Jestem człowiekiem serio – rozmowa z Andrzejem Cierniewskim, piosenkarzem, kompozytorem, gitarzystą

Witam na Wirtualnym Fotelu, niekoniecznie tylko teatralnym, ale – zapewniam – bardzo wygodnym. Obecnie zasiadł w nim Andrzej Cierniewski, człowiek nie związany stricte z teatrem, ale teatrowi bliski, bo przecież piosenka to taki mały teatr, zwłaszcza piosenka Andrzeja Cierniewskiego, w której ważna jest treść (i ta treść autentycznie jest!), ważna jest muzyka (to niby oczywiste) i ważne jest wykonanie.

Jest Pan człowiekiem pogodnym, bo odniósł Pan sukces, zrobił karierę, zdobył pieniądze?

Pogodny jestem z natury. Nawet pogodnie patrzę na to, co się w moim, umiłowanym zresztą, kraju dzieje.

Ma Pan odpowiednio duży dystans, do USA jest daleko…

No tak, ale z wiekiem nabrałem dystansu do życia i wydarzeń.

Jak się żyje w takim zawieszeniu „między”?

Bardzo dobrze. Dzisiaj jest to nieporównywalne w stosunku do tego, co było kiedyś. Wyjechałem z kraju w 1977 roku i przez 7 – 8 lat w ogóle do Polski nie przyjeżdżałem. Wtedy zastanawiałem się, czy kiedykolwiek nastąpi ten moment, że będę mógł tu przyjechać. Dzisiaj wszystko się zmieniło – wsiadam w samolot i za parę godzin jestem. Trudniej jest się poruszać po samej Polsce niż między Polską a Europą, Ameryką, Kanadą.

Życie w nieustannej właściwie podróży jest chyba pewną sztuką?

Wszyscy narzekają na to przemieszczanie się, rozłąki, życie na walizkach, ale gdy przychodzi dziura w trasach koncertowych, to jest jeszcze gorzej. Wszyscy się ze sobą „na tym lądzie” zaczynają męczyć.

Śpiewał Pan „od zawsze”?

Śpiewam naprawdę odkąd pamiętam. To nie są puste słowa, śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Pochodzę z małej miejscowości z Wielkopolski. Chciałem być muzykiem, chciałem śpiewać. Już jako młody chłopak pracowałem nad sobą – szkoliłem głos. Założyłem w ogólniaku zespół i udawałem gwiazdora.

Czego Pan wtedy słuchał?

Słuchałem wszystkiego, co było dostępne. Głównie tego, co było w radio. Miałem swoich ulubieńców, jak Czesław Niemen. Lubiłem Beatlesów, Stonesów, lubiłem też bardzo Toma Jonesa. I oczywiście Elvisa, gwiazdora z poprzedniej epoki. Ale również Andy’ego Williamsa, który wyłamuje się z konwencji rock’n’rollowej. Słuchałem polskich gwiazd – pamiętam Niebiesko-Czarnych, ale także Klenczona, który imponował mi innością, miał szczególną aurę. Poznałem go potem w Chicago.

A co Pan śpiewał?

Już w młodych latach zacząłem komponować i tworzyć własny repertuar. Nie było nam w domu lekko, ale rodzice widzieli, że strugam sobie gitary i gram na tornistrze jak na akordeonie, więc wysłali mnie do szkoły muzycznej. Jedynym instrumentem, jaki mogłem zdobyć, był „przechodzony” akordeon. Na gitarze sam nauczyłem się grać. Samodzielnie opanowałem też podstawy gry na fortepianie.

Ponieważ nie znałem osobiście żadnego tekściarza, sam pisałem sobie słowa. Byłem jednak tak surowy wobec siebie i krytyczny, że żadnego tekstu nie zaakceptowałem. Dlatego sięgnąłem po poezję. Już w pierwszej klasie ogólniaka napisałem tytułową piosenkę z mojej pierwszej płyty: „Znasz-li ten kraj” do wiersza Adama Mickiewicza.

Byłem zakochany w poezji. Przeczytałem wszystko, co było w szkolnej bibliotece.

Muzyka była Pana nauczycielką życia?

Naprawdę tak. Po szkole przeniosłem się do Ostrowa Wielkopolskiego i tam zacząłem uczyć się życia przez muzykę – ona zawsze mi towarzyszyła i zawsze mi pomagała. Rozpocząłem współpracę z Domem Kultury. Spędzałem tam całe tygodnie w małej sali prób. Poznałem zdolnego młodego pianistę, Grzegorza Szwarca – został moim pierwszym akompaniatorem. I tak narodził się mój recital: „Andrzej Cierniewski i jego piosenki”. Zjechałem z nim całą Polskę. Wystąpiłem nawet w debiutach opolskich.

I u progu kariery wyjechał Pan do Stanów Zjednoczonych…

Była trudna sytuacja w domu, umarł ojciec, w Ameryce miałem szansę zarobić i pomóc rodzinie. W Polsce wtedy śpiewałem wszędzie – od Festiwalu Piosenki Radzieckiej, po jedyny (nietrudno się domyślić dlaczego) Festiwal Piosenki Zaangażowanej w Koszalinie, który wygrałem. Napisałem muzykę do wiersza Kazimierza Wierzyńskiego, który wykonałem bardzo ekspresyjnie. Przewodniczącym jury był aktor Kazimierz Rudzki. Powiedział o mnie: „Autora muzyki w dyby i pod lód”. Natomiast Roman Waschko skomentował to tak: „Autora tych słów w dyby i pod lód!” To był mój największy prasowy komplement.

Można powiedzieć, że znalazłem się u progu ogólnopolskiej kariery.

Miał Pan w Stanach jakieś oparcie?

Pojawiło się zaproszenie – propozycja występowania w Stanach Zjednoczonych, gdzie wujek zarekomendował mnie właścicielom klubów polonijnych. To była szansa, żeby nadal śpiewać, ale też pomóc rodzinie w kraju w konkretny sposób. A poważnie chorował mój ojciec.

Na ileś lat wrósł Pan w krajobraz klubów polonijnych i – u progu szansy na coś więcej – zostawił Pan nagle cały świat muzyki i zajął się biznesem. Dlaczego?!

Pierwszego dnia po wylądowaniu w USA wystąpiłem wieczorem w klubie „Zodiak” w Chicago – najlepszym wówczas klubie polonijnym. Od razu po występie dostałem angaż. Miałem tylko 10 dni na przygotowanie repertuaru i skompletowanie zespołu. Moja grupa akompaniująca składała się z ormiańskich Żydów, co jest istotne, bo oni poznali mnie później z orkiestrą Toma Jonesa. Przez skład przewijali się też czołowi polscy muzycy. Leszek Świerszcz – od lat właściciel klubu „Cricket” w New Jersey. Bernard Kafka z grupy Novi Singers. Michał Urbaniak i Ula Dudziak wpadali do nas niemal co weekend. Moja „przygoda zarobkowa” – bo takie były pierwotne plany – zaczęła się przedłużać. Nigdy w żadnym klubie nie podziękowano mi za występy.

Na powrót do śpiewania namawiali mnie w międzyczasie armeńscy muzycy, którzy występowali w Madison Square Garden w orkiestrze Toma Jonesa. Namawiali mnie na tzw. karierę amerykańską. Mówili, że – po Bobbym Vintonie – facet z moim głosem ma szansę trafić do amerykańskiej widowni. Nie bardzo w to wierzyłem. Dzisiaj wiem, że wtedy źle oceniłem sytuację, bo po latach okazało się, że ci ludzie ciągle byli moimi przyjaciółmi, znajomymi.

Bardzo głęboko tkwiłem w środowisku polonijnym. Ludzie, z którymi współpracowałem, cały ten entourage, który ze mną współpracował nie był zainteresowany muzyką, lecz pieniędzmi, pieniędzmi, pieniędzmi. Podobnie, jak w kraju, tak i tam wtorek, środa, czwartek, piątek to było przygotowywanie się do koncertów, komponowanie, słowem ciężka, żmudna praca. W weekend występowałem. Tak było, było, było aż pewnego dnia stwierdziłem, że sam tego wozu nie pociągnę. I wtedy zobaczyłem, że właściwie nie mam z kim współpracować na takich zasadach, jakie uważałem za jedyne słuszne: praca, maksymalny profesjonalizm, pieniądze gdzieś na końcu. Wycofałem się, po koncercie zamknąłem gitarę i wyszedłem. Ta cisza trwała prawie 20 lat.

Na kilkanaście lat zostawił Pan granie i śpiewanie i zajął się biznesem. Jak Pan to znosił?

To była chyba najtrudniejsza decyzja, jaką podjąłem. W jednym dniu zamknąłem gitarę w szafie. Zrobiłem to w momencie swojej wielkiej szansy.

Jak Pan mógł istnieć bez muzyki i śpiewania?

Okazało się, że mogłem. Nie śpiewałem nawet „Sto lat” na imieninach.

Pana dzieci nie wiedziały o tym, że mają ojca piosenkarza, gitarzystę i kompozytora!

Do czasu. Byliśmy na przyjęciu u znajomych. Zgromadzili się tam moi fani. Nie widziałem ich z 10 lat. Zaczęli mnie namawiać, żebym zaśpiewał. Syn i córka ze zdumieniem obserwowali to, co się dzieje i dowiadywali się, kim jest ich tata. Zwłaszcza córkę zafascynował ten nieznany ojciec! Była w siódmym niebie. To był taki mały kroczek do powrotu.

Potem przyszedł moment próby charakteru. Rodzina i znajomi bardzo mnie namawiali, żebym coś dla nich nagrał. Przyjechałem do Polski i odwiedziłem mojego przyjaciela jeszcze ze Stanów – Janusza Piątkowskiego. Zwierzyłem mu się, że mam zamiar nagrać płytę, spytałem, co on o tym myśli. Zrobiliśmy kilka próbek i wszystko było dobrze do momentu, gdy wieczorem otworzyliśmy sobie winko. Poprosiłem go o szczerą opinię i usłyszałem, że  nie powinienem tej płyty nagrywać. Wsiadłem w swój samochód, odjechałem i po jakichś 20 minutach zadzwoniłem do niego: Janusz – powiedziałem – nagrywamy. – Dobrze – odpowiedział.

Zawiść czy perfidia?

Ani jedno, ani drugie. Janusz znał mnie z moich najlepszych głosowych czasów. Po 18 – 19 latach nieśpiewania głos mi nie uciekł, ale techniki trzeba było odbudować. Janusz znając mnie uważał wtedy, że w tak trudnym show-biznesie, jaki jest w Polsce, szkoda mojej energii na taką pracę. Uważał, że to nikogo nie interesuje. Powiedział: wielu bardzo zdolnych ludzi coś nagrywa i znika, a ciebie to będzie bolało. Chciał mi tego oszczędzić. Powiedziałem, że dla to zabawa i tak do tego podeszliśmy. Nagrałem „Mam dzisiaj dobry dzień” i się zaczęło.

Do USA w 10 rocznicę „Daru Serca” przyjechała Nina Terentiew z Markiem Gaszyńskim. Posłuchali moich piosenek i Gaszyński zabrał jedną z nich na festiwal Country w Mrągowie. Piosenka się spodobała – zostałem zaproszony na festiwal. Nie jestem gwiazdą telewizyjną ani radiową, beniaminkiem mediów, ale mam swoje grono fanów. Myślę, że jak człowiek coś robi z miłością, pasją i bardzo rzetelnie, to znajdzie niszę dla siebie. Znajdzie słuchaczy.

Pana piosenki wpadają w ucho, są melodyjne. Mają dobre teksty, co dzisiaj jest rzadkością w polskiej piosence. Dlaczego przywiązuje Pan aż taką wagę do słów?

Aby piosenka była dobra musi w niej być zestrojona muzyka z tekstem. To raz. Dwa – musi być w niej jakieś przesłanie. Ja muszę mieć tą piosenką coś ludziom do powiedzenia. Współpracuję z dobrymi tekściarzami – Markiem Gaszyńskim i Danielem Wyszogrodzkim, niektóre teksty piszę sam.

Przeraża mnie brak treści w polskich piosenkach. Coraz częściej piosenka polska wcale nie jest polska. To zlepek słów, które pasują pod muzykę, którą  podsłuchał ktoś w Anglii czy Ameryce. Najpierw się liczy rytm, potem „coś”, a już żenadą jest, gdy polscy piosenkarze śpiewają po angielsku, zwłaszcza, że po polsku często seplenią. Oczywiście, są wyjątki.

Teraz nagrywam nową płytę. Będzie na niej 14 piosenek. 14 piosenek, co do których jestem w 100% przekonany, że to ten tekst do tej muzyki. Wybrałem je spośród 78 tekstów.

Zauważyła Pani w swoim pytaniu coś, co jest dla mnie największą nagrodą. Niektóre teksty, piosenki, które wyglądają tak prosto, łatwo i przyjemnie mają w sobie dużo życia. Ludzie są nauczeni, że coś leci. Zdarza się, że w tym zapędzeniu ktoś nagle mówi: Ja Pana tak słucham, słucham i wiem, o czym Pan śpiewa. Coś usłyszał, jakieś słowo i to go zahaczyło. Coś przeżył, na co moja piosenka jest jakąś odpowiedzią czy współbrzmieniem.

Doceniam wagę szlagwortu w piosence, ale tekst nie może się do niego ograniczać. Chcę, by moje piosenki miały wymowę i mówiły o życiowych sprawach.

Jest Pan de mode, media Pana nie kochają a na koncertach tłumy. Jak to się dzieje?

Słucham dużo muzyki. Różnej. I mam problem ze znalezieniem płyty, na której są dla mnie 2 – 3 piosenki. Gdybym nie zawiesił mojej działalności na te 20 lat, to miałbym dziś nagranych bardzo dużo płyt. Jednak nie porywałbym się na eksperymenty. Jestem dużym realistą. Wiem, co przeżyłem, wiem, ile mam lat i eksperymentowanie uważam za bzdurę.

Nie jestem beniaminkiem mediów – ani telewizji, ani radia, a ludzie mnie słuchają, przychodzą na moje koncerty, nawet, gdy w tym samym niewielkim mieście występuję 2-3 razy w roku. Co ich przyciąga? Może autentyzm? Nie chcę się kreować i nie chcę być kreowany. Nie chcę śpiewać rzeczy płytkich. Mój głos niesie pewne doświadczenie życiowe i wierzę, że mam coś do zaoferowania. Nigdy – podkreślam: nigdy – nie zaśpiewałem czegoś, co mi kazano zaśpiewać. Nie będę się naginał do niczego, zawsze będę śpiewał tylko to, co jest mi najbliższe. Nie robię niczego na zamówienie. Jedyna rzecz, którą zaśpiewałem „na zamówienie”, to była znakomita propozycja p. Niny Terentiew: utwór do dokumentalnego serialu „Kochaj mnie”. I jeszcze piosenka do filmu ”Zróbmy sobie wnuka”. Te piosenki na wszystkich koncertach śpiewam przynajmniej raz!

Zawsze jestem sobą. Nie mam misji do spełnienia i nie lubię wielkich słów. Ale też będąc taki, jaki jestem, chcę robić coś pożytecznego. Przy okazji. I dlatego chcę kilka spraw uwypuklić. Po pierwsze – nigdy nie jest za późno. Po drugie – jestem przecież Polonusem. I chciałbym stać się przykładem dla ludzi różnych pokoleń, którzy teraz dzielą mój emigrancki los. Jeżeli robisz coś z uporczywą konsekwencją, to przyjdzie moment, że zostaniesz doceniony. Ja elementu polonijnego nie chcę zatracić. Ale też mam do powiedzenia coś uniwersalnego, dzielę się przemyśleniami na temat wielu ważnych spraw. Spraw, które – jestem przekonany – są ważne dla nas wszystkich.

Nie wchodził Pan nigdy w żadne mody?

Nie. Dla mnie zawsze jest najważniejsza melodia, tekst i moja normalność. Jestem kiepskim aktorem i nigdy nie miałem ochoty wcielać się w żadne role. Miałem zawsze tyle do powiedzenia od siebie! Wyrosłem, gdzie wyrosłem, w rodzinie bardzo typowej, w malutkim, fajnym miasteczku wielkopolskim, gdzie trawa była dla mnie zawsze zielona, gdzie liście, jak spadały, to spadały, gdzie wszystko miało ludzki wymiar i ludzką skalę. Wyjechałem w wielki świat. Tam, gdy chciałem robić zdjęcia musiałem wyginać szyję. Zrozumiałem, że są rzeczy nie dla mnie. I tego nie ruszałem. Jednocześnie stwierdziłem, że mam w sobie tyle nagromadzonych spraw, o których chcę mówić, że to wystarczy. Amerykańska muzyka nigdy nie zabijała we mnie tego, co wyniosłem z domu. Te dźwięki, te muzy, te łany – razem mi to grało. Dzisiaj ludzie są wewnętrznie wypaleni. Kompozytor jest fachmistrzem. Mówi: Cierniewski, ja bym dla ciebie coś napisał, ale przywieź ze Stanów jakiś utwór w jakimś stylu, to ja ci go zrobię. Albo Bach albo Bachleda. Gdy wróciłem do muzyki, to było wszystko po staremu: gdzieś siadałem, zaczynało mi coś grać, te moje laski, rzeczki, cuda-niewidy. To cała tajemnica.

A media? W Polsce, gdy kogoś nie ma w telewizji, to nie żyje. Jestem tego zaprzeczeniem. Nie zabiegałem nigdy o popularność medialną, nie jest mi ona niezbędna do funkcjonowania.

Gdy wyszła moja ostatnia płyta nie mieściłem się w tzw. klasyfikacji potrzeb słuchaczy radia komercyjnego. No to co? Najważniejsze, że moja płyta natychmiast została spiratowana. To główne „medium” – poza telewizją – które dało mi nazwisko, twarz. To nazwisko kazano mi już kilkakrotnie zmienić, bo kto to zapamięta? No, może nazwisko nie wszyscy pamiętają, ale pytają w sklepach: macie płytę tego człowieka w kapeluszu?

W eleganckim kapeluszu Stetsona, nie kowbojskim!

Nigdy nie miałem kowbojskiego kapelusza! Przypisują mi go ci, którzy kompletnie nie znają się na kapeluszach i dla których wszystko, co wywinięte to kapelusz kowbojski. Noszę kapelusz Stetsona typu „Hunter’s Club Reserve”. Ten kapelusz należy do stroju gentlemanów, nawet w Stetsonie mają mój plakat.

Kapelusz miałem zawsze. To ma swoje zalety. Gdy jadę na koncert i mam na głowie czapkę, to nikt mnie na ulicy nie rozpoznaje! Mogę sobie swobodnie pochodzić po miasteczku, porobić zdjęcia, posiedzieć w kawiarence. Gdy mam założony jakikolwiek daszek zaczyna się show biznes. Ale ja nie narzekam, ja to lubię. Istotne są rozmowy po koncertach, istotne są piosenki, o które ludzie proszą, a których nigdy nie zaśpiewałem w telewizji. Jak cię za często widzą, to i zmarszczki zauważą. Jest dobrze. Uczestniczę w programach, które cenię i lubię „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”, „I ty zostaniesz Mikołajem” – wystarczy. Nie choruję na nieustanną popularność.

A kariera?

Gdy człowiek robi coś bardzo serio, z pasją i miłością, to i tzw. kariera nie odwraca się do niego plecami. Mimo wieku, doświadczenia, bagażu życiowego mam jeszcze sporo do powiedzenia. I sobie, i ludziom. Napisałem piosenkę „Nie skreślaj mnie” właśnie w obronie tych, którzy się czują skreśleni czy skreślani. Ja przeżywam drugą młodość i kocham to, co robię. Większość moich kolegów już tę Polskę przeorało wzdłuż i wszerz – ja ciągle jestem nowy.

W Ameryce, Kanadzie też jest Pan ciągle „nowy”?

Nie nasycam sobą ani jednego, ani drugiego rynku. Jest jeszcze wiele miejsc, w których nie byłem. Mam stale zamówienia na koncerty, ale powolutku, bez pośpiechu, spokojnie. Tamta publiczność ze mną – emigrantem – się identyfikuje. Mamy podobne przeżycia, refleksje, tęsknoty.

Pan ze swoich „pięciu minut” robi wiele godzin, miesięcy, lat…

Nie boję się, że te 5 minut mi ucieknie. Dusza moja ciągle młoda. Jeżeli człowiek zna swoje miejsce i swoją wartość, to co narzekać? Nie byłbym w tym miejscu muzycznie i artystycznie, w którym jestem, gdyby nie publiczność, która na mnie czeka, śpiewa moje piosenki, których nigdy w mediach polskich nie było. To uczy pokory.

Żałuje Pan tych 20 lat piosenkarskiego nieistnienia?

Nie, ale do muzyki wróciłem z wielką radością i pasją. Jestem człowiekiem serio i mówię serio. Śpiewam o miłości, ale nie są to fantazje, tylko… Samo życie. Ludzie to rozumieją. Poprzednia płyta była moją retrospektywą – taki był Andrzej Cierniewski kiedyś. Nowy album jest moim portretem. I to portretem na wskroś współczesnym.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz