Czarna gorzka Kafka

O "Pułapce" Tadeusza Różewicza w teatrze olsztyńskim pisze Ada Romanowska.
Boję się – to pierwsze słowa, jakie Franz wypowiada na scenie. I rzeczywiście – gdyby nie strach, nie byłoby Franza Kafki. Nie byłoby "Pułapki". Nie byłoby premiery w olsztyńskim Teatrze Jaracza (9.12.2006). Tadeusz Różewicz zająłby się pewnie innym pisarzem. Julia Wernio wyreżyserowałaby inną sztukę. A tak – trzy godziny spędzone w teatrze, trzech świetnych aktorów na scenie i jedno stwierdzenie: Franz na pewno nie był normalny.
To nie pierwsza "Pułapka" w Jaraczu. I nie pierwszy spektakl Julii Wernio. Po wielkim "Milczeniu" przyszedł czas na wielkiego pisarza. Mam na myśli i Różewicza, i Kafkę oczywiście. I wielki dramat do tego, z którego reżyserka "nie wycięła niczego". Ba – nawet dodała coś od siebie. Niezauważalne epizody – nawet dla znawców Różewicza. Ale mimo to, nie miałabym nic przeciwko, gdyby zabawiła się w chirurga i tekst nieco przycięła. I nie chodzi tu o długie trzy godziny (mimo iż widz po mojej lewej chrapał ze smakiem), ale o monotonię, która ni stąd ni zowąd atakowała ze sceny. Nie zawsze i Bóg zapłać za to. Jednak zauważalne są – i to wyraźnie – sceny, które niczego do spektaklu nie wnoszą. Ba – nużą, więc działają na niekorzyść.
Pierwsza część – owszem – wciąga, ale może to zasługa zadziwiającej kreacji Radosława Hebala i Artura Steranki, z którą widz później się oswaja? Ten pierwszy na scenie w głównej roli występuje pierwszy raz. I zasłużenie został w niej obsadzony. Wcześniej – w innych spektaklach – nie wybijał się znacząco, ale… obijał. Spadał ze schodów mistrzowsko, a teraz wspiął się po drabinie swoich możliwości. Nie wyobrażam sobie w Olsztynie innego Franza. Hebal tworzy postać wielkiego artysty i wielkiego egoisty zarazem – bo jedno drugiego przecież nie wyklucza, a nawet zazębia. Aktor przedstawia literata jako człowieka zapętlonego w czasie, przestrzeni, a nade wszystko ułomnego w relacjach z samym sobą i z otoczeniem. Jest neurotykiem, nosicielem manii wielkości pomieszanej z kompleksem strachu i małej wartości. Nie może zrozumieć tych, którzy patrzą na życie logicznie i praktycznie. Dusi się w atmosferze mieszczańskich marzeń swoich kobiet, nie znajduje porozumienia z ojcem i przyjaciółmi. Potrzebuje sławy i uznania, lęka się przed ośmieszeniem, wreszcie wpada w duszący potrzask intuicji. To ona sprawia, że pisarz przeczuwa zagładę swojego narodu, którą przyniesie wojna, a której przecież nie dożyje.
A Artur Steranko? Kiedyś on w Olsztynie był Kafką. Teraz został jego ojcem – despotycznym, ale ujmującym Hermanem. Nie można go nienawidzić, nie można się go bać. Bowiem kreacja Steranki jest wytłumaczeniem każdego słowa, gestu. Nie ma tu nieporozumień, nie ma w głowie widza spojrzenia i odczuć Franza. Bo ze sceny nie przemawia bezduszny człowiek, ale cierpiący ojciec, który nie potrafi pogodzić się z biegiem historii i z obcością, jaką darzą go dzieci. Postać ta balansuje pomiędzy dwiema płaszczyznami – tą kafkowską i tą "usprawiedliwiającą".
Szafa? Nie byłoby "Pułapki", gdyby nie szafa. Nie byłoby spektaklu również, gdyby nie scenografia Elżbiety Wernio. Dwa piętra wielkich mebli robią wrażenie. Dodatkowo symbolizują – raz budynki w mieście i tło dla prostytutek, raz wagon wiozący więźniów do obozu koncentracyjnego, innym zaś razem piec krematoryjny. Szafa to też zamysł arki Noego, a dokładniej – arki Normana. Ale – jako że szafy na scenie oddzielają świat realny od obrazu zagłady Żydów – ratunku w nich nie ma. Ale szafa to też symbol zniewolenia artysty. W scenie, kiedy Franz kupuje z Felice meble, to właśnie szafa przykuwa jego uwagę. W tym przypadku jest więc symbolem mieszczańskiej egzystencji i materialnego dobrobytu. Franz w tym momencie stwierdza, że ona nie jest potrzebna w ich domu. Nie jest, bo… dostrzega w szafie pułapkę, zagrożenie dla swojej wolności – zupełnie odwrotnie jak ojciec, dla którego mebel jest schronieniem dla rodziny w obliczu katastrofy.
A trzeci aktor? Skoro słowo się rzekło, a do trzech razy sztuka… Uwagę na siebie zwraca Grzegorz Gromek, który raz jest synem szewca, a później z dłubiącego w nosie pomocnika fryzjera, przeobraża się w oprawcę. I rzeczywiście jest cięty jak brzytwa swojego szefa – z tym, że jego poczynań nie można zakleić plastrem i od tak zdezynfekować.
Spektakl jest – nie ma co ukrywać – widowiskiem mężczyzn. Panie pojawiają się i znikają, a na pewno nie zapadają w pamięć. Przykładowo Felice – Katarzyna Kropidłowska – zdaje się więcej krzyczeć niż tłumaczyć swoje postępowanie. I mimo, że rola w spektaklu ważna, to aż na usta ciśnie się powiedzenie: wiele hałasu o nic. Franz jednak "niczym" nie jest – i mimo iż tych dwoje łączy niewiele – to jednak Felice z jakiegoś powodu wciąż jest przy jego boku. I tak jak nie ma w aktorce Szekspira, tak też przekonania, że… jest w niej Felice.
"Pułapka" – poza tym, że okrzyknięta jest teatralną superprodukcją, wciąż jest pułapką. Dramat Różewicza to tekst niezwykle zmysłowy, przykry, niejednoznaczny – do tego stopnia, że stwierdzić trzeba, że zapraszający reżysera do zmagań. Julia Wernio niewątpliwie stoczyła wielki bój z tekstem, ale… postawiła też wiele znaków zapytania. Bo dlaczego Greta – podczas odwiedzin Maksa – zachowuje się neurotycznie? Ba – dlaczego się obnaża? Dlaczego Felice podczas zakupów mebli zaleca się, a w innej scenie szewcowa obłapuje Broda? Skąd tu niewytłumaczone żadnym podtekstem gesty?
Trochę przypomina to sytuację ze sztuki "Na czworakach" – z tym, że walka o "artystyczną wielkość" ma tu zupełnie inny wymiar. Kafka nie dziecinnieje, ale upada… i to w oczach swoich bliskich, a jako artysta dochodzi do najwyższych pięter swojego "ja". Bo to jest sztuka o "ja" i tylko o "ja".

Ada Romanowska
Tekst ukazał się na stronie: www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz