Krystyna Feldman nie żyje

Image

Z żalem łączymy się z bliskimi po śmierci Krystyny Feldman, aktorki Teatru Nowego w Poznaniu, wybitnej artystki, która debiutowała w teatrze niemal 70 lat temu (1 września 1937 roku). Stworzyła wiele niezapomnianych ról, dziesiątki pamiętnych epizodów filmowych i telewizyjnych. U schyłku drogi życiowej stworzyła wielką kreację Nikifora w filmie Krzysztofa Krauzego. Dla milionów widzów pozostanie cudowną babcią Kiepską. Niedawno dała premierę monodramu na deskach macierzystego teatru, opartego na Jej wspomnieniach. Skromna, serdeczna, oddana pracy, pełna entuzjazmu.

Zarząd KKT

I to mi zostało…

Taki tytuł nosił jej monodram, który przed kilkoma tygodniami przedstawiła poznańskiej publiczności w swoim ukochanym Teatrze Nowym. Właściwie zaprzeczała, że to był monodram. To miała być i była „rozmowa" z widzami, rodzaj spowiedzi, na tyle szczerej, na ile to możliwe jest publicznie. Bilety rozprzedano do końca marca. Solowy występ powszechnie lubianej aktorki był nie tylko lokalną sensacją.
Na scenie pojawiła się pierwszy raz niemal 70 lat temu we Lwowie. Zagrała wówczas… chłopca w baśni „Kwiat paproci". Potem tych postaci męskich było więcej, m. in. Staszek w „Weselu", z najsłynniejszą z nich, koroną Jej zawodowej drogi: tytułową rolą w filmie Krzysztofa Krauzego „Mój Nikifor". Ta kreacja przyniosła Jej podziw widzów, uznanie krytyki i cały pęczek nagród od Gdyni po indyjskie Pune. To była Jej pierwsza (i jedyna) główna rola filmowa. Zwykle grywała epizody, drugiego albo i trzeciego planu. Ale artystka traktowała te małe zadania z całą powagą. "Rola to rola"  – mawiała zawsze, kiedy zdumiewano się, że tak solidnie zabiera się do przygotowania nawet najmniejszej rólki. Uważała, że trzeba wejść w postać, zrozumieć ją i ukazać w okamgnieniu. Wszystko jedno czy to rola wielka czy mała. Dlatego można wierzyć Jej słowom, że „Nikofora nie wolno grać. Nikiforem trzeba być". W dziesiątkach ról w teatrze, filmie i telewizji dowiodła, że potrafi wcielać się w postaci po mistrzowsku. Widzowie wierzyli, że obcują naprawdę z Nikiforem.
Warunki fizyczne sprawiły, że nie grała amantek – krucha, drobnej budowy, z latami nieco żylasta, o wyrazistych rysach, najpierw grywała chłopców, a potem stała się specjalistką od ról charakterystycznych. Zagrała kilka demonicznych dewotek, począwszy  od debiutu w „Celulozie" Jerzego Kawalerowicza, zwariowanych sąsiadek,  złośliwych starych panien lub kochanych staruszek, ale każdej z tych niewielkich ról przydawała rys oryginalności. Zwróciła uwagę na swój niezwykły talent obdarzania prawdą postaci na pierwszy rzut oka nieskomplikowanych, a przecież wewnętrznie trudnych do rozszyfrowania – tak było z rolą Heli Fabiańczykowej z „Głosu z tamtego świata" Stanisława Różewicza, przejmującym portretem naiwniutkiej kobiety podporządkowanej psychicznie cynicznej oszustce.
Wywodziła się z rodziny aktorskiej. Mama Katarzyna była śpiewaczką operową, ojciec Ferdynand cenionym aktorem. Wirus teatralny razem z bratem opanował ich już w dzieciństwie, to był ich świat magiczny. I tak zostało – najpierw przed wojną we Lwowie, a po wojnie w wielu polskich miastach, najdłużej w Poznaniu. Matkowała młodszym kolegom, wprowadzała w tajniki zawodu. Zawsze skromna, dowcipna, pełna energii i planów. Najlepiej czuła się na scenie i przed kamera. W życiu – trochę niedzisiejsza. Nie dorobiła się majątku, jeszcze niedawno nie miała nawet lodówki, nowoczesne urządzenia traktowała nieufnie. Wolała ludzi. Odpłacali jej miłością.
Serca telewidzów podbiła rolą babci Rozalki z serialu „Świat według Kiepskich". Początkowo Rozalka miała by niedołężną, rozmamłaną staruszką. Ale nie takie pomysły z Feldman! Artystka zgodziła się zagrać w serialu pod warunkiem, że babcia będzie po jej myśli, czyli zadziorna, przytomna, energiczna. I tak zostało. Kiedy rodzina Kiepskich odbierała kilka lat temu Telekamerę Tele Tygodnia, Krystynę Feldman koledzy aktorzy nosili na rękach. Spierali się tylko na ekranie – tak naprawdę byli zgraną ekipą. Prawie jak rodzina.
Wszystkie biografie aktorki podają, że w tym roku ukończyłaby 87 lat. Ale podobno, jak powiedział "Superekspresowi" Janusz Wiśniewski, dyrektor Teatru Nowego w Poznaniu, Krystyna Feldman była 4 lata starsza. Ukrywała to. Prawdziwa kobieta.
Tomasz Miłkowski

Tekst publikowany w "Tele Tygodniu"

Dodaj komentarz