Pseudoluksus

"Hotel Palace"w olsztyńskim Marginesie.
Jaka byłaby reakcja nocnego portiera Roberta, gdyby mu powiedzieć, że w olsztyńska Scena Margines wystawia "Hotel Palace"? Na pewno już by się nie nudził. Tak jak i widownia. Śmiechu dużo, a nawet jeszcze więcej. Widzowie dosłownie pękają. Śmieszy więc nie tylko spektakl, ale i odgłosy, jakie pojawiają się tu i ówdzie – a to po lewej, a to za plecami. Wobec tego – by poćwiczyć mięśnie brzucha – obejrzeć warto. A rzeczywiście można się pośmiać zdrowo. Tylko, że nie samym śmiechem człowiek żyje.

Oprócz śmiechu… są jeszcze pieniądze. Hotel Palace to skarbonka, do której bogacze tego świata wrzucają swoją "krwawicę". W zamian otrzymują spełnienie swoich zachcianek. Rachunek jest więc prosty – kaprysy plus grube portfele równa się absurd. I w tym posmaku reżyser Cezary Ilczyna realizuje sztukę. Dorzuca do tego kabaret, biesiadę, groteskę i voila! Francuski humor Rolanda Topora przez godzinę rządzi na scenie. Margines tym tytułem zapewnia sobie komercyjny sukces. Tylko dziwi mnie fakt, bo w zamyśle Scena miała być offowa, a tu kokietowanie widza wychodzi na plan główny. A przecież – dla niewtajemniczonych – głównym punktem "marginesowego programu" miało być oddzielenie się od teatru instytucjonalnego grubą kreską. Widać to nie takie proste. Widz pęka ze śmiechu i pęka granica. Bo nie ma offu tam, gdzie jest komercja. Nie ma offu w teatrze, który szczerzy zęby i – niczym personel Hotelu Palace – tańczy tak, jak mu przeciętny widz zagra. Bo na pytanie, co owy "statystyczny gap" chciałby obejrzeć… pada odpowiedź: coś śmiesznego. Więc oto i jest nowy tytuł w repertuarze. Voila! Jednak bardziej wyrafinowany teatroman może tylko westchnąć. Pośmiać się, pośmieje – bo czemu by nie, ale stwierdzi: i znowu Margines zawodzi.

Na scenie jest tłoczno. I od pomysłowej komiksowej scenografii a la Andrzej Mleczko pomysłu Mariusza Sopyłły, poprzez animacje autorstwa Antka Grzybka, po same postaci. Wszystkie rekwizyty są narysowane czarną kreską, wszyscy aktorzy ubrani zaś w czarno-białe stroje, co podkreśla groteskowość pseudoluksusu. Wyróżnia się tylko czerwony dywan, który w hotelu klasy Palace jest oczywisty – wyłożony przecież dla tych, co wydają swoją "krwawicę", a w rzeczywiści są mdli i jałowi. I właśnie ten kontrast – widoczny już na pierwszy rzut oka – uwypukla śmieszność konsumpcyjnego i bezbarwnego stylu życia, które nie zawsze jest takie "ponure". Nabiera chociażby barw poprzez atak terrorystyczny w iście karnawałowym stylu. Widzowie – dosłownie – zmuszani są do śpiewania, tańczenia pośrodku sceny i ubrania urodzinowych czapeczek. Ta maskarada w stylu "mam pieniądze i fanaberie, więc niech się kręci wokół mnie" to apogeum komercyjnego wymiaru spektaklu. Ale by nie było aż tak tragicznie, widzowie – czyli ci ze świata "chudych portfeli" – mogą chociaż przez chwilę zasmakować rozpusty. Owszem mogą, ale tylko po to, by potem wrócić i znów widzieć hotel Palace na "czarno-biało-czerwono". Bo przecież życie to nie teatr.

W spektaklu udział biorą tak zwani zawodowi aktorzy i tak zwani słuchacze studium aktorskiego. Ci drudzy bawią się świetnie. Na równi z widzami. Zaś tym wyszkolonym (Wiesława Niemiaszek, Ewa Pałuska, Maciej Mydlak, Grzegorz Jurkiewicz, Dariusz Poleszak, Marcin Kiszluk) – pomijając warsztat – rola bogatych zdaje się nie pasować. Więc źle skrojone fraki? Nie w tym rzecz. Brak tego błysku w oku, o który w sztuce tego pokroju aż się prosi. Śmiech śmiechem, humor humorem, ale gdzie dialog aktora z widzem? Na scenie o marginesowych rozmiarach odczuwa się to stokrotnie bardziej.

Ada Romanowska
Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz