprzez Galerię.

Galeria niebawem wyprowadza się z Porthosa…

Trzy lata „Do Trzech razy… Sztuka” to dosyć. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem otwarcia swojej galerii autorskiej z prawdziwego zdarzenia. Ten pomysł się właśnie wykrystalizował. Będzie się mieściła obok mojej pracowni na Saskiej Kępie.

To może już nie do trzech razy sztuka?

Nie, nie. Jeżeli to do stu razy sztuka. Adaptuję pomieszczenie na pracownię grafiki użytkowej i reklamy i tam będzie też moja galeria autorska. Galeria „Van Golik”.

Komercyjna?

Tak. Saska Kępa jest miejscem wyjątkowym w Warszawie. Takie miasteczko w mieście, z niepowtarzalnym klimatem. Gdy tam się znajduję, to jakbym był w innym świecie. Zmartwieniem jest nieszczęsny Jarmark Europa, no, ale w końcu kiedyś i on zniknie. Rok temu chciałem założyć Stowarzyszenie „Francuska” – to nadal aktualne zamierzenie, które miałoby na celu skupienie wszystkich środowisk twórczych.

Pan ma podobne ciągoty, jak ja: nie chcemy być stale we własnym sosie?

Własny sos smakuje do pewnego momentu i się przejada. A tygiel różnorodności – muzycy, reżyserzy, poeci, pisarze, malarze nieustannie inspiruje. Chcę, żeby na Francuskiej, zaistnieli artyści wszystkich dziedzin. Artyści – profesjonaliści. Na Saskiej Kępie co krok jest pracownia, mieszka dużo artystów: Joanna Szczepkowska, Stanisław Soyka, Piotr Szulkin, Edward Lutczyn itd., itd. Chciałbym, że by w tej Pracowni – Galerii było też to Stowarzyszenie.

Oficjalne Stowarzyszenie powołane zgodnie z regułami?

Tak, ale, jak się w tej chwili zastanowiłem, to może działające w podziemiu byłoby żywsze?  Brakuje takiej enklawy, jakiegoś azylu dla ludzi myślących podobnie, szukających swojego miejsca w środowisku. Galeria „Van Golik” ma być prezentacją wszelkich sztuk plastycznych, ale także poezji, literatury, muzyki. Dzisiaj nastały takie czasy, że – być może – funkcjonowanie „w podziemiu” byłoby z różnych powodów racjonalniejsze i normalniejsze…

W medycynie  takie dążenie do harmonii tkwiącej w różnorodności nazywa się  medycyną holistyczną…

O coś takiego chodzi. Mam nadzieję, że ludzie, którzy są gdzieś na uboczu będą mogli znaleźć tu swoje miejsce, ale i swoją szansę. Są jeszcze ludzie, którzy łakną rozmów, bliskości, dyskusji, spokoju.

Kiedy „Van Golik” otworzy swoje podwoje?

W tym roku na przełomie wiosny lata. W swoim autorskim kalendarzu zamieściłem już anons, że otwarcie Galerii nastąpi w tym roku.

Studio Grafiki Użytkowej i Galeria – wszystko sam?

Tak. Czas na pogodzenie wszystkiego jest męczące. Nie istnieje zadna pomoc z Ministerstwa Kultury i Sztuki czy ze Związku Artystów Plastyków, która ułatwiałaby adaptację pomieszczeń na pracownie czy galerie. Myślę o korzystnych dotacjach finansowych. A to, że pracownia i galeria będą w jednym miejscu daje podwójne korzyści.

Będzie Pan mógł wystawiać własne i cudze prace wedle własnego uznania. To duże poczucie niezależności?

Oczywiście. Myślę także o graficznych, rysunkowych „komentarzach tygodnia”. Będą w galerii i na moich stronach www. Ciekawostka, od 15 lat jest na www.grafik.com.pl taka informacja: wkrótce otwarcie strony www. Jest to najdłuższe „wkrótce“. Byłem jednym z pierwszych, który miał domenę! Teraz ta strona wreszcie zaistnieje.

Studio graficzne to niełatwy kawałek chleba…

Zdaję sobie z tego sprawę, ale liczę na ciekawych klientów i zamówienia. Gdy można włożyć całe serce w to, co klient zamawia i relacja klient – artysta jest prawidłowa, to niczego więcej nie trzeba.

Jest Pan autorem znakomitych grafik i rysunków satyrycznych. Dlaczego nie daje Pan tych prac np. do gazet?

Po skończeniu ASP próbowałem zamieszczać swoje rysunki satyryczne w prasie. W 1980 roku był ogłoszony ogólnopolski konkurs na rysunek satyryczny. Udało mi się zdobyć I miejsce. Przewodniczącym jury był wówczas Eryk Lipiński. Od tego czasu zaczęła się nasza przyjaźń… Lipiński stwierdził, że mam ciekawe spojrzenie na otaczający świat, że te moje obserwacje potrafię przełożyć na zabawny graficzny i czytelny dla wszystkich skrót.Ukułem kiedyś powiedzenie, że „przez całe życie gramy w życie”. To był tytuł kalendarza. Specjalizuję się w projektowaniu kalendarzy i przez jakiś czas brałem udział w Międzynarodowych Przeglądach Kalendarzy organizowanych przez Vidical, zdobywałem nagrody. Od dwóch lat tworzę wizerunek Vidicalowi. Ta firma zaprosiła mnie, żebym – poza konkursem – zaprezentował swój kalendarz. Będzie to inny kalendarz niż te, które robiłem do tej pory. Kalendarz nasiąknięty uczuciem, przemawiający, poświęcony miłości. Inna technika, inne materiały, inny format.

A życie?

Pracownia grafiki użytkowej i reklamy daje szansę na wzbogacenie pomysłów, na kreatywność. Tutaj będzie miejsce twórczej walki.  Wracając do Pani pytania, dlaczego nie funkcjonuję w prasie. Podejmowałem takie próby – z różnym skutkiem. Był czas, że moje rysunki zamieszczała Polityka czy tygodnik Solidarność. Miałem cała kolekcję rysunków. Mój pierwszy rysunek w tygodniku Solidarność  przedstawiał marionetkę z widocznymi sznurkami do pociągania. Marionetka stała na ambonie i przemawiała. Jej apel brzmiał: „Żądamy lepszych nitek!”.

Stale aktualne!

No właśnie. Krótko to trwało, bo nastał stan wojenny… W telewizji było żałobnie, spikerzy wygłaszali komentarze w sobie właściwym tonie, a w tle – ku mojemu zaskoczeniu – zobaczyłem fragment mojego rysunku.  Narysowałem komentarz do głodówki w Łodzi: idzie manifestacja, na patykach niesie wielkie zaciśnięte pięści. I ten fragment zaciśniętej pięści był pokazany w telewizorze jako tło do komentarza, proszę zobaczyć, co Solidarność proponowała. Rysunki z tamtego czasu, niestety, gdzieś przepadły. Był bojkot artystów, nie należało publikować w mediach, więc i ja przestałem. Rok temu próbowałem nawiązać współpracę z tygodnikiem Wprost, ale… Obecna „cenzura“ jest gorliwsza od tej z lat komunistycznych.

Wyfrunął Pan spod znakomitych skrzydeł mistrza polskiego plakatu Henryka Tomaszewskiego…

Tak. To były wspaniałe lata. Polska szkoła plakatu znana na całym świecie, ceniona bardzo wysoko. Profesor Tomaszewski, który był niebywale skąpy w pochwałach, kiedyś oglądając moją pracę powiedział: „To mnie rajcuje”. Dostałem skrzydeł!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz