Stoi na stacji stęka i sapie… a Tuwima ni ma…

Tuwim na scenach lalkowych, czyli autorka szuka poezji.

Był na wskroś poetą. Nawet bezwzględni adwersarze przyznawali Mu absolutny słuch językowy, stałą obecność w tradycji i współczesności polszczyzny. Można się z Nim spierać, ale nie sposób wątpić w Jego niezwykle kreatywną wyobraźnię.

                        Julian Tuwim. Artysta z Bożej Łaski i świadomego wyboru. Autor lirycznych obrazów szkicowanych w półcieniach i światłach, tonacji serio i żartem, w czystych dźwiękach i ostrych dysonansach. Łącząc rzemiosło słowa z mistrzostwem języka nigdy nie zdradził literackiej profesji. Natomiast zgodnie ze skamandrydzkim rodowodem lubił przywoływać okolice teatru. Pojawiał się tam jako tłumacz (zostawił m.in. genialną imitację Zielonego Gila Tirso di Moliny), nadkabareciarz (Qui Pro Quo!!), a przede wszystkim jako inscenizator zdań, zwrotów, wyrażeń, które pięknie ożywiał wyposażając wiersz w kostium i rekwizyt.

                        Irena Kwiatkowska pytana kiedyś o etapy pracy przy interpretacji Ptasiego radia nazwała ten proces koronkową robotą litera po literze. No cóż, niby proste, a nikt z późniejszych wykonawców nie osiągnął takiej maestrii. Chociaż akurat „Tuwim dziecięcy” posiada cały szereg pełnych uroku teatralnych odczytań.

                        Niedawno łódzka Scena Lalki i Aktora Pinokio przedstawiła Cuda i dziwy Lokomotywy – spektakl według scenariusza i reżyserii Wojciecha Szelachowskiego. Rzecz ładnie i konsekwentnie obramowana dialogiem Profesor-Łobuz świetnie trafia w Tuwimowską stylistykę choreografią, śpiewem, interpretacją tekstu. Co prawda nie przekonała mnie kpina z socrealistycznej dydaktyki, gdyż Tuwim zachował daleko więcej umiaru niż nagradzane w blasku jupiterów nazwiska literackie. Szczerze mówiąc ten motyw jest adresowany tylko do „dorosłych dzieci”, jako że mniejsi nic ze „smaku” lat pięćdziesiątych nie są w stanie zrozumieć (no i Bogu dzięki!). Tuwima – dzieciom można jednak czytać nawet wspak, lecz trzeba słyszeć wiersz w precyzyjnym pomieszaniu wzruszenia i żartu, życzliwego i przekornego uśmiechu. Na łódzkiej scenie ten ton zabrzmiał wyraźnie i sympatycznie.

                        Zdawałoby się, iż po jubileuszowym spektaklu kierownik artystyczny warszawskiego Guliwera już nie zaskoczy widza zamiarem i wymiarem własnej projekcji wielkiej literatury. A jednak! Piotr Tomaszuk sięgnął po najbardziej znane dziecięce teksty autora Zosi Samosi i postanowił wszystko przewrócić. Sens, poetyckie i estetyczne hierarchie, konwencje dowcipu, przestrzeń metafory.

                        Jak rozumiem przedstawienie Stoi na stacji lokomotywa zostało zadedykowane nie tylko dzieciom niedowidzącym (ach te milusińskie okularki – cylinderki), ale i maluchom z niedorozwojem intelektualno-motorycznym (sic?). Na scenie dominują więc: wrzask, nerwowa gestyka, przepychanki, jęki i śmichy ilustrujące rozmaite zaburzenia osobowości. Zosia stęka i wszystko olewa, Ciocia Grzesia ostro prowokuje małych oraz większych kuzynków. Bełkot. Uff jak gorąco! Puff jak nieładnie i nieskładnie!

                        Oddajmy jednak sprawiedliwość niektórym uczestnikom tego kuriozalnego przedsięwzięcia. Zespół aktorski udowadnia bowiem, że może zagrać wszystko. Tylko nie wiadomo, dlaczego i dla kogo. Scenograf Marek Zákostelecký stara się o pełną gamę turpistycznych odniesień. Choreograf Władysław Janicki dopieszcza katastroficzne obrazy. Jedynie kompozytor Piotr Nazaruk, jako że artysta wytrawny, więc omija mielizny zniewolonych wizją reżysera słów. I tak dalej. I tak gorzej. I tak bez sensu.

                        Szczęśliwie aktorów uratowało rzemiosło. Kompozytora ocalił smak muzyczny. Autor zdołał uciec. Zostały jednak dzieci na widowni. A więc mamy proszę Państwa problem.

Dodaj komentarz