Inne odsłony… opony

Jeśli opisać spektakl "Uwaga! Bajki na drodze" jednym hasłem… brzmiałoby ono tak: Uwaga! Reklama telewizyjna w teatrze. Nic dodać, nic ująć. Spektakl w reżyserii Marcina Ehrlicha w Olsztyńskim Teatrze Lalek, który swoją premierę miał 17 lutego 2007 roku, to rzeczywiście sztuka… tyle że sztuka propagandy. I product placement w teatrze.
Pewna firma – nazwy nie wymienię, by nie wbić się w płaszczyk kryptoreklamy – jako że jest bogata, chlubi się maskotką o przewrotnej nazwie Bibendum (jak dobrze, że dzieci nie znają łaciny!), ma też ciekawe plany marketingowe – zainwestowała w kulturę. Brzmi nieźle. Ale co dalej? Pomysł godny poklasku, ale jego realizacja… nie zachwyca. Przede wszystkim winny jest tekst, w którym więcej chaosu niż puenty. A o nią aż się prosi. Bo przecież mądry Polak po szkodzie.
Historia stworzona przez Małgorzatę Kamińską-Sobczyk zaczyna się ciekawie. Na scenie pojawiają się najbardziej znane bajkowe postaci – od Baby Jagi, przez Kota w butach, Czerwonego Kapturka bez wilka i babci, Rybaka bez złotej rybki, po Śpiącą Królewnę. Wszyscy zgubili drogę do swoich bajek, a przecież chcą wrócić. Bo wszędzie dobrze, ale… w swojej bajce najlepiej. Szukają więc drogi, a w międzyczasie poznają zasady ruchu drogowego. Podróże więc kształcą. W tej wędrówce – idąc za bajkowym stereotypem – pojawia się czarny charakter. Pirat drogowy Demobil Szrot – bo tak mu na imię – przeszkadza baśniowym przyjaciołom w dojściu do celu. Wchodzi im w drogę, a jego uwaga skupiona jest nie na krzyżowaniu planów, ale na łamaniu przepisów i wymyślaniu nowych znaków typu: nakaz kłótni, zakaz mycia zębów itp. Jego zachowanie niestety nie trzyma się całości, bo każdy sobie rzepkę skrobie. Czasem bohaterowie się zazębiają, ale na jednej scenie… i w tym samym spektaklu – inaczej być nie może.
Historia – jak na stereotypową bajkę przystało – oczywiście kończy się dobrze, bo Demobil raptem zarzuca swoje haniebne oblicze (dzieje się to przez przypadek), ale bajkowi przyjaciele drogi do "siebie" nie znajdują. I tu pojawia się znak zapytania – po co to wszystko? I po co znaki, skoro nie mogą nigdzie doprowadzić? Może więc ciąg dalszy nastąpi? Może za rok? Ale oczywiście nie o puentę i happy end w "Bajkach na drodze" chodzi. To sztuka edukacyjna i ma czegoś nauczyć. Więc wyłożona jest wiedza, ale brak w spektaklu emocji. A dzieci przecież lubią płakać – czy to ze szczęścia, ze strachu, czy ze smutku. I takie momenty trafiają bardziej niż "śpiewające znaki drogowe" w duchu disco-polo (muzyka – Czesław Majewski). Więc "uczuciowej ekscytacji" brakuje.
Głównym tematem sztuki są znaki drogowe, bezpieczeństwo i… produkt placement, czyli dobry duszek Bibendum. Pojawia się on, gdy coś zaczyna się dziać… ale nie ma szans się rozwinąć, bo biały ludek jednym ruchem pulchnej rączki wszystko naprawia. Od tak. Jest kimś w rodzaju supermana – tyle tylko, że bez znamion "super" i… bez emocji. Jednym słowem – pojawienie się Bibendum zabija wszelakie zalążki dramaturgii w spektaklu. Ludek wychodzi spokojne zza scenografii, wykonuje magiczny ruch i… znika. A wszyscy na scenie cieszą się i dziękują za jego geniusz. Bo przecież wedle twórców spektaklu – Bibendum dzięki swojej mądrości i wiedzy wybawia wszystkich z opresji… Ale tak już jest z maskotkami wielkich firm – mają się dobrze kojarzyć. I nic ponadto. Mają się kojarzyć dziś, jutro i za sto lat, gdy młody widz będzie już starym widzem. Ot, promocja marki. Tylko szkoda, że kosztem sztuki. Ale – mam cichą nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi z lepszym rezultatem, bo skoro Polak mądry po szkodzie…
Przedstawienie zrealizowane jest w konwencji żywoplanowo-lalkowej z użyciem masek. I to jest najlepsza "odsłona" spektaklu. Przedstawienia nie ogląda się z zaciekawieniem, ale z zainteresowaniem patrzy się na bohaterów. Są pocieszni, kolorowi i olbrzymi – ledwo mieszczą się na scenie. Są też nieproporcjonalni w stosunku do "pseudosuper" Bibendum. Można więc dostrzec tu groteskę, ale bardzo pozytywną i stworzoną samoistnie, bo raczej nie zaplanowaną. To wzbudza uśmiech i… poniekąd śmiech. Bo jednak nie trzeba być wielkim, by być… wielkim.
Oko przyciąga również scenografia (Ireneusz Salwa), jeżdżące samochodziki i latająca czarownica na miotle. Wszystko współgra z choreografią Bohdana Głuszczaka – biorąc pod uwagę rozmiary sceny i gabaryty bohaterów. Aktorzy też radzą sobie dobrze. Jedynie tekst nie zdał egzaminu. Ale wypadki się zdarzają i wie o tym każdy, komu nie są obce zasady ruchu drogowego. Wie o tym też pomysłodawca spektaklu (niech będzie – Michelin). I dobrze, że wie. Bo lepiej mówić o bezpieczeństwie, zachęcać do teatru niż udawać, że nie warto w dzieci inwestować.
Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz